Okiem na Horror

Okiem na Horror

sobota, 14 czerwca 2014

Graham i ja. Wspomina Piotr Pocztarek

"Warto jest mieć marzenia, ponieważ one naprawdę się spełniają"

Moja przygoda z książkami Grahama Mastertona rozpoczęła się w stosunkowo młodym wieku. Jako nastoletni chłopak poszukiwałem różnego rodzaju środków wyrazu młodzieńczego buntu, a oglądanie i czytanie tych „zakazanych” przez rodziców krwawych horrorów wyglądało na całkiem niezły plan. Na warszawskim Ursynowie do dziś znajduje się bazarek, gdzie od brodatego Pana kupiłem za marne grosze śmiesznie wyglądającą książeczkę, z okładką z której spoglądała wykrzywiona twarz uwięziona w szklanej kuli, a dwie wyciągnięte, drapieżne dłonie jakby zawisły w powietrzu. Dziś już nie pamiętam, czy pierwszym przeczytanym przeze mnie horrorem było właśnie „Manitou” czy też „Twierdza” F. Paula Wilsona. Gdzieś w pamięci majaczy też podróż autobusem z wyszperanym w antykwariacie „Tengu”, jednak pierwszy rozdział tej powieści wydał mi się wtedy zbyt przerażający. Tak czy siak, w horror wsiąkłem na dobre, a Graham Masterton na zawsze już miał dzierżyć palmę pierwszeństwa.


Wiecie jak ciężko nastoletniemu chłopakowi uzbierać z kieszonkowego kolekcję książek kolesia, który wypluwa powieści z prędkością karabinu maszynowego? Łatwo nie było. Do dziś pamiętam wycieczki po antykwariatach i bazarkach w całej Warszawie, wymianę „2 za 1” ze sprzedawcami czy pierwsze przygody z Internetem, gdzie można było odkupić książkę od kogoś kompletnie obcego, ustawiając się z nim pod kinem na Woli. Chciało się czytać, trzeba było kombinować. Z czasem przyszły pierwsze pieniądze i można było na nowo kompletować kolekcję, aby mogła w całości dumnie prezentować się na półce. Dostępność? Dla maniaków nie ma rzeczy niemożliwych. Ostatnią brakującą powieść wyżydziłem z biblioteki. Za dwie ryzy papieru. Przynajmniej nie musiałem jej ukraść

Był rok 2006 lub 2007. W polskiej sieci funkcjonowało wtedy kilka serwisów poświęconych Mastertonowi. Jeden z nich był integralną częścią portalu CarpeNoctem.pl, którym niepodzielnie rządził wtedy Paweł Deptuch, do dziś aktywny recenzent i felietonista, ekspert od twórczości Roberta Kirkmana oraz szeroko pojętego komiksu. Wpadłem na genialny pomysł, by ożywić nieco martwy serwis recenzjami czy artykułami o brytyjskim mistrzu grozy.  Odezwałem się do Pawła.
- Cześć, jestem Piotrek, uwielbiam Grahama Mastertona, mam wszystkie jego książki, chce pisać o nim dla serwisu.
- No dobra, nie ma sprawy.
I koniec. Nie pamiętam czemu, ale nie napisałem ani jednego tekstu. Może brak czasu, może słomiany zapał, trudno teraz powiedzieć. W każdym razie nie wydarzyło się nic. Do czasu, ponieważ Paweł ewidentnie zachował sobie mój kontakt.
To był zdaje się kwiecień 2007, kiedy na powszechnie używanym wtedy Gadu-Gadu dostałem od niego wiadomość. Krótką, ale treściwą.
- Piotrek, Ty jesteś z Warszawy?
- No tak, a co?
- A nic, bo wiesz, w maju do Polski przylatuje Masterton i trzeba z nim zrobić wywiad. A ja jestem z Legnicy i raczej nie przyjadę.
Szczęki szukałem na podłodze. U sąsiada. Trzy piętra niżej.
Gdybym do matury lub egzaminów na studiach przygotowywał się tak jak do tego wywiadu, dawno już byłbym profesorem na uniwersytecie w Oxfordzie. Chciałbym móc powiedzieć, że to dlatego, że nie chciałem zawieść zaufania jakim obdarzył mnie Paweł, ale przecież nikt w to nie uwierzy. Miałem stanąć twarzą w twarz (zapamiętajcie ten zwrot) ze swoim idolem!!! Z człowiekiem, którego chciałem spotkać tak bardzo, że przez głowę przechodziły mi myśli w stylu „a gdyby tak pojechać do Anglii i zaczaić się w krzakach przed jego domem, poczekać aż wyjdzie z psem (taa, Masterton nie ma psa, więc pewnie prędzej zgarnęłaby mnie policja…), wyskoczyć jak Filip z konopi (indyjskich) i uścisnąć mu dłoń”. Wybaczcie, tak właśnie myśli młody psychofan.
Ułożyłem chyba 30 pytań, od tych najbardziej standardowych po takie, które wydawały mi się wyszukane. Przywdziałem marynarkę na t-shirt (a co!) i pognałem do Hotelu Bristol, gdzie do dziś tabliczka z nazwiskiem Mastertona wisi w Hall of Fame. Czekając na swoją kolej w hallu spotkałem wysokiego, chudego jak patyczak kolesia z Poznania. Wyglądał wtedy jak Leszek Możdżer teraz. Ewidentnie świr taki sam jak ja, bo uśmiech miał od ucha do ucha. Skurczybyk, robił wywiad z Mastim przede mną! Ale trudno, niech będzie. Zamieniliśmy parę zdań. Okazało się, że też ma zajoba na punkcie twórczości Grahama i chyba nawet jakąś stronę prowadzi. Mieliśmy nawet jakiś utopijny pomysł, że w sumie nikt nie napisał porządnej biografii Mastertona i warto byłoby się kiedyś za coś takiego zabrać. Ta, jasne, bredziliśmy jak najęci. Ale w sumie to nie wiem, nie pamiętam, byłem tak przejęty że nie docierało do mnie nic co powiedział. Ale wymieniliśmy się kontaktami. Gdybym z nadmiaru wrażeń wylądował w psychiatryku to może chociaż ten koleś by wiedział jak mnie znaleźć.
Nadeszła wiekopomna chwila. Windą wjechałem na piętro, gdzie zostałem zaproszony do hotelowego pokoju swojego idola. Przywitał mnie uśmiechem i uściskiem dłoni oraz przedstawił swojej żonie (niestety już świętej pamięci), która zresztą miała polskie korzenie. A więc to on. TO ON! Jezu, co ja zrobię?! Zachowałem jednak względny spokój, usiedliśmy na kanapie przy stole, a ja wyciągnąłem listę pytań. Do dyspozycji miałem miłego Pana tłumacza, jednak postanowiłem dzielnie wspomagać się nim tylko w wyjątkowych okolicznościach (czyli wtedy, gdyby język stanął mi kołkiem, albo zapomniałbym go w gębie). Nie bez znaczenia pozostawały też względy praktyczne. Jeśli porozmawiamy po angielsku, zdążę w tą przeznaczoną dla mnie godzinę zadać więcej pytań. Tłumaczenie wszystkiego w tę i we w tę zajęłoby zdecydowanie za długo.
No i po bólu, godzina zleciała jak szalona, a ja byłem dumnym posiadaczem nagranego na kasetowy dyktafon wywiadu, serii zdjęć robionych przez mojego serdecznego przyjaciela i kolekcji autografów na tonie książek. Chyba tylko na pośladku Graham nie zdążył mi się podpisać. Miałem też prezenty – koszyk kwiatów dla żony, a dla Mastiego unikatową koszulkę z wyprasowanym obrazkiem, zaprojektowanym specjalnie na tę okazję przez zdolnego grafika. A na obrazku to co najbardziej charakteryzuje prozę Brytyjczyka – horror i seks. No i jego nazwisko. Nigdy nie widziałem Grahama w tym t-shircie, ale powiedzmy sobie szczerze – nawet gdyby posłużył mu jako szmata do podłogi i tak bym się jarał jak Londyn w 1666. Takie koszulki są tylko trzy. Jedną mam ja (z autografem), drugą Pan grafik (z autografem), a trzecią pewnie kloszard z pobliskiego osiedla Mastertona (ze śmietnika). A może nie jest tak źle i Graham trzyma ją na honorowym miejscu?
Wywiad przetłumaczony, opublikowany na CarpeNoctem.pl, można wracać do normalnej, szarej egzystencji. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to dopiero początek mojej szalonej przygody. Zupełnym przypadkiem znaleźliśmy się na jakimś forum z kolesiem poznanym w Bristolu. Był to Robert Cichowlas, znany polski pisarz, autor horrorów, recenzent i felietonista. Zapytał czy mam jakieś zdjęcia z tego wywiadu sprzed roku, bo on by je chętnie opublikował na blogu, który prowadził. WWW.GRAHAMMASTERTON.BLOX.PL. Brzmi nieźle, a ja miałem zdjęcia. Miałem też chęć pomóc mu prowadzić stronę o tak doskonale brzmiącej nazwie. Zaczęło się od pisania recenzji, by w kwietniu 2009 roku oficjalnie dołączyć do redakcji. No i dowiedzieć się, że w sumie to Robert cały czas trzyma z Grahamem kontakt mailowy. Czyż to nie idealny moment by wrócić do rozmów o biograficznej książce? Kto może zrobić to lepiej niż dwóch psychofanów, o swoim idolu wiedzących pewnie więcej niż on sam?
Nasza przyjaźń z Grahamem rozwijała się bardzo intensywnie. Cały czas utrzymywał z nami kontakt mailowy, mogliśmy sobie z nim normalnie rozmawiać, o wszystkim i o niczym, a przede wszystkim darzył nas ogromnym zaufaniem. Podsyłał newsy, materiały, zdjęcia, czasem nawet wysłał jakiś prezent w postaci książki czy opowiadania na wyłączność. I robi to do dzisiaj. Założony przez Roberta, rzadko odwiedzany blog, stał się w pewnym momencie „oficjalną polską stroną Grahama Mastertona”, codziennie przez niego odwiedzaną i bardzo skrupulatnie zbierającą wiedzę na jego temat. Obecnie ma na koncie pół miliona wyświetleń, co jest dla nas satysfakcjonującym wynikiem.
W końcu zebraliśmy się na odwagę by opisać naszemu idolowi nasz pomysł. Rozpisaliśmy się jak cholera, długaśny mail po angielsku jeszcze raz podsumowujący kim jesteśmy, jakie mamy doświadczenie, wiedzę i co chcemy zrobić. A plan był ambitny – kompletna, obszerna encyklopedia wiedzy, podsumowująca 40-letnią karierę pisarza mającego na koncie ponad 100 książek. Chyba wtedy jeszcze nie wierzyliśmy, że ktokolwiek weźmie to na poważnie. Graham wziął. Odpisał błyskawicznie i odwrotnie proporcjonalnie do naszego elaboratu. „Będę zaszczycony, macie zielone światło”. Prace ruszyły pełną parą. Spotkaliśmy się nawet z wydawcą, nie żyjącym już niestety Andrzejem Kuryłowiczem, szefem Wydawnictwa Albatros. Równie lakonicznie zaprosił nas na spotkanie, na którym zresztą nic nie obiecał. Powiedział tylko: „piszcie i zobaczymy”. No i pisaliśmy. A Graham z nami. Bardzo cierpliwie odpowiadał na setki pytań, konsultował z nami nasze pomysły, zgodził się też na dostarczenie kilku swoich opowiadań, które nigdy wcześniej nie były wydane w Polsce. W końcu Masterton spotkał się w Londynie z Andrzejem Kuryłowiczem. Do tej pory nie wiem co mu powiedział, ale kiedy wydawca wrócił do Polski, napisał do nas krótkiego maila. „Piotrze, wydamy tę książkę”. Więcej nam nie było trzeba.



Prace nad „MASTERTON. Opowiadania. Twarzą w twarz z pisarzem” (tytuł miał być inny, ale cóż, prawa rynku) trwały w sumie prawie trzy lata. 4 listopada 2011 książka ukazała się na rynku, będąc zwieńczeniem naszej młodzieńczej pasji, zapału, ale też znajomości i przyjaźni, nie tylko między Robertem i mną, ale przede wszystkim między nami i Grahamem. Czekała nas jeszcze jedna niespodzianka, o której nie śmieliśmy nawet marzyć. Wydawca na premierę zaprosił Mastertona do Polski! A ten jakby nigdy nic przyleciał, by promować naszą wspólną książkę jak równy z równym. I nie przeszkadzało mu, że on jest legendą horroru, a my szczawikami z Polski, którzy po prostu chcieli spełnić swoje marzenie i przeżyć przygodę życia.
Przez te wszystkie lata dowiedzieliśmy się o naszym idolu bardzo wiele, również takich rzeczy o których wielu z Was nie wie i być może nigdy się nie dowie. Widzieliśmy go w różnych sytuacjach. Prowadziliśmy wiele spotkań Grahama z czytelnikami, udzielaliśmy prelekcji na jego temat, wywiadów dotyczących naszej wspólnej książki. Popełniliśmy setki wpisów na oficjalnej polskiej stronie Mastertona. Zupełnie prywatnie wyskakiwaliśmy z nim na obiad czy na kilka drinków. Razem z nim przeżywaliśmy tragiczną śmierć jego przesympatycznej żony i rozmawialiśmy z nim, kiedy był zdruzgotany. Potrafiliśmy się też wspólnie śmiać z samych siebie, robić złośliwe przytyki czy po prostu klepać się po plecach. Widzieliśmy go kiedy był zadowolony i dumny, ale też kiedy był skupiony i potwornie zmęczony. Bo musicie wiedzieć, że Graham to profesjonalista i kiedy promuje swoje książki w kolejnych krajach, robi to do upadłego, na głodniaka, czasem o jednej lampce wina. Wszędzie go pełno i najchętniej ciągle udzielałby wywiadów i uczestniczył w sesjach podpisywania książek. To przecież jego praca.
Zdarzały się też nerwowe momenty. Widzieliśmy Grahama kiedy był wściekły i tylko my mogliśmy załagodzić sprawę. Zdarzało nam się też z nim pokłócić, a padały wtedy mocne słowa. Na szczęście były to zazwyczaj krótkoterminowe sprzeczki i jak na przyjaciół przystało, wszystko szybko wracało do normy. Odkryliśmy w tym wszystkim jedną ważną rzecz. Nasz idol to tylko człowiek. Już pierwsze spotkanie z nim niejako zdemitologizowało jego osobę. Przestał być nieosiągalny, przestał być tak bardzo tajemniczy. Był na wyciągnięcie ręki. Bywa zmęczony, głodny i kapryśny, jak każdy z nas. Ale często jest też gentlemanem, koneserem pięknych kobiet (a Polek w szczególności!), miłośnikiem niewybrednych żartów i smakoszem polskiej kuchni. Lubi się napić, w szczególności białego wina, chociaż nie jest mu też obca truskawkowa wódka. Uwielbia śledzie, zna też po polsku kilka słów. Kocha nasz kraj nie tylko dlatego, że od 1989 roku jest tu fenomenem, być może większym niż gdziekolwiek indziej. Jego dziadek był Polakiem, jego żona miała polskie korzenie. Do dziś zdarza mu się odwiedzać nas nawet kilka razy do roku. Ceni polskich autorów horrorów, chociaż sam nie ma czasu na czytanie książek, tak bardzo pochłania go pisanie. Jak sam często podkreśla, jego serce czuje, że należy do Polski.
Powyższy tekst ma dla mnie bardzo osobisty charakter i czuję, jakbym obnażył przed Wami niezwykle istotną cząstkę siebie samego. Zrobiłem to jednak z ogromną przyjemnością, głównie dlatego, że z mojej przygody życia płynie morał, którym chciałbym się z Wami podzielić. Otóż warto jest mieć marzenia, ponieważ one naprawdę się spełniają, czasem w najmniej spodziewanych momentach. Wystarczy nie tylko wierzyć w nie, ale też za wszelką cenę dążyć do ich realizacji. Gdyby ktoś 10 czy 15 lat temu powiedział mi, że nie tylko będę miał okazję poznać Grahama Mastertona, ale też zaprzyjaźnić się z nim, napisać z nim książkę, wydać ją i wspólnie promować, prawdopodobnie wybuchnąłbym mu śmiechem prosto w twarz. Ale tak właśnie się stało, także uwierzcie proszę, że  w Waszym życiu też nie ma rzeczy niemożliwych.

Piotr Pocztarek
www.grahammasterton.blox.pl

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz