Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Oczy opatrzności - Dawid Ladach. Opowiadanie.

Oczy opatrzności  


Karol nigdy nie zastanawiał się nad tym, co oznacza sprawiedliwość, w jakie relacje wchodzi ze złem i dobrem, w jakim stopniu jest magiczną różdżką, od której ruchu zależy być albo nie być czegoś lub kogoś. Co prawda słyszał o eutanazji, aborcji, wiedział, że to są tematy-skarbonki, do których każdy lubi wsadzić swoje pięć gorszy – na to nikomu nie brakuje drobnych – ale one go nie obchodziły, tak jak drobniaki. Należał od ludzi, którzy nie zawracali sobie głowy bzdurami, lecz od razu sięgali po groch.
Pewnego letniego dnia wyszedł z domu z pełną kieszenią grochu i z jasno sprecyzowanym celem: wyrównaniem rachunków. Idąc przez późny wieczór, bardzo szybko przechodzący w noc, słyszał tarcie o siebie nogawek swoich spodni w akompaniamencie gry świerszczy ukrytych w wysokiej trawie pól. Jego serce przyśpieszało i zwalniało, w zależności od jego pewności, raz rosnącej, raz malejącej. Ku swojej uciesze w klatce piersiowej o wiele częściej czuł miarowe stukanie, tylko od czasu do czasu rejestrując łomot będący efektem panicznej krzątaniny serca. Spokój nie brał się znikąd. Karol znał dobrze stajnie, do której zmierzał, jej obejście, wszystko przemyślał, miał plan, prosty plan, a więc z gatunku tych najlepszych.

Po kilkunastu minutach marszu nieużytkami w postaci pól i zagajników dotarł do terenu Majkowskich, właścicieli dwunastu koni. Omiótł wzrokiem sporą posiadłość z klepiskiem przeznaczonym do jazd dla turystów, długą, ceglaną stajnią, jednoparterowym domkiem i szopą, przy której budy miały dwa psy: dog niemiecki Kaduceusz – olbrzym, który wyglądem osiągał to, co za pomocą wzroku czyniła Gorgona – i kontrastujący z nim bulterier Igła. Oba były umaszczenia czarno-białego (aż chciało się nucić piosenkę „Black and white” Kombi, gdy się na nie patrzyło), mieszkające przy szopie Majkowskich, by interweniować, gdyby dzieciaki przyjezdnych po kilku łykach czegoś mocniejszego wpadły na pomysł, żeby urządzić sobie nocną przejażdżkę na pożyczonych koniach. Obawy tego typu były uzasadnione, bo trzy lata temu czterech pijanych nastolatków włamało się do stajni w absurdalnym celu nakarmienia końmi cukrem, co skończyło się spłoszeniem zwierząt i złamaną nogą klaczy Matyldy. Od tamtej pory stajnia Majkowskich została wyposażona w solidniejsze drzwi, a jej okna zaczęły chronić kraty, do tego kupiono Kaduceusza i Igłę.
Karol znał te psy – zaprzyjaźnił się z nimi będąc chłopcem stajennym, śmierdzącym łajnem popychadłem zawsze pracującym niewystarczająco dobrze, zawsze z którymś ze swoich atrybutów: widłami, wiadrem, zgrzebłem, czasami lonżą. Teraz, stojąc przed terenem Majkowskich, otoczonym wysokim płotem z szerokich sztachet, nie był już poganianym gnojkiem, chłopaczkiem pracującym za kurtyną życia, by ci stojący przed nią mogli się dobrze bawić; teraz był myśliwym z nabojami z grochu. I z jeszcze czymś: kiełbasą z odpowiednią przyprawą – trutką na szczuty działającą tuż po jej spożyciu.
Cmoknął na psy. Te zastrzygły uszami i ruszyły z gardłowymi pomrukami w stronę słyszanego, niepokojącego ich dźwięku, by po rozpoznaniu człowieka ich przywołującego zamienić wydawane dźwięki na machanie ogonem. Kaduceusz i Igła odpowiedzieli na pocałunek śmierci.
Po nakarmieniu psów Karol przez godzinę przebywał w zagajniku w pobliżu swojego celu – stajni, czekając aż czas dokończy jeden z etapów jego planu. Gdy wrócił pod płot Majkowskich i znów cmoknął – żaden z psów się nie pojawił. Dla pewności cmoknął jeszcze kilka razy – nadal nic. Cisza, przeszywająca i brzemienna w grozę dla kogoś o niekarolowym sercu, dla Karola była niebiańską muzyką, drzwiami otwierającymi mu drogę do sprawiedliwości.
Podszedł do okna stajni i wyciągnął wcześniej własnoręcznie obluzowane cegły przytrzymujące kratę, którą chwilę potem wyjął. Jeszcze tylko szyba, ostatnia bariera… Wyciągnął latarkę, nóż i taśmę izolującą. Ciął ją na półmetrowe paski i przyklejał na szkło, przyświecając sobie trzymaną w zębach latarką. Obkleił nimi całą szybę – pasek zachodził na niej na pasek. Potem postukał w nią nasadą noża. Ostatnia bariera oddzielająca zabójcę psów od stajni popękała cicho, po czym delikatnie, niczym mdlejąca kochanka, osunęła się w ręce Karola.
Z okna stajni zaczął wionąć delikatny zapach obornika, amoniaku i jeszcze czegoś, czegoś nieuchwytnego, charakterystycznego – zapachu konia. Zapach, który miłośnikom koni kojarzy się z czymś wzniosłym, nawet majestatycznym, w każdym razie niemal zawsze z czymś miłym, Karolowi kojarzył się z harówką, poniżeniem i oszustwem (uważał, że za mało zapłacono mu za jego pracę).
Karol podciągnął się na betonowym parapecie, potem przykucnął na nim i, chwytając dłońmi szczytu wybitego okna po stronie wnętrza ceglanego budynku, przełożył nogi za parapet, zsunął się lekko i z cichym szmerem postawił stopy na kafelkach w stajni. „Jestem” – pomyślał nieco nieprzytomnie z podniecenia z powodu tego, że jego plan spełniał się co do joty, i z powodu tego, co zaraz miało się stać.
Konie stojące blisko wybitego okna zauważyły intruza – kilka z nich zwróciło się w jego stronę, otworzyło pyski i podwinęło górną wargę, by lepiej wyczuć nowe zapachy przyniesione przez niespodziewanego nocnego gościa, siewcę grochu. Kelwin, mający boks najbliżej wybitego okna, rozpoznał stojącego przy nim człowieka i kilkakrotnie parsknął na niego przyjaźnie. „Ja też się cieszę, że cię widzę” – powiedział Kuba, po czym przeszedł się korytarzem, otwierając wszystkie napotkane po drodze boksy, będąc bacznie obserwowanym przez wysoko uniesione końskie łby, które jawiły mu się w słabym świetle latarki jako zaciekawiona jego działaniami publika. Gdy stanął przy wejściu do stajni, naprzeciwko wybitego okna, uśmiechnął się i sięgnął do kieszeni. „Mam coś dla was” – powiedział, tym razem dość głośno, z krwią huczącą mu w skroniach, każącą mu się postarać, bo miał przed sobą ważny występ.
Wypuścił w płuc powietrze i wszedł do boksu na lewo, do ciemnokasztanowatej młodej klaczy Ariadny, która pochyliła się nad nim i wysunęła do przodu uszy, wyraźnie zainteresowana tym, co się dzieje. Kuba pogłaskał ją po pysku, a potem zwinnym ruchem wrzucił do jej ucha ziarno grochu. Nie czekał na reakcję – czekanie byłoby dla niego zbędnym luksusem. Chwycił się jednego z trzech drążków znajdujących się nad sięgającą dorosłemu mężczyźnie do piersi ścianą boksu, które sprawiały, że konie znajdujące się w stajni mogły się nawzajem widzieć, jednocześnie nie mając ze sobą zbyt wiele kontaktu, podciągnął się na nim, przełożył przez niego nogę i zwinnie znalazł się w zagrodzie Dagmary. Gniadej klaczy jednak w niej nie było – zdążyła już wyjść na korytarz, korzystając z niespodziewanie podarowanej wolności. Kuba przeskoczył więc do kolejnego boksu, gdzie zastał Wenus – najspokojniejszą klacz w stajni, ulubienicę dzieci w ośrodku hipoterapii, z którym Majkowscy współpracowali poza okresem wakacyjnym, gdy nie oferowali turystą konnych przejażdżek i nauki jazdy konno.
Wenus stała zesztywniała, wymachując ogonem i wysoko uniesioną głową. Kuba wiedział, co to znaczy – klacz bała się, była zaniepokojona rumorem mającym miejsce przy drzwiach wejściowych do stajni. „Nie bój się, ty…” – nie dokończył; zacisnął zęby i uderzył Wenus z otwartej dłoni w szczy głowy, sprawnie przemycając ziarno grochu, trzymane przed momentem między palcem wskazującym a środkowym, do jej lewego ucha.
Zanim uciekł oknem, udało mu się umieścić ziarna grochu w uchu jeszcze jednej, kasztanowatej klaczy, której imienia nie pamiętał, i stawiającego opór ogiera Kelwina, który próbował go kopnąć, wiercąc się w swoim boksie jak opętany i wierzgając na wszystkie strony kopytami, ale zabrakło mu szczęścia.
Gdy Karol znalazł się poza stajnią, jego serce wyrwało się spod rygoru racjonalności – pogalopowało jak szalone, zmuszając do dzikiej ucieczki swojego właściciela. Karol przeskoczył płot, wkładając w tę czynność zdecydowanie więcej siły niż było trzeba, przez co przeleciał pół metra nad nim, a po lądowaniu poczuł ból w prawym bicepsie (przez przesadne wyrzucenie ciała w powietrze prawą ręką) i w prawej kostce (przez niezgrabne lądowanie). Nie zwrócił na to uwagi i pognał przed siebie, by po dwustu metrach przewrócić się w wysokiej, pożółkłej od upałów trawie, dyszeć, ocierać z czoła pot i próbować pozbierać myśli. „Czy wszystko zrobiłem tak, jak trzeba?” – to było najważniejsze pytanie, które wyłaniało się z chaosu w jego głowie, świeciło niemal jak mający własne zasilanie neon na pozbawionej centralnego zasilania ulicy. Karol miał na nie odpowiedź – brzmiała „Tak”. „Tak, tak, tak!!! Kurwa!!!”. Udało się! Plan się powiódł. Karol przetrawił najpierw chaos, potem euforię, aby zastanowić się, co słyszał podczas swojej szaleńczej ucieczki. Przypomnienie sobie doznań słuchowych towarzyszących mu przy oddalaniu się z miejsca zbrodni szybko przyniosło pytanie: „Czy naprawdę to słyszałem?” To, czyli opętańcze rżenie koni i tępe dźwięki uderzania czegoś ciężkiego o coś twardego, którym towarzyszyły odgłosy rozłupywania, pękania, a może nawet wybuchania czegoś. Czy naprawdę to słyszał…? Może tak, a może nie, to nie było dla niego teraz zbyt ważne, bo teraz najważniejsza była przyjemność (w końcu dla niej ułożył genialny plan i – „Tak, tak, tak!!! Kurwa!!!” – genialnie go wykonał). Przyjemnością była fantazja powstała na podstawie słyszanych dźwięków (realnych albo urojonych). Polegała na widzeniu oszalałych koni, stających dęba, rżących z całych sił, wywracających ślepiami połyskującymi w ciemności, walących łbami o boksy i kafelkową posadzkę, wpadających na siebie w zaślepieniu z przerażenia i łamiących sobie przez to nawzajem nogi. Stajnia Majkowskich stała się w umyśle Karola wypełnioną ciemnością mordownią z końmi złączonymi w jedną ciemną, niekształtną i podrygującą masę. Masę będącą dziełem siewcy śmierci, anioła zemsty, genialnego stratega – Karola, który po nasyceniu spragnionej frenezji wyobraźni wstał z pożółkłej trawy i pogwizdując powędrował powoli w kierunku domu.

Karol w chwilach przypisywania sobie genialności okazywał się być zdecydowanie zbyt subiektywny. O tym, że może ona być opłakana w skutkach przekonał się w niecałe czterdzieści osiem godzin po dokonaniu mordu na zwierzętach Majkowskich.   
Z obiektywnego punktu widzenia brak genialności Karola polegał na jego podpisaniu się pod dokonanymi przez siebie niegodziwościami. „Siewcę śmierci” od perfekcji dzieliło powiedzenie swego czasu do swojego kumpla, że „kiedyś zajebie tych Majkowskich, wszystkie ich konie i ich dwie szczekające krowy”; posiadanie wyraźnego motywu i nie posiadanie alibi; kupno trutki na szczury w sklepie znajdującym się zbyt blisko jego miejsca zamieszkania; zgubienie latarki z wytatuowanymi  na jej obudowie odciskami palców podczas zbyt gorączkowego przeskakiwania przez płot; nie upewnienie się, czy ktoś widział jego szaleńczą ucieczkę ze stworzonej przez niego mordowni koni (i psów)…
Gdy wyszedł z aresztu i czekał na rozprawę sądową mającą wydać na niego sprawiedliwy wyrok za popełnienie (nie)sprawiedliwej zbrodni, odwiedził go Rafał Majkowski, właściciel zrujnowanej stajni. Nie był nastawiony na słowa, zdecydowanie interesowały go czyny, tak jak Karola. Zadany przez niego ogłuszający cios w okolice ucha był koniecznym wstępem do jego operacji pod sztandarem sprawiedliwości.
Po przebudzeniu się Karol zdał sobie sprawę, że leży związany na posadzce dobrze sobie znanej, pozbawionej teraz koni stajni. Gdy zobaczył nad sobą Majkowskiego, chciał coś powiedzieć –  wtedy zdał sobie sprawę z kolejnej rzeczy: z swoich zaklejonych ust taką samą taśmą, którą wykorzystał swego czasu do cichego wybicia stajennego okna. Poczynione przez niego spostrzeżenia poważnie go zaniepokoiły, ale nie wywołały u niego paniki; ta przyszła chwilę później, razem z kolejnymi odkryciami.
– Nie będę się rozwodzić: – powiedział Majkowski – zabiłeś sześć koni i dwa psy. Oszczędzę sobie wchodzenia w szczegóły. Zdecydowanie zamiast o ostatnich chwilach moich zwierząt wolę mówić o ich życiu mającym miejsce przed nocą, w której zaprzągłeś swoje gówniane jestestwo do najbardziej gównianej roboty jaką kiedykolwiek wymyślił twój łeb pełen gówna.
Karol wymruczał coś przez taśmę, coś, co rozeszło się daremnie po ponurym pomieszczeniu z niezmytymi dokładnie śladami krwi, ułożonymi w skomplikowany wzór na posadzce, ścianach, boksach i wyposażeniu stajni, sprawiając upiorne wrażenie jakiegoś hieroglifu będącego wiadomością od zmarłych.
– Pamiętasz Kelwina? To był mój pierwszy koń, mój ogier. Znałem go od źrebaka, gdy pracowałem u pewnego małżeństwa w Daroniu, wsi pod Olsztynem, gdy miałem jakieś dwadzieścia, a może nawet dziewiętnaście lat. Pewnego razu dostarczono mi Kelwina, pięknego, ale wyjątkowo dzikiego ogiera. Miałem go oswoić, „wyprowadzić na konia”, jak to się mówi. Na początku płoszył się nawet na widok motyla. Wchodząc do stajni zawsze zastawałem go z głową zwróconą do ściany, z uszami położnymi do tyłu, czasami z podkurczonym ogonem i podniesioną tylną nogą, gotową do kopnięcia. Gdy się go dotykało, fikał tak, jakby dotykało się go nie gołą dłonią, ale rozgrzanym żelazem. Ale powoli, z cierpliwością, której tobie, zasrańcu, zawsze brakowało, zacząłem go do siebie przyzwyczajać. Jego przyjaźń kosztowała mnie kilka sińców od ugryzień i upadków, skręcenie kostki i lekki wstrząs mózgu, ale było warto. Na tyle, że po jego oswojeniu powiedziałem sobie, że musi być mój. Zacząłem odkładać każdy grosz, modląc się, by zdążyć kupić Kelwina zanim zrobi to ktoś inny. Miałem dopiero połowę sumy, gdy znalazł się na niego kupiec. Poszedłem wtedy do właściciela, powiedziałem o planach kupna i poprosiłem go o rozłożenie kwoty za Kelwina na raty. Stary zaśmiał mi się w twarz i powiedział, że potrzebuje pieniędzy na wczoraj, bo urodził mu się chory syn, a lekarze kosztują. No dobra, powiedziałem sobie, wóz albo przewóz, i kupiłem dla małego, który miał jakieś schorzenie genetyczne, przez które nie rósł i miał problemy z sercem, różaniec z Jerozolimy, ze złotym łańcuszkiem i paciorkami z Ziemią Świętą otoczoną bursztynem. Kosztował cholernie dużo. Dałem go temu choremu dzieciakowi i powiedziałem, że skoro nie mogę dostać Kelwina, a nic innego mnie nie interesuje, to niech zaoszczędzone na niego pieniądze pójdą na jakiś zbożny cel. Stary był wierzący, więc się wzruszył i powiedział, że sprzeda mi konia na raty skoro ze mnie taki dobry chłopak. No i licząc raty i różaniec przepłaciłem za mojego ogiera, którego cenę sam ustaliłem przez jego dobre wychowanie. Trochę pachnie paradoksem, ale do kogo ja to mówię; ty, kupo gówna, kiedykolwiek słyszałeś o paradoksie? Nie, bo takie skurwiele jak ty słyszą tylko ciekawostki o grochu i końskich łbach. Tak? Tak, kurwa? No to skoro tak bardzo lubisz końskie łby, to się do nich przytul.
Majkowski odszedł od Karola energicznym krokiem napędzanym przez adrenalinę. Zdjął brezent z wysokiej skrzyni stojącej w kącie stajni – kilka spłoszonych much wzbiło się nerwowo w powietrze, wykonując akrobacje wokół głowy intruza, który miał czelność przerwać ich ucztę – chwycił za jej krawędź i zaczął ciągnąć ją w kierunku Karola, w którym panika rozrastała się w zastraszającym tempie, zmuszając jego mięśnie do niemal spazmatycznych ruchów mających na celu oswobodzenie się z więzów. Te były jednak zbyt precyzyjnie założone, a ich wiązania zbyt silnie zaciągnięte przez niepochamowaną żądzę wyrównania rachunków.
– To Kelwin – powiedział Rafał, trzymając oburącz obciętą głowę konia wraz z szyją. – Kiedyś miał piękne oczy; przez nie poznałem Anitę, moją żonę. Zakochała się w oczach konia, a wyszła za mnie; to trochę tak, jakby Kelwin był częścią mnie. Ty mi ją zabrałeś. Teraz weź to, co ci się należy.
Rafał położył obcięty łeb konia na klatce piersiowej Karola.
– A to Dagmara…
… to Kilof… Wenus… to… a tego pamię… kiedy byłeś… zasrańcu… Kelwin…
Karol słyszał coraz mniej, zresztą to, co mówił Majkowski w ogóle go nie obchodziło; obchodziła go tylko coraz to nowa końska głowa lądującą na jego klatce piersiowej i brak tlenu, życiodajnego tlenu, tak mu potrzebnego, by móc żyć godnie, sprawiedliwie.
Pociemniało mu w oczach, a słowa Majkowskiego zupełnie dla niego znikły, zagłuszone przez charkot wydobywający się z jego wnętrza, wypełniający przez chwilę całe jego jestestwo. Jego mięśnie, przed zaciekle próbujące zrzucić z siebie sznury i rosnący ciężar, dawały za wygraną – brakowało im energii, do której wytworzenia niezbędny był tlen. Karolowi robiło się coraz ciemniej, aż wreszcie wszystko na moment zgasło i nastała absolutna cisza – wypełniona ciemnością mordownia wyciągnęła rękę po swojego ojca. Potem nie było już niczego.     



  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz