Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

piątek, 18 września 2015

"Tajemnica 'Złotego Pociągu". Drugie opowiadanie finałowe konkursu urodzinowego. Krzysztof T. Dąbrowski


                                             "Tajemnica 'Złotego Pociągu'"


"Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięciu latach otworzyć pogrążone w wiecznym mroku wagony.
 Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal...
I rozdarło! I stało się - musiałem rzucić okiem na horror. A jakem Hubert Płaczkowski, klnę się na wszystkie 'nieświętości', moje długie kłaki i flaszkę Zgrzytniej Wyporowej, która tkwiła w rozepchanej kieszeni skóry, że wolałbym, by to nigdy nie nastąpiło.
I pomyśleć, że jeszcze przed chwilą byłem napalony jak mysz na ser na potencjalne skarby drzemiące za stalową powłoką. A teraz w mgnieniu oka odechciało mi się tego wszystkiego.
 - Widzisz to, co ja? - zapytałem drżącym głosem Wikarego, mego ukochanego kota.
 - No - mruknął posępnie jeżąc się przy tym coraz bardziej.
Do dziś nie wiem jak to się stało, że rozumiem te jego miauki, podobnie jak to, że co i rusz ładuję się w jakieś paranormalne hocki klocki. W każdym razie mieszkająca naprzeciwko mnie Euzebia, twierdzi, że to wszystko spowodowane jest krążącą w mych żyłach krwią magów i że mam w sobie moc, która przyciąga do mnie to wszystko. Tyle tylko, że ma babinka siedemdziesiąt sześć lat i choć
ją lubię, bo jest najstarszą metalówą w mieście, to jednak może mieć już demencję czy inne starcze ustrojstwo. Ja zaś mogę mieć kuku na muniu - co by tłumaczyło zdolność do gadania z własnym kotem i to, co właśnie ujrzałem.
Szczerze mówiąc, to wiele bym dał, by to było kuku na muniu, bo z wnętrza wagonu buchnął niewyobrażalny smród, a w chwilę potem ujrzałem to. A raczej TO - bo z dziury wylazł sam Pennywise. I choć zdawałem sobie sprawę, że to postać literacka, to jednak przeraziłem się. Był bardziej niż realny i stał jakiś metr ode mnie. Wyszczerzył się i usłyszałem mrożącą krew w żyłach propozycję:
 - Hubercik, chodź ze mną. Będziemy się pławić!
Nie wnikając w to, czy słowo 'pławić' powstało z połączenia słów 'pływać' i 'bawić', czy nie, pławienie było teraz ostatnią rzeczą na jaką miałem ochotę. Niezależnie od tego, co tak naprawdę oznaczało.
Odwróciłem się z zamiarem natychmiastowej ucieczki. Me plany pokrzyżował Wikary, który z rozpaczliwym miauknięciem rzucił mi się wprost pod nogi próbując ucapić się lewej łydki. Wyłożyłem się jak długi, a obok kocur wyłożył się jak krótki.
No to leżeliśmy, a raczej polegliśmy, bo nie spodziewałem się, że wyjdziemy z tego żywi...
 - Będziemy się pławić - charkotał coraz weselej klaun Pennywise, bo najwyraźniej wyczuł, że wreszcie upuści komuś juchy.
 - Co widziałeś? - nagle mnie olśniło, bo przypomniałem sobie, że kiedyś mieliśmy już podobne przejścia i to, co widziałem, nie było w rzeczywistości tym, co ujrzałem.
 - Ogromną mysz ze starym serem pomiędzy pokrwawionymi siekaczami! A z paszczy wystawaje jej odgryziony koci ogon! - histerycznie popiskiwał Wikary.
No tak, żeby kotu przyszło piszczeć, to naprawdę koniec świata, ale ja odetchnąłem z ulgą.
 - A ja klauna z książki "To" Stephena Kinga.
 - Ojej, to oni mają przewagę liczebną - zamiauczał żałośnie Wikary.
 - Będziemy się pławić - charkotał Pennywise, ale najwyraźniej chciał się nad nami trochę popastwić, bo na razie poprzestawał tylko na charkotaniu.
 - To halucynacje - odparłem.
 - Tak? - miauknął trwożliwie.
 - Dokładnie - odparłem wstając powoli. - To musi być jakiś gaz wywołujący halucynacje. Coś się tu rozszczelniło i nas przytruło.
 - Nie chcecie się pławić? - zdziwił się Pennywise.
Teraz już się go nie bałem, a nawet zaczynał mnie trochę śmieszyć. Wielki czerwony nochal, zupełnie jak u pijaka. Zębiszcza domagające się natychmiastowej interwencji sztabu stomatologów przyzwyczajonych wykonywania do ortodontycznych zadań specjalnych. Włosie czerwone, a rozwiane na boki - gdyby to był fiolet, byłby to szczyt geriatrycznej mody w tym sezonie (parę sąsiadek z bloku ma podobny fryz). Do tego długachne pazury, a zaniedbane tak, że byłyby koszmarem każdej manicurzystki.
 - Tyyyy paskudny, złudny myszonie! - Wikary przeszedł właśnie w tryb bojowy, chcąc ukarać coś, co go przeraziło, a przerażenia warte nie było. Leciał wprost na klauna z rozłożonymi na boki łapkami i rozcapierzonymi pazurami. Na jego pyszczku objawiło się radosne szaleństwo.
Zapomniał bidulek o jednym - halucynacje są niematerialne...
BRZDĘK! - naprawdę konkretnie przygrzmocił w wagon.
 - Ładnie żeś przeleciał klauna - zarechotałem widząc, że kocisko jest mocno skołowane.
 - A pałuj się ty niedomlaskana mendo! - miauknął urażony.
 - Pławmy się! Pławmy! - rozpaczliwie nawoływał Pennywise, zupełnie jakby przeczuwał, że to już koniec zabawy.
Nie miałem zamiaru go słuchać. Bardziej mnie ciekawiło, co się znajduje w wagonie.
A były to zaiste skarby warte grzechu...

                                                          ***

I tam, w owej chwili, w zasadzie mogłaby się ta historia skończyć, ale wyjawię wam, co to było, bo i co mi szkodzi. Wy też pewnie nie uwierzycie - podobnie jak znajomi, którzy wpadali w odwiedziny, po tym jak zatrzymano mnie w szpitalu na obserwacji z podejrzeniem wstrząśnienia mózgu.
Wewnątrz znajdowało się mnóstwo różnorakiej aparatury. A jeden ze sprzętów działał i jak się okazało po rozszyfrowaniu napisu, był to emiter fal lękowych. A że będąc dzieciakiem przeraźliwie bałem się Pennywise'a, zaś Wikary wciąż boi się, że kiedyś spotka gigantyczną mysz mścicielkę...
Sprytni Niemiaszkowie zamierzali nas pokonać wywołując zbiorowe kuku na muniu - strasząc strachami, które byłyby straszniejsze od nich samych. Zamierzali nas tak straszyć, byśmy wiali gdzie pieprz rośnie i poniechali oporu. Tylko jak widać, nie zdążyli użyć tych zabawek. A i tak niechybnie, nic straszniejszego od nich, by się nie pojawiło.
Wiem, co widziałem i wiem, że to prawda, choć niestety nie będę miał jak swych słów potwierdzić, bo... wybiegając z wagonu w radosnych podskokach, tak przygrzmociłem głową w coś twardego, że ocknąłem się wiele godzin później na trawniku na osiedlu. A wraz ze mną Wikary, któremu też się przecież z blachą zderzyło.
Jedyne, co pamiętam, tuż po ocknięciu to, to że z kieszeni wypadł mi wtedy papierek po cukierku.

Pisało na nim: "MOCARZ""Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięcu latach otworzyć pogrążone w wiecznym mroku wagony.
Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal...""Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięcu latach otworzyć pogrążone w wiecznym mroku wagony.
Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal...""Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięcu latach otworzyć pogrążone w wiecznym mroku wagony.
Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal...""Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięcu latach otworzyć pogrążone w wiecznym mroku wagony.
Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal..."

Krzysztof T. Dąbrowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz