wtorek, 30 czerwca 2015

JAK NIE ROBIĆ KONWENTU. Gryfcon mało poważnie i w oparach fajkowego zioła.


IPN na Gryfconie

W tym roku trzecia odsłona Gryfconu wystartowała pod koniec czerwca. Chłopaki założyli, że głównym tematem będą: gry planszowe i karciane, których faktycznie, na imprezie była cała masa. Mało tego, przyjechała min: ekipa IPN ze swoimi wielkoformatówkami. Nie omieszkałem zagrać i zbombardować Warszawy. Okiem na Horror jak zwykle zajął się organizacją bloku prelekcyjnego. Tym razem pomysł był, aby opowieści o literaturze połączyć z prelekcjami multimedialnymi. Ale o tym, za chwilę.

GOŚCIE

Przyjechała do nas ekipa z Krakowa w osobach: Piotrka Borowca, Michała Stonawskiego, Krzyśka Korsarza i  Joanny Widomskiej z fanpagu Czekam na Apokalipsę Zombie.

Od początku musiało się coś wydarzyć. Jako organizator może nie powinienem pisać o wpadkach, ale co tam. Potraktujmy Gryfcon jako zabawę, gdzie mało co się układa po myśli organizatora. Gdy Gryfon już startował, otrzymałem telefon od Krzyśka, że w bursie, gdzie nasi goście mieli nocować, nie ma ich na liście. No i się zaczęło. Kto jest najważniejszy w akademiku, bursie czy internacie? Jak myślicie? Oczywiście recepcjonistka. Studenci wiedzą, że to święta prawda. Nie dyrektor, kierownik czy manager, o ile taki jest, a recepcjonistka, to ona, gdy nie ma informacji o pobycie, przetrzymuje na korytarzu kilkadziesiąt minut gości, nie wpuszczając ich do pokoi. Tłumaczenia, że to goście imprezy, że zapłacone, że po cholerę ktoś telepałby się z Krakowa autem, aby wyłudzić nocleg – nie przynoszą skutku. Po udanej kolejnej próbie kontaktu z dyrektorką wszystko wyjaśniono. Bardzo tym się nie stresowałem, jednak przyjechałem na miejsce, aby spotkać się z prelegentami. Cały czas miałem w zanadrzu domek na mojej działce, która graniczy z cmentarzem. Mówię Wam, jakie tam są warzywa! Nie zaleca się tylko grillowania pomiędzy jedenastą a trzynastą. Po co robić ludziom apetyt na grilla? A i jakoś tak dziwnie samemu jeść.

wtorek, 23 czerwca 2015

MAGISTERIUM. "Próba żelaza" Recenzja.

 ”Magisterium” to bardzo popularna za oceanem seria autorstwa Holly Black i Cassandry Clare. W dużym skrócie to opowieść o magii, czarach i walce dobra ze złem. Czytelnicy w USA doczekali się już pięciu części przygód Calla i jego przyjaciół. Na naszym rodzimym rynku wydawniczym za sprawą wydawnictwa Albatros, póki co, można sięgnąć po tom pierwszy. „Próba żelaza”, bo tej części mowa, to przede wszystkim porządna dawka niezwykle wciągającej fantastyki. Ale jest jeden minus – książka mocno przypomina historię Harrego Pottera. Z tego powodu czytelnikom zakochanym w kreacjach stworzonych przez J.K Rowling trudno będzie wgryźć się w tę opowieść, aby potem bez żadnych porównań, z dystansem i z przyjemnością oddać się lekturze.
Gdzie jesteśmy? Holly Black i Cassandra Clare zabierają swoich czytelników na wycieczkę do znanego już w literaturze miejsca – do szkoły magii. W szkole tej, zwanej Magisterium, mistrzowie uczą swoich podopiecznych panować nad magią żywiołów, w tym. m.in. nad magią chaosu. Do Magisterium trafia główny bohater opowieści Call. Chłopak wychowywany był dotąd przez ojca, który po stracie żony postanowił zapomnieć o magii. Ignorował to, że Call z dnia na dzień odkrywał w sobie zdolności magiczne. Szybko okazało się jednak, że przed mocą czarów nie ma ucieczki. Call został wezwany na egzamin do Magistrerium i niespodziewanie został wciągnięty na listę uczniów.

niedziela, 21 czerwca 2015

Dzikus - David Almond. Cykl Małe potworki #18



W skrajnych sytuacjach zawsze tworzymy narracje. Te, jakże prawdziwe zdanie, wygłosił Anatole Boyard, autor książki Upojony chorobą. Zapiski o życiu i śmierci. Według niego metafory stosowane w psychoterapii są najskuteczniejszym sposobem wyzwalania się z różnorakich trudności życiowych. Bo gdy już się w sytuacji skrajnej znajdziemy, to tylko opowieści mogą uratować nasze człowieczeństwo. Metafora w tym wypadku staje się więc "szlachetnym" sposobem ucieczki przed strachem i bólem. Otwiera przed nami nowe przejścia i wytyczna nowe szlaki do miejsc, w których odkrywamy dawno utraconą możliwość tworzenia czegoś własnego, jedynego w swoim rodzaju. Pozwalamy sobie bowiem tworzyć siebie na nowo.

Tego o czym pisał Boyard doświadcza Blue Baker - chłopiec, który doznaje szoku po śmierci ojca. Wszystko wydaje się pozornie toczyć własnym, zwykłym rytmem - nadal mieszka w tym samym domu z mamą i siostrą, chodzi do szkoły - a jednak coś w nim pękło. Powstała w ten sposób w jego duszy szczelina zionie pustką, której nie jest w stanie wypełnić miłość i wsparcie najbliższych. Psycholog radzi Bakerowi by napisał historię, w której uzewnętrzniłby swoje uczucia. Chłopiec podejmuje się tego zadania. W efekcie powstaje opowiadanie, którego bohaterem jest mieszkający w leśnej jamie Dzikus, który uzbrojony w "norze", siekierę i widelce poluje na wszystko, co wejdzie mu w drogę.  Nie wie skąd się wziął i nie potrafi mówić. Ze strony na stronę

środa, 17 czerwca 2015

Marek Świerczek "Skowyt"

To kolejna nowość w wydawnictwie Novae Res. Morderstwa, mrok, romans, tajemnica, odnaleziony przypadkowo dziennik krok po kroku prowadzący do rozwikłania zagadki, a do tego przytłaczający obraz polskiej rzeczywistości przełomu lat 80 i 90-tych – to wszystko kryje w sobie „Skowyt”, budzący grozę, ponury kryminał, którego autorem jest Marek Świerczek. Nie jest to bynajmniej lekkie i łatwe czytadło, które można nosić przy sobie i w każdej chwili podążać za losami bohaterów. To książka wymagająca. Napięcie i emocje rosną tu powoli. Ale czytelnicy, którzy dadzą się ponieść temu niepowtarzalnemu nastrojowi, na pewno nie będą tego żałować.
Marek Świerczek znany jest z tego, że w swoich powieściach łączy elementy historii z fikcją literacką, a do tego wszystkiego wplata historie zaczerpnięte z folkloru i wierzeń ludowych. Tak było w powieści „Bestia”, a także w „Dybuku”. Nie inaczej jest teraz. Tym razem jednak czytelnik otrzymuje zaproszenie w czasy nie tak odległe.

niedziela, 14 czerwca 2015

"Mira i potwory. Więzy krwi" Cykl Małe potworki" #17


 Mira jest dziewczynką, która nie lubi siebie samej. Można powiedzieć wręcz dosadnie: nienawidzi się. W szkole nie czuje się akceptowana przez rówieśników, którzy jej notorycznie dokuczają i wyśmiewają. Z tego powodu co noc płacze do poduszki. Stojąc przed lustrem często zastanawia się, po co w ogóle żyje. W dniu swoich jedenastych urodzin otrzymuje dziwny prezent, nietypowe pudełko. Jego zawartość sprawia, że zaczyna się zastanawiać kim naprawdę jest i skąd pochodzi. Odkrywa, że została adoptowana. W jej sercu rodzi się bolesna tęsknota za prawdziwymi rodzicami. Na tym nie kończą się rewelacje w jej życiu. Od skończenia jedenastu lat zaczyna przechodzić w nocy przemianę w potwora.

Mira nie miała nigdy dobrych stosunków z matką, która wiecznie się jej czepiała i ciągle za coś ją karała (zamykając w szafie). Gdy dowiedziała się, że została adoptowana, wszystko wywróciło się do góry nogami, a jednocześnie nabrało większego sensu. Zawartość magicznego pudełka wskazywała również, że ma brata o imieniu Sylwester. Dzięki księdze z pudełka dowiedziała się coś o swojej potwornej naturze i jej zdolnościach. Postanowiła wykorzystać je by uregulować rachunki z kimś, kto najbardziej znęcał się nad nią w szkole. Po nocnej przemianie, jako potwór, ma zdolność teleportować się poprzez szafę w różne miejsca. Postanawia napędzić swojej koleżance z klasy niezłego stracha. Problem w tym, że podczas nocnej wizyty w domu Kris, pojawiają się agenci Urzędu ds. Potworów.

piątek, 12 czerwca 2015

Zobaczyć twarzą w twarz. O „W ciemnym zwierciadle” J. S. Le Fanu. Piotr Borowiec.

 Zobaczyć twarzą w twarz. O „W ciemnym zwierciadle” J. S. Le Fanu.


Książka, której dotyczy niniejszy tekst jest ostatnią pozycją wydaną za życia irlandzkiego autora. „W ciemnym zwierciadle” stała się więc swoistym pożegnaniem pisarza, jego opus magnum. Jest to świadectwo obsesji, nie tylko literackich, lecz również osobistych. Joseph Sheridan Le Fanu przyszedł na świat w rodzinie potomków francuskich hugenotów, osiadłych w Irlandii. Protestanci  nie mogli czuć się pewnie w tym kraju,  szczególnie, że połowa XIX wieku to okres aktywnej walki o emancypacje irlandzkich katolików w brytyjskim imperium.  Wielu współczesnych badaczy literatury z tego doświadczenia wywodzi klimat niepewności i zagrożenia, jaki dominuje w utworach autora „Carmilli” [1].  Le Fanu był więc obcym, odmiennym, różniącym się od otoczenia, w którym żył. Atmosfera  obcości i/lub niepewności, a także zagrożenia przez prześladowców których nie można powstrzymać, występuje w niemal każdym opowiadaniu ze zbioru. Jaskrawo to można dostrzec w pierwszych trzech utworach, zbudowanych na podobnym schemacie fabularnym. Szczególnie „Zielona herbata” oraz  „Prześladowca” są do siebie podobne, pewien jestem, iż wielu czytelników uzna to za wadę. A ja proponuję skupić się na różnej, nazwijmy to „etiologii” niesamowitych zdarzeń, które spotykają nieszczęsnych protagonistów.
Kluczem do zrozumienia otwierających tom tekstów, jest wypowiedź postaci pojawiającej się w prologach do każdego z opowiadań, dr Hesselisua: „spośród tych, którzy są poddawani nadnaturalnym wpływom, niektórzy są po prostu wizjonerami, a iluzje na które się skarżą są wytworem ich chorego umysłu (...). Inni są bez wątpienie prześladowani przez (…) istoty duchowe. Jeszcze inni zawdzięczają swoje cierpienia mieszanemu stanowi”[2].  Mamy więc anglikańskiego duchownego, kapitana fregaty, oraz wyjątkowo podłego sędziego. Wszyscy doświadczają uporczywego i upiornego oddziaływania. Jednakże przyczyna ich stanu leży za każdym razem gdzie indziej. Jeden z nich jest zdrów na umyśle, lecz pada ofiarą interwencji sił nie z tego świata, jeden z nich jest szalony, a z kolei inna główna postać jest nawiedzana przez  ducha oraz „przy okazji” chora psychicznie. Le Fanu rozsiewa na karatach swojego tomu wskazówki, pozwalające czytelnikowi przypuszczać, z dużą dozą prawdopodobieństwa, który z bohaterów pod jaką kategorię podpada. Przypuszczać, wnioskować, domyślać się – tu nic nie jest pewne na sto procent, nic nie jest podane na tacy.

niedziela, 7 czerwca 2015

"Wilki w ścianach" N.Gaiman. Cykl Male potworki. #16

Kiedyś nie było dla nas większej różnicy czy mamy do czynienia z jawą, czy snem. Kiedyś rozbudzona wyobraźnia wyznaczała ścieżki myślom, które rozumiała tylko ulubiona zabawka. Neil Gaiman wypełnił je tajemnicą i strachem, zagęszczając ich aurę od słowa do słowa. Podczas lektury oniryczny świat porywa naszą fantazję i…

Historia zaczyna się niewinnie. Mama robi domowy dżem, ojciec gra na tubie, brat ma swój świat i gry video, a główna bohaterka przykładnie pamięta o tym, by umyć zęby przed snem. Ot, zwykła rodzina. Stary dom, w którym mieszkają jej członkowie, to symfonia niezidentyfikowanych dźwięków, które nocą stają się wręcz namacalne. Lucy jest pewna, że dźwięki dochodzące ze ścian to efekt działalności Wilków. Jej mama uważa, że to myszy, ojciec że szczury, a brat że nietoperze. Nikt jej nie wierzy (poza pluszową świnką, która mówi - bo jakby mogło być inaczej?). Domownicy, mimo iż nie wierzą dziewczynce, jak mantrę powtarzają, że jeśli to naprawdę wilki, to gdy zdecydują się wyjść ze ścian, to już będzie koniec. Podświadomie czują zagrożenie, ale ignorują je - wypierają podszepty intuicji. Wilki oczywiście postanawiają zaznaczyć swoją obecność i wychodzą ze ścian. Koniec jednak nie następuje. Rodzina owszem wyprowadza się: woli bowiem zamieszkać w domu bez ścian, balonie, chmurze, na biegunie lub

sobota, 6 czerwca 2015

Świat WOLSUNGa. Magiczny steampunk od Van Der Booka.

Świat mechów, machin parowych, eugeników, tajemnych bractw, szalonych naukowców czy przedziwnych, mechanicznych wynalazków jest domeną steampunka, nurtu w literaturze bardzo popularnego, który właśnie swoją popularność z pewnością zawdzięcza: Wiliamowi Gibsonowi,  Markowi Hedderowi czy Scottowi Westerfeldowi. To właśnie „Maszyna różnicowa”, seria o przygodach Burtona i Swinburnea, czy cykl „Lewiatan”, w pewien sposób określiły porządek w świecie steampunka. Jednak jeżeli dołożymy do tego: gnomy, ogry, niziołki i cała masę magicznych artefaktów, a wręcz panoszącą się na porządku dziennym magię, otrzymujemy zupełnie nowy, rozbudowany i bogatszy Świat. Takim światem z pewnością jest WOLSUNG.

„Wyjątkowy świat fantasy, w którym trwa Magiczna Rewolucja Przemysłowa.
 Niebo pełne jest statków powietrznych, a ulicami mkną pojazdy napędzane mocą pary. Dystyngowane damy i stylowi dżentelmeni spędzają czas na dyskusjach o nowinkach technomagicznych, życiu towarzyskim i polityce. […] Żelazne smoki sieją postrach, a golemy SA powszechnym widokiem zarówno w wojsku, jak i pośród pałacowej służby”
/z opisu antologii/

piątek, 5 czerwca 2015

"Uprowadzony" A.Gaczoł. Recenzja.

Jedna z nowości wydawnictwa „Novae Res”, pt. „Uprowadzony” to książka bardzo specyficzna. Arkadiusz Gaczoł pozostawił o sobie niewiele informacji. Nie ma więc żadnego punktu odniesienia. Żadnego wcześniejszego opowiadania, żadnej wzmianki o jakichkolwiek próbach literackich, publikacjach. Nic. Czysta karta. Jest tylko niezbyt obszerna, można powiedzieć cieniutka książeczka, która – jak zakładam – jako debiut może się niejednemu czytelnikowi wydać całkiem interesująca. W tej książeczce jest wszystko: dynamicznie poprowadzona akcja, napięcie, elementy zaskoczenia i co najważniejsze, dobry pomysł na fabułę. Po odłożeniu książki na półce pozostaje jednak wrażenie pewnego niedosytu. Jakby cała historia została opowiedziana trochę za szybko.
Arkadiusz Gaczoł proponuje podróż w czasie do lat 80-tych: najpierw do Kamerunu w Afryce, a zaraz potem do Londynu, gdzie rozgrywają się prawie wszystkie wydarzenia. Akcja biegnie kilkutorowo. Z jednej strony czytelnik poznaje losy zmysłowej pani detektyw, Megan Stanford z Wydziału Osób Zaginionych oraz jej bliskich współpracowników, a z drugiej – dowiaduje się, co przytrafiło się ofiarom pewnego szaleńca, w tym młodemu spadkobiercy olbrzymiej fortuny, którym jest Jonah Sandhurst. Młody chłopak, wracając z koncertu Depeche Mode, tak samo jak wielu innych w ostatnim czasie dla świata znika bez śladu...
Ofiary budzą się w jakimś bliżej niesprecyzowanym, ciemnym miejscu, po chwili orientując się, że wszyscy, którzy trafili tu przed nimi, już nie żyją. Błyskawicznie przychodzi przekonanie, że oprawca bynajmniej nie ma w planach tego, by wypuścić kogoś na wolność. Jeden z uprowadzonych postanawia działać. Przeszukuje kieszenie tych, którzy padli ofiarą szaleńca wcześniej, by znalezione przedmioty wykorzystać podczas ucieczki. Czy mu się uda? Kim jest psychopata? Czy Megan Stanford i jej współpracownicy poszukujący zaginionych mieszkańców Londynu rozwikłają zagadkę niewyjaśnionych zniknięć? I wreszcie: co z historią, która dzieje się w Anglii, mają wspólnego wydarzenia z Kamerunu? Bez przeczytania „Uprowadzonego” odpowiedzieć na te pytania się nie da.

"Wojciech Chmielarz. Powiedzmy sobie szczerze, to nie były dobre książki". Rozmowa.


Wojciech Chmielarz (ur.1984) Pisarz i dziennikarz. Publikował m.in. w „Pulsie Biznesu”, „Pressie”, „Nowej Fantastyce” i „Polityce”. Redaktor naczelny serwisu internetowego niwserwis.pl, zajmującego się tematyką przestępczości zorganizowanej, terroryzmu i bezpieczeństwa międzynarodowego. Dwukrotnie nominowany do Nagrody Wielkiego Kalibru (za Podpalacza w 2013 i Farmę lalek w 2014 roku). Autor kryminałów : „Podpalacz”, „Farma lalek”, „Przejęcie”  i  „Królowa głodu”. Laureat Nagrody Wielkiego Kalibru 2015r. za powieść "Przejęcie".                                                                                                                                                                                                                                                                          
Cześć. Wojtek bardzo cieszę się, że zgodziłeś się na wywiad, a raczej rozmowę, w dużej mierze o literaturze, z którą nie masz dużo wspólnego, jednak biegając po księgarniach czy antykwariatach, nie mogłeś jej nie zauważyć. Mam na myśli horrory. Pamiętasz pewnie te krwawe okładki i krzykliwe tytuły?

Pierwsze wspomnienia z horrorem związane są ze szpitalem. A właściwie szpitalną biblioteką, gdzie pracowała moja babcia, a gdzie ja spędzałem czas po lekcjach. Na małej półce, niedaleko drzwi, znajdowała się cała kolekcja powieści wydawanych przez Phantom Press. Z całej serii najlepiej zapamiętałem okładki do cyklu „Kraby” niezrównanego Guy’a N. Smitha. Zostaną chyba ze mną na zawsze, chociaż mówiąc szczerze, samych książek nie czytałem. Tak więc pierwsze spotkanie z horrorem było doświadczeniem raczej obrazowym, graficznym, niż literackim.

Jednak na tym się nie skończyło? Te okładki w końcu spowodowały, że sięgnąłeś po horror?

Do Phantom Pressu wróciłem kilka lat później. Tym razem jednak do innego kultowego autora, czyli Harry’ego A. Knighta. Pamiętam dwa tytuły. Pierwszay to „Macki”, drugi to „Fungus”. W pierwszej, jak można się spodziewać, ludzkość musiała się zmierzyć z przerażającymi mackami (jak przez mgłę pamiętam, że „odkryła” je podczas wierceń naftowych), w drugiej, wrogiem były równie przerażające grzyby. Z „Macek” najlepiej pamiętam scenę, kiedy macki dobierają się do swojej ofiary od spodu, kiedy ta siedzi na toalecie. Z drugiej, quasipornograficzną scenę, kiedy dwie lesbijki zarażają się zarodnikami grzybów podczas seksu oralnego. Powiedzmy sobie szczerze, to nie były dobre książki. To były bardzo złe książki. Ale kiedy czyta się je w odpowiednim wieku, cóż – wtedy takie sceny pozostają w pamięci do końca życia.

niedziela, 31 maja 2015

O kłamstwie, które pachnie pastą do zębów – Nawiedzone zamczysko #3. Cykl Małe potworki #15

Kto choć raz zagościł w Kamizelkowie, zapewne wybrał się zwiedzić również piękną okolicę oraz zamek na wzgórzu. Od zachodu sunie ku niemu gęsta mgła, a cień rzuca upiorna puszcza, od wschodu otaczają go radioaktywne bagna, które sąsiadują z cmentarzem i tajemniczą fabryką. Po drugiej stronie szosy stoi wiekowe drzewo, a tuż obok Urwiska Śmierci jest dyskoteka „Malibu”, nad którą góruje Przeklęta Skała. Zamek Zmoranieckich ma więc urokliwą, pełną grozy okolicę idealną na wycieczki wakacyjne. Uważajcie jednak by nie nadużyć gościnności baronowej Zmoranieckiej, bo jest ona kobietą wyjątkowo drażliwą.

"Beatrycze odsunęła się o kilka kroków, żeby uniknąć zachlapania zieloną substancją rozbryzgiwaną przez Zgrozę i westchnęła. Jak długo jeszcze będzie musiała znosić debilne wybryki tej bandy dziwadeł, prawie zupełnie pozbawionych mózgów?" /s 20./

piątek, 29 maja 2015

Katarzyna Puzyńska "Trzydziesta pierwsza". Recenzja.

Kryminał kobiecy rośnie w siłę. Do listy ciekawych autorek tego nurtu z pewnością można zaliczyć Katarzynę Puzyńską. Niedawno miałam okazję przeczytać jedną z jej najnowszych powieści, „Trzydziesta pierwsza”. Choć nigdy wcześniej nie było mi dane, aby zapoznać się z jakąkolwiek książką autorki, a co więcej – pomimo iż nie znałam opisanych w poprzednich powieściach losów bohaterów klimatycznego Lipowa, „Trzydziesta pierwsza” pochłonęła mnie w jednej chwili. To nie tylko doskonała historia. To również świetni bohaterowie, efektowna intryga i napięcie, którego nie można się pozbyć do ostatniej kartki.
Już od początku uderza wielość bohaterów oraz powiązanych z nimi wątków. Czytelnikom, którzy wcześniej wybrali się w literacką podróż do kujawsko-pomorskiej krainy, na pewno o wiele łatwiej odnaleźć się w przedstawionej na kartach powieści rzeczywistości. Bez znajomości starszych historii jest to nieco utrudnione, ale na szczęście dzięki niekwestionowanemu talentowi autorki uczucie zagubienia dość szybo mija.
Jest zima. Do niewielkiego Lipowa po wieloletniej odsiadce w więzieniu ma powrócić mężczyzna – morderca, który przed laty wzniecając pożar, zabija kilku mieszkańców osady, w tym ojca jednego z głównych bohaterów, młodszego aspiranta Daniela Podgórskiego. Mieszkańcy Lipowa czują uzasadniony lęk i niepokój. Sytuacji nie poprawia wizyta pewnego naukowca, Jerzego Grala, który rozdrapuje tajemnicę dawnego zbiorowego samobójstwa. Do tego dramatycznego zdarzenia miało dojść nieopodal Lipowa. Kilkadziesiąt osób z niejakiej sekty Świątynia odebrało sobie życie właściwie nie wiadomo dlaczego…
Intryga „Trzydziestej pierwszej” komplikuje się jeszcze bardziej w momencie, w którym czytelnik poznaje kolejnych bohaterów. Są nimi… Szwedzi, którzy z nieznanych początkowo powodów odwiedzają Lipowo, a także dawna znajoma Daniela Podgórskiego, Emilia. Jeszcze ciekawiej robi się, gdy mieszkańcy osady znów, tak samo jak przed laty, stają się świadkami straszliwego pożaru. Sprawca podpalenia wydaje się oczywisty, ale czy jest nim rzeczywiście?

wtorek, 26 maja 2015

Monstrum wkracza w dorosłość. Piotr Borowiec.


Jeśli horror poczęty został w ruinach zamku w Otranto, to narodził się wraz z potworem Victora Frankensteina, a w dorosłość wkroczył  zasnutymi mgłą ulicami Londynu, opisywanymi w utworach mistrzów wiktoriańskiej literatury grozy.  Oczywiście pomiędzy wczesną powieścią gotycką, a dojrzałymi artystycznie utworami z przełomu XIX i XX wieku nie zionie jakaś ogromna, czarna dziura. Literatura grozy przez ten czas rozwijała się, ewoluowała i poszukiwała nowych tematów, motywów oraz rozwiązań.
Można wskazać wielu twórców, którzy przyczynili się do tej ewolucji. W Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej zabłysła gwiazda E. A. Poe. W Niemczech swoje fantazje i koszmary opisywał A. T. E. Hoffaman. W Rosji po opowieść niesamowitą sięgali chociażby Tołstoj, Gogol czy Puszkin.  Na obszarze Imperium Brytyjskiego twórców szeroko rozumianej literatury grozy, gotyckiej czy niesamowitej w  XIX wieku znajdziemy jeśli nie tysiące, to setki. Mój ulubieniec, J. Sh. Le Fanu nie był więc jedyny, lecz był wyjątkowy. 
Książka, którą mam niewątpliwą przyjemność tutaj omawiać, rozpoczyna się od przedstawienia właśnie tej ewolucji. Jest to, można by rzecz, pewien standard w pracach naukowych poświęconych literaturze grozy. Nie zależnie czy czytamy „Od gotycyzmu do horroru” A. Gemry, czy „Horror w literaturze współczesnej i filmie” A. Has – Tokarz, to ów wprowadzający rozdział historyczny zawsze jest. Książka J. Kokot nie wyłamuje się z tego standardu. Z tym że, w przypadku omawianej pozycji wprowadzenie nie jest zlepkiem  przypadkowo dobranych informacji, lecz jest to przemyślany i klarowny wykład ewolucji Gatunku – pokazanej przez ewolucje jego esencji, czyli Potwora. Od gotyckiego łotra dybiącego na cnotę egzaltowanej heroiny, aż po lesbijską wampirzycę z arcydzieła Le Fanu, historia horroru jest historią Istoty, która zagraża porządkowi świata. Albo uosabia inny, niesamowity porządek, niezrozumiały i obcy, w który uwikłani są bohaterowie gotyckich horrorów.   
Ów porządek świata, jest w pierwszej kolejności porządkiem przestrzeni. W utworach A. Machena jest to przestrzeń miasta, swoistej stolicy świata jaką na przełomie XIX wieku był Londyn. Miejska przestrzeń przesiąknięta jest niesamowitością, jest też obszarem zdegenerowanym i zniekształconym. Z miasta, jako tła do niesamowitych historii rezygnuje A. Blackwood, którego twórczością autorka zajmuje się w rozdziale drugim. Zdarzenia z tych opowieści rozgrywają się w nietypowych sceneriach dla angielskiego ghost – story, na przykład w kanadyjskiej głuszy (chociażby genialny „Rączy wilk” opublikowany onegdaj w zbiorku „Nie czytać o zmierzchu”).  Kokot słusznie zauważa, że podobne tło przestrzenne pojawia się w utworach amerykańskich romantyków (N. Hawthorne, W. Irwing). 

Kolejne rozdziały nie koncentrują się na tym CO zostało opowiedziane, ale JAK. „Konwencja opowieści zasłyszanej” to tytuł drugiej części książki. Konwencją taką zastosował Le Fanu w zbiorze „Przez ciemne zwierciadło” (który niebawem też będą miał przyjemność omówić) oraz  M. R. James, autor „Opowieści starego antykwariusza”. W „Strategiach narracyjnych cykli” autorka omawia już nie zawszę literaturę grozy w sensie ścisłym, sięga też po twórczość geniusza literatury kryminalnej A. Conan – Doyla, po czym powraca do utworów A. Blackwooda, by przejść do cyklu o Carnackim W. H. Hodgsona.

niedziela, 24 maja 2015

TV Gawex, Gość Dnia. Materiał video.

O BRAMIE opowiadam z Pawłem Kwietniem ze Szczecineckiego Klubu Fantastyki. Czyli jak to się zaczęło i do czego zmierza. Zapraszam serdecznie do obejrzenia.
Materiał video. TV Gawex
http://www.gawex.pl/wiadomosci/programy_cykliczne/1610/GOSC-DNIA/gosc_dnia


"Pacynek i oko pirata" – Guy Bass. Cykl Małe potworki #14



Pamiętacie Pacynka? Nie?! No to potrzebne będzie krótkie przypomnienie. Główny bohater to powstała ze szmatek i części zapasowych, krzywo pozszywana, łysa – ale sympatyczna - pokraka o bladej facjacie. Ma różnej wielkości i różnego koloru oczy, a jego wyjściowym - jak i dziennym strojem – jest coś jakby piżamka. Nieśmiały i wątły Pacynek, to pierwsze dzieło prawdziwego geniusza zła: profesora Erasmusa. Wraz ze swoim szalonym twórcą i bandą potworów zamieszkuje Zamek Straszydło, budowli rzucającej złowrogi cień na miasteczko o sugestywnej nazwie Pierdziszewo.
Mam przyjemność zaprezentować Wam drugą już część jego przygód, w trakcie której Pacynek przekonuje się, że: Nie widziałeś świata jeśliś go nie oglądał okiem pirata i wyrusza w morską podróż. Nie byłoby to może nic niezwykłego, gdyby nie fakt, że nasz bohater nie chciał nigdy opuszczać murów zamku. Celem jego życia było bowiem chronienie Erasmusa przed jego własnymi wynalazkami. Pewnego dnia jednak profesor wyjeżdża na Zjazd Szalonych Naukowców i przysyła list, że nie zamierza już wracać. Załamany Pacynek musi znaleźć sobie inne zajęcie. Zbieg okoliczności sprawia, że wraz z przyjaciółmi odkrywa dziennik Kapitana Kuternogi. Arabella (ludzka dziewczynka, która nie boi się niczego) i Stwór (trójręczne monstrum a’la cyklop - nadal nie dorobił się imienia) uważają, że jedno z oczu Pacynka – te niebieskie i hipnotyzujące - należało do tego właśnie pirata. W momencie, gdy Pacynek odkrywa w sobie piracką naturę, burzy się w nim krew i postanawia wyruszyć w rejs. Jego wyprawa szybko przeradza się w akcję ratunkową, gdyż okazuje się, wyjazd profesora był efektem kolejnej intrygi podłego Świrra-Szukalskiego.

czwartek, 21 maja 2015

C. Novak "Poczęcie". Recenzja.


„Poczęcie” wywołało spore zamieszanie w amerykańskim światku grozy. Napisana w duchu „Dziecka Rosemary” opowieść o rodzinie Twisdenów zachwyciła wielu autorów, w tym samego Stephena Kinga. Książka szybko stała się hitem wydawniczym i obiecującym romansem Scotta Spencera, bo tak naprawdę nazywa się Chase Novak, z medium horroru. Wcześniej utalentowany i niejednokrotnie nagradzany autor dał się poznać, również i polskim czytelnikom, dzięki obyczajowym powieściom takim jak „Miłość bez końca” oraz „Statek z papieru”. Tak wspaniałe opinie nie mogły ujść i mojej uwadze zatem postanowiłam na własnej skórze sprawdzić o co w tym całym „Poczęciu” chodzi. Zapraszam was na Manhattan, gdzie życie pewnej rodziny znacznie odbiega od normalności.

Alex i Leslie Twisdenowie prowadzą ekskluzywne życie. Oboje mają fantastyczną pracę, mieszkają w luksusowym domu na Manhattanie, są kochającym się małżeństwem. Nie mają jednak dzieci i w miarę jak zmieniają kolejnych lekarzy i kliniki, leczące bezpłodność, ich oczekiwanie na własne dziecko zmienia się w obsesję. Ostatnią próbą, która ma sprawić, że ich marzenie o rodzicielstwie się spełni, jest podróż do Słowenii, gdzie poddają się bolesnej i przerażającej procedurze. Kończy się ona sukcesem. Leslie rodzi… Konsekwencje tego są jednak straszliwe.
(źródło opisu: http://www.replika.eu/index.php?k=ksi&id=554)

Na pierwszy plan powieści wysuwa się wątek przemożnej, wręcz można by rzec maniakalnej chęci posiadania potomka. Główni bohaterowie książki, bogaci i piękni państwo Twisdenowie do pełni szczęścia potrzebują jedynie pełnej rodziny. Kwestia jest bardzo przejmująca, gdyż z podobnymi przeciwnościami losu zmaga się przecież niejedne małżeństwo, a autor w sposób wiarygodny nakreśla ten jakże ważki problem. Z kart powieści biją skrajne emocje- od wielkiej nadziei i szczęścia skończywszy na cierpieniu i strachu. Chęć zysku jednego z bohaterów, doktora Kisa, i pragnienie wzbogacenia się kosztem zdesperowanych par starających się o dzieci przeraża i wzbudza w czytelniku, wraz z dalszym czytaniem, coraz większą odrazę. Cyniczny i pewny siebie lekarz nie zważa na nieporządne skutki uboczne egoistycznie wierząc w swe ogromne zdolności na polu leczenia niepłodności. Rodzi się pytanie, jakie granice przekroczą Alex i Leslie aby zrealizować swe marzenia i czy my sami, będąc w podobnej sytuacji zdecydowalibyśmy się na podobny krok? Poświęcenie i walka o normalność wyzierają z kart powieści dzięki czemu książka wzbudza w nas emocje za co niewątpliwie należy się autorowi wielkie uznanie.

środa, 20 maja 2015

G. Masterton "Anioł Jessiki". Recenzja

No i mam problem. Z jednej strony znany i ceniony Graham Masterton, z drugiej – opowieść, która zamiast wywoływać ciarki na plecach, wzbudza mieszane emocje. Miało być przerażająco, tajemniczo, baśniowo, a wyszło lekko zabawnie. Nie uważam jednak, że czas poświęcony na lekturę książki został stracony. Świetna jak zawsze w przypadku „Mastiego” koncepcja, a do tego widoczne w powieści odniesienia do świata jednego z moich ulubionych ilustratorów, Arthura Rakhama sprawiają, że „Anioła Jessiki”, wydanego nakładem „Albatrosa”, warto dołączyć do swojej kolekcji.
Jak już wspomniałam, pomysł, będący osią fabuły, okazał się naprawdę intrygujący. Wychowywana przez swoich dziadków Jessika dokonuje niesamowitego odkrycia. W zamieszkiwanym przez siebie i dziadków domu słyszy głosy dzieci. Po pewnym czasie okazuje się, że przeraźliwe, błagające o pomoc odgłosy dochodzą… zza tapety. Na poły baśniowy świat pełen niesamowitych stworzeń, do którego udaje się na chwilę przedostać dziewczynie, ma do odkrycia jeszcze wiele tajemnic. Jedną z nich jest czające się zło, z którym Jessika wkrótce będzie się musiała zmierzyć.
Zwraca uwagę przestrzeń, do której przenosi się główna bohaterka powieści. To pole do popisu wyobraźni. Na plus zasługują opisy. Monochromatyczne kontury, cierniste, wijące się gałęzie ożywionych drzew, krzewy próbujące pochwycić dziewczynę i towarzyszącego jej przyjaciela, by na zawsze pozostawić ich w nadnaturalnym świecie – są tylko niektórymi elementami świata

Nawiedzone zamczysko #2 Malkolm, potwór nad potwory. Cykl "Małe potworki"#13

Zamek Zmoranieckich nie cieszył się dobrą sławą. W tym ponurym miejscu mieszkały zombie, kościotrupy, wampiry i mnóstwo innych obrzydliwych stworów, pozbawionych nawet nazwy. A jednak byłoby wielką przesadą twierdzić, że wszyscy mieszkańcy nawiedzanego zamczyska to okropne potworności /s 11/. Wśród nich był również Malkolm, twór powstały w skutek eksperymentu profesora von Skalpela, który stworzył go z fragmentów rożnych ciał. Tak powstał wyjątkowy potwór. Profesor obdarzył Malcolma ogromnym cielskiem, które niestety okazało się zdeformowane, nieproporcjonalne i w efekcie upiorne. Jego wygląd znacznie odbiegał od tego, kim tak naprawdę był sam Malkolm.

wtorek, 19 maja 2015

Neil Gaiman "Drażliwe tematy. Krótkie formy i punkty zapalne"

"W książce tej, podobnie jak w  życiu, są sprawy, 
które mogą was poruszyć lub zranić. 
Jest tu śmierć i ból, są łzy i dyskomfort, 
najróżniejsza przemoc, okrucieństwo, nawet dręczenie. 
Mam jednak nadzieję że czasami jest też dobroć. [...] 
Wiele z opowieści tego zbioru kończy się  źle 
dla co najmniej jednej osoby. 
Uznajcie się za ostrzeżonych"
/ze wstępu/

Pierwsze co zwraca uwagę to wydanie. Wydawnictwo MAG zaserwowało bardzo ładnie i porządnie wydany zbiór opowiadań. Blisko czterystu stronicowa książka, wydana jest w oprawie twardej i szyta. Zdobi ją, idealnie nawiązująca do twórczości Neila Gaimana, grafika  Dagmary Matuszak, przywołująca klimaty znane z wcześniejszych utworów autora jak choćby "Księga cmentarna" czy "Koralina"

Zbiór zaczyna się od wstępu, w którym Gaiman opisuje co go skłoniło zebrania w całość swoich krótszych form literackich. I już sam wstęp jest substytutem do tego, co możemy znaleźć w dalszej części książki. Już praktycznie po kilkudziesięciu zdaniach, klimat gaimanowskiej prozy zaczyna nas powoli obejmować i wciągać do niesamowitego świata wyobraźni autora. 
Dalej autor opisuje w kilku zdaniach lub dłuższych opisach poszczególne opowiadania, często przedstawiając ich genezę czy przyczyny powstania.
Po czterdziestu stronach zaczyna się prawdziwa uczta. Opowiadania są zróżnicowane pod względem długości, czy tematów w nich opisanych. Jednak wszystkie są naznaczone niesamowitością, raz straszną, raz groteskową, innym razem skłaniającą do zastanowienia się nad puentą. Czytając Gaimana odczuwałem, że jesteśmy widownią w teatrze, który stworzył. Zaś odgrywana sztuka jest tak niesamowita i gdy orientujemy się, że reżyser  bawi się nie tylko słowem, ale i nami -widzami,
jest już za  późno aby wstać i wyjść. Tym bardziej, że tak naprawdę tego nie chcemy, pomimo unoszącej się grozy. Gaiman to nie twórca czy pisarz . 
Gaiman to BAJARZ.

"Dawno temu, wczasach, gdy drzewa chodziły,
 a gwiazdy tańczyły,była sobie dziewczynka, 
której matka umarła, a potem zjawiła się nowa matka 
i poślubiła jej ojca, przywożąc ze sobą własną córkę. 
Wkrótce ojciec podążył do grobu za żoną, pozostawiając córkę samą."

 Nie ma sensu opisywać każdego opowiadania kolejno, zapewne odebrałbym Wam tym samym, przyjemność w buszowaniu, w twórczości autora. Jedno jest pewne. Neil Gaiman to klasa sama w sobie, z pewnością jeden z mistrzów współczesnej literatury, warsztatu, klimatu i wszystkiego co możemy nazwać powieścią niesamowitą. 
Zbiór nie rozczarowuje, choć oczywistym jest, że każdemu spodoba się inny utwór, jeden uzna za lepszy, inny za gorszy. Komuś przypadnie do gustu historia wymyślonej pierwszej dziewczyny, która powraca, zaś innym opowiadania: o jaskini pełnej złota, mordującej gospodyni, czy księżycowym labiryncie.
Cały Gaiman.


Neil Gaiman
"Drażliwe tematy. Krótkie formy i punkty zapalne"
Wydawnictwo MAG 2015



piątek, 15 maja 2015

Szort. Tomasz MordumX Siwiec. "ZJAWA"

ZJAWA

Boję się. Ta sytuacja zaczyna mnie przerastać. Już sama nie wiem czy śnię, czy błądzę w marzeniach. Jeżeli śnię, to nie potrafię się wybudzić.W pewnym sensie chciałabym spać wiecznie, jeżeli to dawałoby mi szansę zostać u jego boku. Tak bardzo go kocham. Cieszę się na jego widok. Umieram z  miłości, kiedy głaszcze mi włosy, całuje usta i dotyka mej dłoni. Od tamtego wypadku jest mało rozmowny. Ale jego spojrzenie potrafi powiedzieć więcej niż potok słów. Rzadko wychodzi z domu, ale często znika nie  wiadomo gdzie.
 Kiedyś powiedział - zaufaj sercu.
Więc wierzę, że miał rację, Ufam mu. Nawet wówczas, kiedy rzeczywistość przeczy tej tezie. Powinno go już tutaj nie być. Tamten nocny telefon, poinformował mnie, że mój mąż zginął w wypadku samochodowym. Nie mogłam w to uwierzyć do czasu, aż zobaczyłam w kostnicy jego ciało. To nie mógł być nikt inny. Przecież każdego dnia całowałam te zimne usta. Każdego dnia patrzyłam w jego oczy. A potem odbył się pogrzeb. Była na nim cała rodzina, znajomi oraz przyjaciele. Nie mogło być mowy o pomyłce. Nazajutrz, jednak obudziłam się, a on spał tuż obok. Potem otworzył oczy i uśmiechnął się jakby chciał powiedzieć - Nie chciałem cię obudzić. Od tamtej pory minęło już kilka tygodni. On ciągle jest tuż obok. Rano robi śniadanie, ogląda telewizję, wieczorem zmywa naczynia i razem idziemy spać. Boję się go zapytać, dlaczego wciąż tutaj jest? to on zniknie.Boję się, że kiedy zapytam, on zniknie. Kocham go, ale tak bardzo się boję..

TomaszMordum X Siwiec
ZJAWA
ze zbioru ABC MAKABRY
wyd. Horror masakra 2015