Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

niedziela, 22 czerwca 2014

Opowiadanie nr.4 "Brzytwa" Dawid Ladach

Brzytwa

I

O czwartej nad ranem spuścił nogi ze starego, wąskiego łóżka, i z zaciśniętymi oczami i pięścią przyłożoną do czoła starał się odnaleźć we wtorkowej nocy. Po pięciu minutach trwania w takiej pozycji opuścił dłoń przyciskaną do czoła, wyprostował się i ostrożnie otworzył oczy. Wokół panowała niczym niezmącona ciemność. Macając ręką szafkę stojącą przy łóżku natrafił na komórkę. Włączył ją i zmrużył oczy w wyniku kontaktu ze zbyt jasnym w tych okolicznościach wyświetlaczem komórki. Po chwili jednak oczy przywykły do jedynego w pokoju źródła światła, a Jacek zorientował się, że jest osiem po czwartej.
I tak jest nieźle, pomyślał. Sądził bowiem, że jest trzecia, może nawet druga w nocy, bo nie raz zdarzało mu się budzić o tak wczesnych porach i mieć przed sobą spory kawał bezsennej nocy.
Wstał, przeciągnął się i sięgnął do podróżnej torby stojącej przy jego łóżku, z której wyjął pięć grubych świec, każdą w innym kolorze. Była świeca biała, fioletowa, czerwona, zielona i czarna. Ustawił je na deskach podłogi tak, że po połączeniu mogły dać zarys domu albo stworzyć pentagram, po czym zapalił je wyjątkowo długimi, syczącymi zapałkami, które jakiś czas temu umoczył we własnej krwi, a potem wysuszył, by nadawały się do użytku. W nieźle oświetlonym przez świece pokoju sięgnął ponownie do torby i wyjął z niej książkę oprawioną w skórę. Nosiła tytuł „Jesteś synem Szatana?”. Jacek usiadł z nią między świecami po turecku i otworzył na trzysta czterdziestej stronie. Do tej pory przeczytał w niej wiele o samym Szatanie, ale głównie o jego potomku, który jest wśród ludzi nieświadomy swojego pochodzenia i mocy. Książka ta miała pomóc uświadomić wybrańcowi kim jest i co może. Jacek podchodził sceptycznie do tego, że to właśnie on może być synem Księcia ciemności, ale może… Kto wie.
Czytał do piątej dwadzieścia. Potem zgasił świece i schował je razem z książką w torbie. Ubrał się i wyjrzał przez okno. Słońce powoli pięło się w górę, ptaki śmigały po znajdujących się niedaleko zaroślach, a niebo było prawie bezchmurne – zapowiadał się niezły majowy dzień.




Zszedł ostrożnie po schodach, by nie budzić swoich znajomych, przeszedł przez ich pokój i znalazł się na zewnątrz.
Stanął przed jednopiętrowym, drewnianym domkiem i rozejrzał wokół. Otaczała go zieloność w postaci krótko przystrzyżonej trawy, zarośli, a także znajdującymi się za nimi drzewami. Dotknął swoich warg i zaczął je delikatnie trzeć. To był jego nowy zwyczaj zapoczątkowany po tym, gdy rzucił palenie. Zdawał sobie sprawę, że dotykanie swoich warg przez kobietę jest niezwykle seksowne, ale u mężczyzny ten gest jest jedynie dziwny. Nie obchodziło go to teraz. Nie miał zamiaru się nikomu podobać. To była ostatnia rzecz, która go obchodziła. Najważniejsze to nie palić. Robił to dla swojej matki, która była wielką przeciwniczką palenia papierosów. Chociaż tyle mógł zrobić.
Ziewnął. Przez myśl przeszło mu pytanie, kiedy będzie miał szansę zasnąć. Często zdarzało mu się to około szesnastej. Lubił te około dwugodzinne drzemki, bo najczęściej nie dręczyły go podczas nich żadne sny. Co innego te części nocy, w których spał.
Tuż przed twarzą przeleciał mu trzmiel i niezgrabnie wylądował w kwietniku uprawianym przy domku przez Kamilę, jego przyjaciółkę, a może tylko żonę przyjaciela? Jacek patrzył na niego przez chwilę, po czym ruszył przed siebie bez celu. Nogi poniosły go do stojącego niedaleko motocykla. Przystanął przy nim i się mu przyjrzał. Była to Honda Goldwing 1800 – kawał bydlaka, idealny do dalekich podróży we dwoje. Ogromny komfort jazdy (pasażer z tyłu ma nawet podłokietniki), bezpieczeństwo choćby przez nowoczesną poduszkę powietrzną, wielka pojemność bagażników wynosząca 147 litrów. Jacek usiadł na tej kanapie na kółkach i chwycił za kierownicę. Niezły, powiedział bez przemyślenia, bo nie interesowała go motoryzacja. Nie miał nawet prawa jazy, przez co miał trochę kompleksów. Nie mógł go zdać. Ale to nie była wielka przeszkoda, bo Jacek mógłby jeździć bez prawka – co mu tam. Przeszkodą było to, że Jacek nie czuł się dobrze na drodze. Co jakiś czas tracił kontakt z rzeczywistością, nie wiedząc, co się wokół niego dzieje. To było niebezpieczne, ale też nie przez brak bezpieczeństwa nie jeździł – Jacek nie lubił nie mieć kontroli, bo czuł się przez to słaby.
Zszedł z motocykla, który był tyko jednym z motocykli Kamili i jej męża, którym jeździli głównie po Polsce, i podszedł do drewnianego płotu. Oparł się o niego i między zielonością wypatrzył drogę, która prowadziła do znajdującego się niedaleko jeziora. Motocykle, podróże, ten zajebiście ulokowany domek, no, no, no, cholerni szczęściarze, pomyślał, po czym odwrócił się, przeszedł obok miejsca, w którym przedwczoraj paliło się ognisko, przy którym spędził ze swoimi przyjaciółmi i kilkoma ich znajomymi z trasy czas. Było miło. Jacek trochę wypił i był towarzyski. Teraz na myśl o gościach Kamili i Bartka, jego przyjaciela, tylko jedno przychodziło mu na myśl: Chuj wam w dupę.
Wrócił do domku. Miał już wejść na górę, gdy spojrzał na leżących w łóżku Kamilę i Bartka. Podszedł do nich, stając w nogach łóżka. Patrzył na nich przez chwilę. Kamila była niską blondynką o kręconych włosach i małej twarzy. Bartek był typem faceta nieumięśnionego, o dużej masie, ale nie otyłego. Natura dała mu posturę budzącą strach ot tak, za darmo. Bartek nie musiał chodzić na siłownię, dbać o siebie, po prostu był sporym gościem o dużej wadze. Cholerny szczęściarza, a jakże.
- Mógłbym cię teraz zabić – powiedział po prostu Jacek. – Ciebie i twoją śliczną żonkę. Na nic zdałyby się twoje pieniądze i siła. Bum, i już.
Stał przed ich łóżkiem około dziesięciu minut. Nie obawiał się, że mogą się obudzić i widząc go wpatrującego się w nich może zrobić się niezręcznie. Nie, byli bardzo wyrozumiali, wszakże przed dwoma miesiącami od Jacka odeszła żona, stracił pracę, miał próbę samobójczą, zmarła mu matka, a do tego miał kłopoty z prawem po bójce w barze, którą wywołał dla odreagowania. Miał prawo zachowywać się trochę dziwnie.
- Dobra, gołąbeczki, słodziutkich snów – powiedział i wszedł na górę.
Ze swojego pokoju zabrał przygotowany wczorajszego wieczora plecak, po czym wyszedł z domku i poszedł na autobus jadący do miasta. 

II

Po dojechaniu do miasta i przejściu dwustu metrów od przystanku autobusowego znalazł się pod drzwiami hotelu. Podszedł do rejestracji w banalnie i ubogo urządzonym hallu, jak na czterogwiazdkowy hotel. Za sprawiającym wrażenie wykonanego z drewna, ciężkim kontuarem stał młody mężczyzna w bordowym uniformie. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem wysłuchał żądania gościa dotyczącego najtańszego pokoju, jaki był wolny. Jacek po chwili odebrał od niego klucz z doczepioną do niego charakterystyczną gruszką, na której spodzie wybito numer 268. Zapłacił sto pięćdziesiąt złotych i poszedł do windy. Wjechał na drugie piętro, po czym znalazł się w nastrojowym korytarzu z bordową wykładziną w owalne żółte znaki, kremowymi drzwiami i ścianami w tym samym kolorze, co drzwi. W korytarzu panował półmrok rozpraszany nad drzwiami przez małe lampki, które pomagały w odnalezieniu poszukiwanego pokoju.
Po chwili Jacek znalazł się w jednoosobowym, małym, skromnie urządzonym pokoju, który go kompletnie nie obchodził. Gdyby nie musiał, nie wynajmowałby tutaj nic. Interesował go inny pokój, 303. To w tym pokoju zatrzymała się młoda, elegancka kobieta na kilka dni – wiedział to od przekupionego wcześniej recepcjonisty. Dzisiaj był jej ostatni dzień pobytu. Jacek chciał ją odwiedzić, by sprawdzić, jak się miewa. Ważne było dla niego, że pod numerem 303 mieszka młoda kobieta, bo na takiej osobie najlepiej będzie widać skutki działania pokoju, w którym mieszka. A był to niezwykły pokój. Jacek wynajął go przed dwoma tygodniami, by trochę go ulepszyć. Między innymi wypalił w podłodze pod dywanem, w miejscu, w którym stoi tam łóżko znak pentagramu, na zwieńczeniu każdej z jego ramion umieszczając ludzkie paznokcie. Rozpruł także materac, by w jego wnętrzu umieścić ciała pająków, czerw, a także trochę wronich piór. Za lustrem w łazience umieścił wizerunek oka wymalowany krwią kota. Krzesła zaś natarł owczym łojem. Wszystko to okrasił zaklęciami i doprawił rytuałem z użyciem swoich świec. Teraz chciał sprawdzić efekty. Mieszka tu pięć dni – myślał. Sporo. Pięć dni, no, no.
Jacek widział ją niedługo po tym, gdy się zameldowała. Jego ofiarą była wysoka brunetka, ze świetnym makijażem, przeciwsłonecznymi okularami, w leginsach opinających piękne ciało. Takiej sztuki szukał. Był ciekaw, co z nią teraz. Jeśli jego pułapki działają, to jego pani powinna być w kiepskiej formie. Zdecydowanie.
Zostawił plecak na łóżku, wyszedł na korytarz, zamknął za sobą drzwi i już po chwili był pod numerem 303. Zapukał. Raz, potem drugi. Po chwili drzwi się niepewnie uchyliły.
- Tak? – zapytała kobieta. Była ubrana w gruby, niebieski szlafrok i niebieskie kapcie.
- Przepraszam, czy u pani wszystko w porządku? – zapytał, uważnie się jej przyglądając.
- Tak, dlaczego pan pyta?
- Usłyszałem jakieś hałasy; myślałem, że dochodzą z pani pokoju.
- Nie, spałam, nic nie słyszałam. Może to gdzieś obok.
- Być może. W takim razie nie przeszkadzam. – Zaczął się już odwracać, gdy zagadnął jeszcze pełen uroku: – Przepraszam jeszcze, mogę zapytać, jak się tu pani śpi? Tak się zabawnie składa, że już dwa razy dostawałem ten pokój i za każdym razem dręczyły mnie tu koszmary.
- O, nie, wszystko w porządku. Mam twardy sen, to pewnie dla tego nie słyszałam hałasów.
- No tak, pewnie tak, przepraszam za obudzenie. Życzę miłego dnia.
- Nawzajem.
Drzwi się zamknęły. Jacek odszedł na kilka kroków, po czym się zatrzymał. Nie ma co, choć była bez makijażu i miała lekko napuchniętą od snu twarz, była w dobrej formie. Jak to możliwe? Przecież zrobiłem wszystko, jak trzeba. Kurwa mać!
Poszedł do swojego pokoju i spróbował się przespać – bezskutecznie. Spojrzał na zegar – była szósta czterdzieści. Śniadanie było podawane tu o dziewiątej trzydzieści. On nie wykupił opcji śniadaniowej, ale ona tak – to też wiedział od opłaconego recepcjonisty. Wyjdzie więc o dziewiątej i będzie kręcił się przed restauracją. Musi zobaczyć swoją ofiarę raz jeszcze, żeby być pewnym, że z nią wszystko w porządku.
W celu wypełnienia czasu do dziewiątej, wyciągnął z plecaka książkę, tym razem w zwykłej tekturowej okładce, i zaczął ją czytać. Nosiła tytuł „Ciemność cię kocha”. Czytał uważnie o wszystkim, co kojarzy się ze złem, gdy na kolana wypadło mu zdjęcie żony przed chwilą zapomniane, znajdujące się między którymiś ze stron książki. Było to zdjęcie paszportowe, na którym znajdowała się szeroka twarz z ostrymi rysami, szeroko rozstawionymi oczami i wydatną szczęką. Nie były to typowo kobiece cechy, ale żona Jacka, Dagmara, była ładna. Zdjęcie musiało się tu zawieruszyć przy nakładaniu klątwy, pomyślał Jacek.
Klątwa nałożona na Dagmarę była straszliwa. Jacek nałożył na nią klątwę emocjonalną, stworzoną z wykorzystaniem swojego ulubionego symbolu – pentagramu. W rzucenie tej klątwy włożył całą nienawiść do niej za to, co mu zrobiła. Pomijając częste awantury, które ze sobą prowadzili, zrobiła coś niewybaczalnego: powiedziała mu, że jest w ciąży i że chce dokonać aborcji. Jacek nie był zachwycony tym pomysłem, ale rozumiał żonę – była jeszcze młoda, robiła karierę w socjologii jako specjalista analizy rynku. Mimo tego było mu jednak ciężko pogodzić się z tym, że ma zabić własne dziecko. Miotał się z podjęciem decyzji, a Dagmara mu nie pomagała. Dręczyła go co rusz, skłaniając się do urodzenia dziecka, a to znowu do usunięcia go. Ta huśtawka nastrojów kompletnie go rozstroiła. W końcu zgodził się zapłacić za zabieg w dobrym ośrodku za granicą. Dał żonie dziesięć tysięcy i wysłał ją do dobrej kliniki. Kilka dni po jej wyjeździe dostał papiery rozwodowe. Kompletnie zdezorientowany dopiero po niemal miesiącu dowiedział się, co się stało: jego żona zrobiła z niego idiotę. Okłamała go, że jest w ciąży używając do tego czyiś wyników badań. Zrobiła to po to, żeby go dręczyć i wyłudzić trochę pieniędzy, za które zamiast skrobanki urządziła sobie wakacje.
Po dowiedzeniu się o tym, jak z nim postąpiła, zainteresował się magią. Z pomocą kilku specjalistów rzucił na nią klątwę, która miała sprawić, że jej życie w szybkim czasie popadnie w ruinę. Niestety działo się raczej odwrotnie. Dagmara kwitła u boku nowego partnera, gdy Jacek staczał się powoli w dół. Po domniemanej aborcji i odejściu żony był zbyt rozbity, by efektywnie pracować w dziale sprzedaży firmy odzieżowej. Popełnił kilka błędów, za które go wyrzucono. Sam nie wiedział kiedy zszedł z chodnika pod nadjeżdżający samochód. Nic mu się nie stało, ale za słabo ukrywał to, co zaszło – psychiatra w szpitalu oznajmił, że próbował popełnić samobójstwo. Ta informacja dotarła do jego matki. Trudno powiedzieć, czy to przez świadomość, że z synem jest źle zmarła niedługo po próbie samobójczej Jacka na zawał. Był pogrzeb, potem bójka w barze z nieodpowiednim facetem. Wszystko się posypało. Specjaliści od magii powiedzieli Jackowi, że ktoś nałożył na niego klątwę, niewykluczone, że Dagmara. Jacek przeszedł drogi zabieg zdjęcia klątwy, a potem, w zemście, odpłacił się żonie pięknym za nadobne.
Schował zdjęcie na tył książki i czytał dalej. O ósmej pięćdziesiąt wyszedł z pokoju i poszedł usiąść niedaleko drzwi restauracji, by obserwować gości zmierzających na śniadanie. Czekając nerwowo tarł wargi, coraz mocnej i mocniej. Bardzo chciało mu się palić, ale powstrzymywał się. Musiał wytrzymać.
O ósmej piętnaście ją zobaczył. Była ubrana w żółty sweter, który bardzo rozjaśniał jej twarz, obcisłe dżinsy i tenisówki. Wyglądała bardzo dobrze. To się nie mogło stać, nie mogło, przecież wszystko było przemyślane, zrobione dobrze! Przecież to musiało zadziałać! Musiało!
Zirytowany Jacek poszedł po swój plecak, wymeldował się i pojechał do opuszczonego domu na obrzeżach miasta.

III

Opuszczony budynek był jednopiętrową, zniszczoną kamienicą, przed którą ostatnio pojawiła się tabliczka z napisem GROZI ZAWALENIEM. Jacek przeszedł przez dziurawe jak szwajcarski ser ogrodzenie i znalazł się przed otworem wejściowym do budynku pozbawionego drzwi. Wszedł do środka i od razu natknął się na bezdomnego. Ubrany w to, co znalazł, około pięćdziesięcioletni siwy brodacz leżał w przejściu do piwnicy. Na oko był kompletnie pijany. Jacek kopnął go mocno w żebra, ale bezdomny ledwo coś wymamrotał, nie ruszając się prawie w ogóle. Zirytowany Jacek przeskoczył go, znajdując się na schodach do piwnicy. Zbiegł nimi szybko w dół w przesiąkniętym moczem powietrzu, wśród ścian pokrytych najgorszymi z możliwych bohomazami sprayem. Znalazł się w ponurym miejscu, pełnym ścian bez tynków straszących zdezelowaną cegłą. Przeszedł między zgniłymi drzwiami do piwnic, aż znalazł się przy solidnym wejściu do jednego z największych pomieszczeń piwnicy. Sam je wykonał z bardzo grubych desek. Wyjął z kieszeni pęk kluczy i otworzył kilka najlepszych kłódek jakie zdobył. Wszedł do zagospodarowanego przez siebie pomieszczenia i zamknął się w nim od środka.
Pomieszczenie, w którym się znalazł miało około piętnastu metrów kwadratowych powierzchni. Jego ściany wyłożone były paletami od jajek, żeby dźwięki nie wydostawały się poza jego granice. W kątach stały średniej wielkości głośniki, z których płynęła cicha modlitwa. Na prawo był blat z dziwnymi amuletami, a także lekami, resztkami jedzenia, różnymi narzędziami i odświeżaczami powietrza. Na podłodze znajdował się pentagram. W jego środku znajdowało się krzesło, do którego przywiązany był nagi mężczyzna. Jego głowa była opuszczona na klatkę piersiową, która poraniona była w przeróżny sposób. Widniały na niej dziwne symbole wypalane rozgrzanym żelazem, kwasem, wykrajane ostrymi narzędziami, tworzone przez sińce powstałe przez uderzenia tępymi przedmiotami.
Jacek wyjął z plecaka butelkę z wodą i chlusną nią na głowę mężczyzny. Brak reakcji. Kopnął go więc w piszczel, ale i to nie przyniosło pożądanego efektu.
- Co jest gnoju? – zapytał, przykładając dwa palce do tętnicy szyjnej więźnia. Nie wyczuł pulsu. – Nie, nie rób sobie jaj! Nie żyjesz gnido? Ty parszywa gnido!
Chwycił za jego włosy i pociągnął je w górę, odsłaniając w ten sposób twarz nagiego mężczyzny. Spłukał ją wodą, potem spoliczkował. Na koniec przyłożył ucho do ust więźnia. Nie wyczuł oddechu.
- Ty zawszony, niewdzięczny skurwysynu! Miałeś być medium! Taki awans społeczny, a ty co? Tak się odwdzięczasz? – Kopnął go w klatkę piersiową. Mężczyzna poleciał jak kloc drewna do tyłu, odsłaniając stojące pod nim wiaderko z nieczystościami i swój nagi tyłek widoczny dzięki otworowi w siedzisku krzesła. – Wszyscy jesteście tacy sami: zawszeni, brudni i bezużyteczni.
Podszedł do stołu. Miał zabrać ze sobą amulety i leki psychotropowe, ale nagle stracił siły do działania.

Wyszedł z pomieszczenia, zamknął je jedynie na jedną kłódkę i poszedł wolno do wyjścia z piwnic. Zastanawiał się, czy zadzwonić do wróżki, by zapytać, co go teraz czeka, ale i na to nie miał sił. U szczytu schodów natkną się na bezdomnego widzianego tu już wcześniej. Tym razem brodacz zdradzał więcej ruchu – próbował wygrzebać z pomiętej paczki papierosa. Jacek spojrzał na niego bez wyrazu. Potem nadepnął podeszwą buta na jego nadgarstek, by zmusić go do wypuszczenia z dłoni papierosów. Gdy do tego doszło, Jacek podniósł paczkę i wyszedł przed budynek przy nieskładnych, bełkotliwych protestach bezdomnego. Usiadł na kamieniu znajdującym się niedaleko bloku i ze spuszczoną głową zapalił papierosa.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz