Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

sobota, 5 grudnia 2015

Marek Stelar - Gniew. Opowiadanie.

,Marek Stelar związany z wydawnictwem Videograf,
autor rewelacyjnych powieści kryminalnych
Rykoszet (Videograf 2014) Twardy zawodnik (Videograf 2015).
Jak się okazuje, swoje pierwsze kroki z pisaniem,
rozpoczynał od opowiadań w klimatach horroru. 
Dzisiaj prezentujemy wam jedno z nich. Zapraszam.


GNIEW



1.

Ironia losu. Okrutny żart, z którego jakoś nie chciało mu się śmiać. Nigdy nie palił, nie nadużywał alkoholu, prowadził zdrowy tryb życia, a w jego rodzinie nigdy nie zdarzył się żaden przypadek tego gówna. Lekarze nie mieli najmniejszych wątpliwości, a diagnoza nie pozostawiała żadnych złudzeń. Cienia nadziei.
Siedział w klimatyzowanym pokoju badań na drugim piętrze budynku Baton Rouge General Hospital, na rogu Florida Blvd i N Acadian Thruway i zastanawiał się, co teraz ze sobą zrobić. Pomyślał, że Debra zniesie to dużo gorzej od niego. Wspaniała, czterdziestoletnia, wciąż piękna, kochająca go kobieta, z którą dzielił swoje życie. Życie, które za parę miesięcy miało zgasnąć. Deborah Westmore – wdowa. Smutne.
Pokręcił głową i znużony zwlókł się z wyścielonej zielonym, jednorazowym prześcieradłem kozetki. Założył koszulę, a kiedy zapinał ostatni guzik przy kołnierzyku, do pokoju wszedł lekarz. Spojrzał na niego poważnym wzrokiem.
- A więc wie pan już wszystko. Bardzo mi przykro – zawahał się przez chwilę - Czy jest pan człowiekiem religijnym, panie Westmore?
Czy jest człowiekiem religijnym? Hmm... W jego małżeństwie to Debra była odpowiedzialna za te sprawy. Chodził z nią czasami do kościoła baptystów, był miły dla pastora, którego zapraszała raz na jakiś czas na obiad czy szklankę lemoniady, ale to wszystko. Nigdy nie czuł potrzeby udzielania się w szkółce niedzielnej czy organizowania czasu seniorkom ich społeczności, spędzającym wieczory na grze w bingo w domu pastora. To tyle, jeśli o aspekt ziemski jego religijności. A Bóg? Cóż, może istnieje, choć w swoim życiu nie miał okazji przekonać się o Jego w nim obecności. Słyszał, że ludzie będący w sytuacji, w której on również obecnie się znalazł, odnajdują Go, by oswoił ich ze śmiercią. Cóż, będzie musiał sam stawić temu wszystkiemu czoła. Razem z Debrą. A jakby co, zawsze można będzie złapać się ostatniej deski ratunku.
Skinął wymijająco głową.
- Niech pan się modli. W Bogu nadzieja – powiedział lekarz.
Oczywiście. Tylko, że podobno nie ma już nadziei.  Wyraz jego oczu musiał powiedzieć lekarzowi, o czym myśli.
- Trzeba wierzyć, że po śmierci ktoś, tam na górze, czeka na nas z otwartymi ramionami. Inaczej to całe gówno, zwane życiem nie ma większego sensu. Tak uważam, jeśli mogę podzielić się z panem swoimi poglądami i to miałem na myśli, panie Westmore. Do zobaczenia za dwa tygodnie.
Jego życie miało sens, nawet bez Boga. Ten sens miał na imię Deborah.
Bez słowa uścisnął dłoń człowieka, który dwadzieścia minut wcześniej ogłosił mu wyrok śmierci i przewieszając marynarkę przez przedramię, wyszedł z pokoju, cicho zamykając za sobą drzwi.
Dziesięć minut później wyjechał z podziemnego garażu i skręcił na zachód, na Florida Blvd. Dotarł do międzystanowej dziesiątki i przejechał przez most na Mississipi. Przy Rivault Memorial Park skręcił na południe, zjeżdżając z międzystanówki na autostradę numer 1 i jadąc nieśpiesznie wzdłuż rzeki minął granicę hrabstwa, by po jakichś dwudziestu pięciu minutach dotrzeć do Plaquemine – swojego rodzinnego miasta. Tam skręcił w drogę 75, wiodącą prosto do domu. Prowadził chevroleta spokojnie i opanowanie.
Nie chciał, by Debra jechała do szpitala z nim, mimo że ostatnio zawroty głowy nasiliły się, a ona nie nalegała, szanując jego wolę. Nie wierzyła, podobnie jak on, że to może być coś złego. W końcu wiele osób miewa zawroty głowy, złe samopoczucie, każdemu kiedyś zdarzyło się zemdleć. A on był przepracowany i zmęczony. Widać boski plan był inny. Złapał się na tym, że obwinia o to wszystko kogoś, w kogo tak naprawdę nie wierzy. W porządku. Po prostu plan był inny. Czy w ogóle miało znaczenie, czyj to był plan? Nie jego, nie Debry, i zapewne nie doktora Rydera, miejscowego konowała, który długo bagatelizował objawy, by wreszcie wysłać go na badania do kliniki w dużym mieście, kiedy było już za późno. Czy mógł go za to winić? Nie mógł winić za to nikogo...
Przedzierając się przez upalne, wilgotne powietrze nieznacznie chłodzone lekkim wiaterkiem znad zatoki, doszedł do wniosku, że najwyraźniej pominął wszystkie etapy, o których wspominał lekarz: zaprzeczenie, gniew, negocjacje i depresję, od razu dochodząc do akceptacji. Gdy o zmroku podjechał pod bramę domu, był już pogodzony z tym, co nieuchronne. Jedynym, czego żałował, była Debra – kochana, cudowna Debra, która zobaczywszy w ciemnościach reflektory samochodu, wyszła do niego zapalając światło na ganku i oparta o poręcz schodków stała wyczekująco, uśmiechając się, tak jak tylko ona to potrafi.
Kiedy powiedział jej wszystko, długo jeszcze siedzieli na werandzie, rozmawiając cicho albo po prostu milcząc. W końcu Debra rozpłakała się.
- Jak możesz podchodzić do tego tak spokojnie? Godzić się? Musisz walczyć! Chcesz mnie zostawić? Nie mogę bez ciebie żyć, rozumiesz, Rich? – przerażona patrzyła mu w oczy. I nazwała go Rich. Mała, zapewne niezamierzona ironia. Tego zdrobnienia używała zawsze, gdy była zła, jakby podświadomie wypominając mu ich niezbyt wysoki status materialny.
Inna sprawa, że faktycznie taki był. Gdyby było inaczej, mieszkaliby w Nowym Orleanie, a nie w Bayou Sorrel, parafia Iberville, w domu nad jedną z licznych, drążących największe mokradła Luizjany macek Atchafalaya River. Popatrzył na ogromną sykomorę, w której niosącym ulgę od upału cieniu nieraz spędzali wspólnie letnie wieczory. Kwadrans później weszli do domu i położyli się do łóżka. Długo nie mogli zasnąć. Tej nocy nie kochali się, jak zwykle przed snem.



2.

Trzy dni później, gdy wrócił z pracy, w domu czekała na niego Debra. Mieli gościa.
-           Kochanie, pozwól, to jest Zack – przedstawiła mu przybysza i odwróciła się do niego – Zack, to mój mąż, Richard.
Podali sobie ręce, mierząc się uważnie wzrokiem. Zack był wysokim, przystojnym Afroamerykaninem, ubranym w nieco dziwne, białe, powłóczyste szaty. Emanowała z niego pewność siebie, którą Richard wyczuł także w mocnym uścisku dłoni. Tęczówki jego oczu nie były ciemne, jak to zwykle widywał u przedstawicieli tej rasy. Oczy Zacka, w kolorze miodu z lekkim odcieniem zieleni, błyszczały nienaturalnie, wciąż ze spokojem wpatrując się w punkt gdzieś na czole Richarda.
- Zostawię was samych – rzuciła Debra i wyszła do kuchni.
Richard wskazał Zackowi kanapę. Usiedli, a Zack podkurczył nogi, chowając je pod siebie po turecku, zrzucając przedtem ze stóp sandały.
-           Twoja żona powiedziała mi, że nie chcesz walczyć z chorobą...
-           Przepraszam cię bardzo, Zack, ale co tobie do tego?
W jego głosie była zaczepka i był tego świadomy. Zack zapewne również, ale najwyraźniej nie zmieszał się tym.
-           Debra poprosiła mnie, żebym ci pomógł – powiedział tym samym, ciepłym głosem.
-           Nie wiem, czy jesteś odpowiednią osobą. Choroba zaatakowała już wiele organów i szczerze mówiąc, nie ma takiej osoby, która mogłaby mi pomóc.
Zack uśmiechnął się lekko.
-           Ależ jest taka osoba. Ty nią jesteś.
Richard zdumiony uniósł brwi.
-           Ja? Przed chwilą mówiłeś, że to ty masz mi pomóc.
Skromny uśmiech rozjaśnił poważną twarz Zacka.
- To nie do końca tak. Moim zadaniem jest wydobyć z ciebie twoją wewnętrzną moc. Moc, która drzemie w każdym z nas. Nie masz pojęcia, jaki to potencjał. Babcia, która unosi samochód, żeby wydobyć spod niego przejechanego wnuczka. Beznadziejne przypadki śmiertelnych chorób, które cofają się, a ludzie, którzy je w sobie noszą, całkowicie zdrowieją. To nie wzmianki w prasie brukowej, łzawe historie ze szczęśliwym zakończeniem, które zmuszą ludzi do kupienia tej gazety również następnego dnia. To fakt. Ta moc to rzecz jak najbardziej realna. To naprawdę potężne narzędzie. Jedni nazywają je autosugestią, inni darem od Boga, a ja: mocą. To po prostu tkwi w nas – położył dłoń na szerokiej klatce piersiowej.
Richard przyglądał mu się w milczeniu dłuższą chwilę.
-           Kim jesteś, Zack? – zapytał w końcu.
Ten ponownie lekko się uśmiechnął.
-           Jestem twoim wybawcą. Kimś, kto podaruje ci tę resztę życia, która właśnie wymyka ci się z rąk.
-           Dajesz na to jakąś gwarancję?
-           Wychodzi z ciebie handlowiec, co? Nie. Nie daję gwarancji. Wszystko zależeć będzie tylko od ciebie. Tylko i wyłącznie od ciebie.
Znów milczenie. Richard westchnął.
-           Skąd się tu wziąłeś, Zack? – zapytał powoli - Nie jesteś stąd, prawda?
-           Nie.
-           Więc co tu robisz? W Bayou Sorrel, największej dziurze na zachód od Mississipi?
-           Przesadzasz, bywałem na gorszym zadupiu. Co tu robię? Tak się składa, że byłem u pewnego wysoko postawionego człowieka w Lafayette. W tej chwili stan jego zdrowia znacznie się poprawił, choć wciąż istnieje duże ryzyko, że sobie nie poradzi. Jest w bardzo podeszłym wieku. A ty jesteś jeszcze młody.
-           Jesteś uzdrowicielem?
Zack roześmiał się szczerze, błyskając białymi, idealnie równymi zębami.
-           Nie. Po prostu znam ludzką psychikę. Znam bardzo dobrze, uwierz mi.
-           Czyli jesteś szarlatanem.
-           Też nie. Ja także mam tę moc, lecz umiem również wyzwalać ją w innych. Jedni mają jej bardzo niewiele, w innych drzemie wulkan, który wystarczy tylko obudzić. Jeśli to nazywasz szarlatanerią, to niech ci będzie, faktycznie jestem szarlatanem. Ale ja, w przeciwieństwie do szarlatanów, nie zabronię ci leczyć się. Po prostu pozwól mi sobie pomóc. Pozwól Debrze. Co masz do stracenia?
Po czym nie czekając na jakąkolwiek reakcję, położył dłonie na jego głowie i zaczął cicho mówić. Richard poczuł się senny. Później nie widział już nic. Obudził go odgłos pstryknięcia palców. Rozejrzał się nieprzytomnym wzrokiem dookoła i zobaczył Debrę, z niepokojem wpatrującą się w jego twarz. Nie wiedział, ile czasu upłynęło, niczego też nie pamiętał. Zack stał obok, a w jego oczach widać było zdumienie.
-           Co się stało? – zapytał Richard.
-           Spokojnie, Richie – Debra gładziła jego dłoń – wszystko będzie dobrze.
-           Masz w sobie moc, Richardzie Westmore – powiedział z podziwem w głosie Zack – Wielką moc. Godną pozazdroszczenia. Teraz żyj tak, jak do tej pory. Będę w pobliżu jeszcze przez jakiś czas.
Podał dłoń Debrze, przytrzymując jej rękę w swojej trochę zbyt długo, jak na gust Richarda i wyszedł. Zostali sami. Debra pocałowała męża w czoło.
-           Skąd wytrzasnęłaś tego typa? – uśmiechnął się do niej, gładząc ją po policzku.
-           Wilma Deveroux ma przyjaciółkę w Lafayette. Ona opowiedziała jej o Zacku, który był akurat u jej wuja. Poprosiłam ją, żeby sprowadziła go do nas...
-           Zack – Richard pokręcił głową – Wygląda jak jakiś tybetański mistyk, a imię ma jak chłopak z Burger Kinga – zastanowił się przez chwilę – Ile za to chce?
-           To nieważne, Richie. Mam pieniądze.
Spojrzał na nią zdziwiony.
-           Masz? Skąd, na Boga?
Spuściła wzrok i zaczęła nerwowo skubać rąbek sukienki. „Mój Boże, w tej sukience wygląda bosko” – pomyślał, patrząc na nią.
-           Sprzedałam swoją polisę na życie – powiedziała bardzo cicho.
-           Co zrobiłaś!? – krzyknął, zrywając się z kanapy.
Debra spojrzała na niego z przerażeniem.
-           Richie, uspokój się, proszę! Nie wolno ci się na mnie gniewać, rozumiesz? Nie wolno, nie teraz! Obiecaj mi to!
            Kiedy spojrzał w jej oczy, gniew minął mu natychmiast, w jednej sekundzie.
- Zrobiłam to dla ciebie. Dla nas... – dodała cicho i rozpłakała się.
Usiadł z powrotem obok niej i objął ją czule.
-           Nie powinnaś była tego robić. Polisy to nasze jedyne zabezpieczenie na czarną godzinę, przecież wiesz o tym.
-           Wiem. Ale nie było innego wyjścia. Nie rozumiesz? TO jest czarna godzina!
-           Ile chce?
-           To nieważne, kochanie. Ważne, że ci pomoże.
-           A jeśli nie?
-           Weźmie tylko połowę – znów spuściła głowę, pociągając nosem.
-           Niezły interes. Tak czy siak, zawsze jest do przodu... Godzę się na to tylko dla ciebie, wiesz?
Debra wstała z kanapy.
-           Wiem. Proszę cię, nie mówmy już o tym. Chodźmy do ogrodu.
Spędzili to popołudnie pod sykomorą, a wieczorem kochali się tak namiętnie, jak wtedy, gdy po balu maturalnym, na którym Debrę wybrano jego królową, zabrał ją samochodem ojca nad rzekę. Do dziś zastanawiał się, co widziała wtedy w takim zwykłym chłopaku jak on, najpiękniejsza dziewczyna w szkole. I co wciąż w nim widzi...       



3.

Kilka dni później poczuł się wyjątkowo słabo. Siedział na kanapie i oglądał telewizję, czując dziwny ucisk w niemal całym ciele. Wiedział, że jest to efekt choroby – małe, niewidzialne gołym okiem skurwysyny przypuściły szturm na jego organizm. Siedział osowiały, gapiąc się w ekran telewizora. Debra spała. Nadająca z Baton Rouge stacja WAFB emitowała właśnie wieczorne wiadomości. Uśmiechnięta profesjonalnie Cheryl Mercedes relacjonowała wszystkim zainteresowanym postępy procesu niejakiego Roberta Pearla, oskarżonego o potrójne zabójstwo pierwszego stopnia, napad z bronią w ręku i brutalny gwałt. Jedną z jego ofiar było trzyletnie dziecko.
-           Robert Pearl stanął przed wielką ławą przysięgłych w sądzie okręgowym Wschodniego Okręgu Luizjany, mimo że zebrane przez prokuratora dowody przeciw niemu nie są zbyt mocne – mówiła Cheryl, a jej oczy niedostrzegalnie poruszały się, czytając linijki tekstu na prompterze - Mimo to, panuje powszechne przekonanie, że Pearl zostanie skazany na najwyższy wymiar kary. Prokuratura okręgowa zapowiada, że już wkrótce ujawni zeznania ważnego świadka – jego byłego wspólnika, odnalezionego w Savannah, w Georgii. Tym samym linia obrony, opierająca się na deprecjacji posiadanych przez oskarżyciela i tak znikomych dowodów w sprawie, może się załamać. Wobec takiego stanu rzeczy wątpliwe jest, aby Pearl mógł liczyć na przychylność rady ds. ułaskawień i gubernatora Bobby’ego Jindala...
Cheryl zniknęła, a na ekranie pojawił się biały mężczyzna w pomarańczowym kombinezonie, ze skutymi rękoma. Kajdanki na nadgarstkach połączone były łańcuchem z kolejnymi, oplatającymi jego kostki. Ogolony na łyso z tatuażami wypełzającymi na szyję spod kołnierzyka kombinezonu, na widok kamery podniósł skute ręce na tyle, na ile pozwalał łańcuch i pokazał wszystkim środkowe palce. Roześmiał się szatańsko i wrzasnął: „Ja jestem złem!”, po czym został wyprowadzony z sali rozpraw przez funkcjonariuszy policji sądowej. Później pokazano zdjęcia ofiar. W tym małego blondaska, który z szerokim, szczęśliwym uśmiechem, z wyciągniętymi rączkami biegł ku robiącemu zdjęcie. Zatrzymana w kadrze niewinność, szczęście i beztroska. Pozostało po nich tylko ta fotografia.
Richard zacisnął dłonie, wbijając paznokcie w skórę. Wezbrał w nim gniew, jaki odczuł może ze trzy razy w życiu. „Ty gnoju” – rzucił w myślach do Pearla – „Jak śmiałeś zabierać komuś życie? Jak śmiałeś, podły skurwielu? Dobrze, niech teraz zabiorą je tobie. Szkoda tylko, że nie mogą dać go mnie.” Gotował się z wściekłości. Nagle obraz rozmazał mu się przed oczami, a ciało przeszył spazm. Wyprężył się na kanapie, rozkładając szeroko ramiona i gwałtownie odchylając głowę do tyłu. Poczuł, jak wypływa z niego coś jakby strumień energii, który najpierw skumulował się między oczami, a potem wystrzelił przed siebie, niczym plazma z protonowego akceleratora łowców duchów.
Po chwili Richard opadł na kanapę. Kiedy ochłonął i znowu zaczął normalnie oddychać, stwierdził ze zdziwieniem, że czuje się świetnie, a przynajmniej o niebo lepiej, niż przez ostatni tydzień. Był tylko senny. Nie zastanawiając się więcej nad tym, co przed chwilą przeżył, poszedł do sypialni, rozebrał się i wpełznął pod kołdrę, przytulając się do ciepłego, pachnącego żelem pod prysznic ciała Debry. Zasnął niemal natychmiast.



4.

Następnego dnia czuł się równie dobrze, jak poprzedniego wieczora, jak gdyby choroba odpuściła na jakiś czas, kto wie, może szykując się do kolejnego, tym razem miażdżącego ataku? Pojechali z Debrą na zakupy. Kręcąc się po przestronnej hali supermarketu rzucił wzrokiem na ekran telebimu, który akurat w tym momencie wychwalał pod niebiosa smak Coca Coli. Na dole ekranu, w wąskim pasku powoli przesuwały się najnowsze wiadomości serwisu internetowego. Jego uwagę przykuł nagle rozwleczony napis: „PEARL WYMIERZYŁ SOBIE SPRAWIEDLIWOŚĆ? TAJEMNICZY ZGON ROBERTA PEARLA, OSKARŻONEGO O BRUTALNE ZABÓJSTWA. POLICJA ODMAWIA KOMENTARZY W SPRAWIE DZIWNYCH OKOLICZNOŚCI JEGO ŚMIERCI”. Dalej serwis informował o wizycie gubernatora Luizjany w nowoorleańskim szpitalu, w którym oddano do użytku nowe skrzydło oraz o zawaleniu się balkonu budynku przy St. Charles Avenue. Mardi Gras zbierało śmiertelne żniwo.
Richard odwrócił się i rozejrzał dookoła w poszukiwaniu Debry. Wybierała właśnie jogurty przy chłodziarkach. Dokończyli zakupy, zapłacili w kasie oddając przy okazji kilka uzbieranych, wyciętych przez Debrę z różnych produktów kuponów i wyszli na zewnątrz. Richard dźwigał pod pachami papierowe torby wypełnione tygodniowymi zapasami. Nagle Debra potknęła się o wystający spomiędzy płyt chodnika korzeń potężnej akacji, rosnącej nieopodal parkingu, na który właśnie szli. Krzyknęła i upadła, wypuszczając z rąk torebkę. Siedziała na chodniku trzymając się za kostkę i jęczała cicho. Richard szybko odłożył zakupy i doskoczył do żony.
-           Nic ci nie jest, kochanie? Co za idiota dopuścił do tego, żeby taki korzeń wystawał w miejscu, w którym chodzą ludzie? Cholerne drzewo! Przysięgam, kogoś pozwę!
Spojrzał gniewnie na zwieszające się nad nimi gałęzie i osłupiał. Na jego oczach zielone liście nagle zaczęły tracić barwę. Robiły się szare jak popiół, skręcając się, niczym zwęglony papier. Gałęzie kurczyły się gwałtownie, a kora pnia łuszczyła się i odpadała od niego płatami, zaściełając chodnik brunatnymi szczątkami przypominającymi wyschnięte na wiór liście tytoniu. Debra patrzyła na przemian na niego i na akację, a raczej na pokurczoną karykaturę drzewa, którym jeszcze przed chwilą było.
Nagle Richard wszystko zrozumiał. Spojrzał na żonę, a ona szeroko otwartymi oczami nieznacznie pokiwała głową, jak gdyby przytakując jego myślom.
-           Wracamy do domu – rzucił cicho Richard, pomagając Debrze podnieść się z ziemi – Chcę zobaczyć się z Zackiem.
Podniósł torby z zakupami, pozbierał owoce, które wysypały się z jednej z nich i zapakował wszystko do bagażnika. W samochodzie Debra zadzwoniła do Zacka, który obiecał jej, że przyjedzie do Bayou Sorrel najszybciej jak będzie mógł. Dojechali do domu, a niecałe trzy godziny później przyjechał Zack. Jego el camino na kalifornijskich numerach z charakterystycznym warkotem ośmiocylindrowego silnika zatrzymało się na wysypanym żwirem podjeździe. Kiedy wszedł do domu, Richard siedział na kanapie z założonymi rękoma, wpatrując się w niego bez słowa.
-           Wczoraj zabiłem człowieka – powiedział Richard.
Debra zaskoczona spojrzała na męża, a potem na Zacka. Ten usiadł na brzegu kanapy. Tym razem jego stopy obute w sandały pozostały na dywanie.
-           Zabiłem człowieka – powtórzył Richard – Nazywał się Robert Pearl.
Zack westchnął.
-           Mówiłem ci, że masz wielką moc. Naprawdę wielką. O wiele większą, niż ja, choć nie wiesz jeszcze jak nią dysponować. Robert Pearl był mordercą, a ty poczułeś gniew, prawda?
-           Nawet go nie znałem – odparł ponuro Richard – Po prostu byłem na niego wściekły, za to, co zrobił, to wszystko. A teraz on nie żyje.
-           Twoim sposobem na pokonanie choroby jest gniew, Richardzie. Uczucie często mocniejsze i gwałtowniejsze niż miłość, zazdrość czy pożądanie. To on pozwala ci na wyrzucenie z siebie złej energii, którą karmią się komórki atakujące twoje organy.
-           Nie chcę zabijać! A jeśli był niewinny?
-           Był winny, wszyscy o tym wiedzą – wtrąciła Debra - Winny jak cholera!
-           Jeszcze niczego mu nie udowodniono! – wykrzyknął.
-           To dlaczego wzbudził w tobie gniew? – zapytał Zack.
Richard milczał przez chwilę, przypominając sobie wczorajszy wieczór.
-           Był zły. Widziałem to w nim. Zły do cna. Zepsuty do szpiku kości. On ich zabił. Tego chłopczyka też…
-           Zgadza się, był zły. To, co zrobiłeś, to krok w kierunku odzyskania twojego życia. Zginął człowiek, to prawda, ale to był zły człowiek. Teraz od ciebie zależy, jak będziesz dysponował swą siłą. To nie muszą być ludzie, zrozumiesz to niedługo. Nauczysz się, bądź spokojny. Z potęgą twojej mocy jej dyspozycja nie powinna być problemem.
-           Dyspozycja, hę? Bardzo mądre słowo, co? Tylko, że ja nie chcę bawić się w Boga. Jeśli istnieje. Tylko On podobno może zabierać życie.
-           Hmmm – Zack spojrzał na niego uważnie – A nie przyszło ci do głowy, że nawet jeśli istnieje, to ty jesteś jedynie narzędziem w Jego rękach?
-           Drzewo – przypomniała Debra.
-           Racja – Richard uśmiechnął się lekko – Zniszczyłem fajne drzewo.
Zack wstał z kanapy. Podał rękę najpierw jemu, a potem Debrze, znów przytrzymując ją sekundę, może dwie dłużej, niż wymagała tego grzeczność. Odwrócił się i wyszedł, zostawiając ich samych.
Do wieczora Richard zniszczył szklankę, z której wylał na swoją koszulę nieco lemoniady i należącego do sąsiada starego cadillaca, który rzężąc ledwie dychającym silnikiem zakłócił im wieczorny odpoczynek.




5.

Znów siedział na kozetce w szpitalu w Baton Rouge. Lekarz jeszcze raz rzucił okiem na jedną z trzymanych w ręku gęsto zadrukowanych kartek papieru i spojrzał na Richarda znad okularów.
-           Nie do wiary – pokręcił głową – Nie do wiary. Nie dość, że nie widać postępów ani nowych przerzutów, to stwierdziliśmy również zanik komórek nowotworowych w kręgosłupie. Jak pan to robi, panie Westmore? Modli się pan?
Richard wzruszył ramionami, uśmiechając się pod nosem.
-           Nie do wiary – powtórzył jeszcze raz doktor – Jest pan cholernym szczęściarzem. Muszę pana jedynie ostrzec, że to może być chwilowa poprawa. Ale niech pan nie traci nadziei. Nie widziałem jeszcze w mojej praktyce niczego podobnego. Pana organizm walczy z chorobą w niespotykany sposób – rzucił papiery na biurko - To co, widzimy się za dwa tygodnie?
Richard skinął głową, ubrał się i wyszedł. Pojechał do Plaquemine, do pracy. Obiecał Jackowi Sternowi, temu od cadillaca, że sprzeda mu tanio nowy samochód. Jack przedwczoraj pokazał mu, co odkrył parę dni wcześniej w swoim garażu. Cadillac wyglądał, jak po oblaniu kwasem i podpaleniu. Zgłosił „wypadek” szeryfowi, który uznał to za wybryk miejscowych chuliganów i pogratulował mu, jak się wyraził: „kupy szczęścia”, bo garaż nie był nawet osmalony. W każdym razie, Jack potrzebował nowego auta, więc Richard umówił się z nim, że dziś wyjedzie wcześniej z pracy i przyprowadzi mu mało używanego PT Cruisera. Jack zwichnął tydzień temu bark, spadając z drugiego stopnia drabiny podczas naprawy dachu swojego domu, lecz Richard nie miał z tym nic wspólnego. Z większych rzeczy, ostatnio zniszczył tylko kilometr autostrady numer 1, na której przy prędkości prawie sześćdziesięciu mil na godzinę wpadł swoim chevroletem w sporą dziurę, nadwyrężając zawieszenie. Powoli uczył się swojej mocy. Jak mawiał Zack – dyspozycji.
Gdy zajechał do „Salonu Maszyn Używanych Morgana” zastawionego dziesiątkami samochodów, zostawił swój wóz, zaszedł do biura, wziął kluczyki i żegnając się z Alanem, swoim współpracownikiem, wrócił na plac. Wsiadł do stojącego koło ogrodzenia srebrnego chevroleta, wyciągając uprzednio zza szyby tabliczkę z pomarańczowym napisem „na sprzedaż” i ruszył do Bayou Sorrel.
Kiedy dojechał na miejsce, zauważył na podjeździe przed swoim garażem czerwone el camino Zacka. Tknięty jakimś dziwnym przeczuciem, nie zatrzymał się, stając dopiero kilka posesji dalej. Wysiadł z samochodu, zamknął drzwi i z bijącym sercem pobiegł w kierunku swojego domu. Minął otwartą bramę i podszedł cicho do ściany. Stanął na palcach, chwytając się parapetu i zajrzał przez okno do salonu. Nie było w nim nikogo. Teraz serce biło mu jeszcze mocniej. Przeszedł kilka kroków, skręcił za róg budynku i podszedł do okna sypialni. Zajrzał do środka i zmartwiał.
Na łóżku, ich łóżku, zobaczył nagiego Zacka, który klęcząc z zamkniętymi oczami kopulował, bo tylko tak dało się określić to, co robił, kopulował z Debrą. Jego cudowną Debrą, wyglądającą teraz zupełnie inaczej, niż wtedy, gdy kochała się z nim. Miała nieobecny wyraz twarzy, a jej oczy beznamiętnie wpatrywały się w ścianę. Tę, na której wisiała ich ślubna fotografia. Richard, oniemiały z zaskoczenia, opadł na ziemię, opierając się plecami o panele elewacji. Schował głowę w dłoniach, które po chwili zacisnął w pięści. Po chwili wstał i ruszył w las.
Szedł wzdłuż rzeki a potem skręcił w niknącą między drzewami ścieżkę. Szedł i łkał. Zewsząd otaczały go ogromne, wyrastające prosto z wody cypryśniki. W miarę jak Richard posuwał się naprzód, w promieniu kilkunastu metrów ich wielkie korony więdły, czerniały i kurczyły się. Bulwiaste korzenie powietrzne i pnie puchły i zapadały się, niczym składane teleskopowo anteny, a na powierzchni poczerniałej nagle wody zaczęły pojawiać się bąble, które pękając wydzielały obrzydliwy smród mułu i zgnilizny. Richard nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Otaczała go świetlista aura, w której szedł przed siebie, niczym w wielkim, jasnym kokonie, chroniącym go przed smrodem i padającymi drzewami. Przeszedł tak około dwóch mil, zanim ochłonął. Fizycznie czuł się wspaniale. Za to psychicznie był wyczerpany do cna. Rozejrzał się z niedowierzaniem dookoła i zawrócił, idąc szlakiem zniszczenia. Zastanawiał się. Wyznawał zasadę, że prawda zawsze leży pośrodku, a wiele rzeczy rzadko naprawdę wygląda tak, jak jawią się na pierwszy rzut oka. Postanowił, że jeszcze nie czas na gniew. Poza tym, po tym, co zrobił z lasem, jego ciało z pewnością wygrało kolejnych kilka bitew z najeźdźcą. Czuł to. Wiedział o tym.
Kiedy wrócił do domu, czerwonego pickupa już nie było. Zaprowadził PT Cruisera Jackowi Sternowi, który obiecał uregulować należność za trzy dni, od razu po tym, jak w Lafayette załatwi sprzedaż domu po zmarłym niedawno ojcu. Richard wszedł po schodach ganku. Drzwi otworzyły się i Debra jak zwykle rzuciła mu się na szyję, całując go gorąco. Nic w jej zachowaniu nie wskazywało, że parę godzin temu coś w tym domu zaszło. Zachowywała się naturalnie.
-           Był Zack? – spytał mimochodem.
-           Nie – zdziwiła się Debra – Dlaczego miałby być?
Machnął ręką i mruknął, że jest zmęczony i pójdzie trochę się zdrzemnąć. Nie protestowała. Położył się i spał mocno aż do jedenastej wieczorem. Kiedy poczuł, że Debra kładzie się obok niego, powiedział cicho „dobranoc”, odwrócił się na drugi bok i znów zasnął.



6.

Następnego dnia powiedział Debrze, że do pracy odwiezie go Jack Stern.
-           Wszystko w porządku, kochanie? – zapytała, patrząc na niego zmartwiona.
-           Jak najbardziej – pocałował ją, a przed oczami stanął mu nagi, spocony i sapiący Zack – Będę po południu.
-           Jak się czujesz?
-           Świetnie. Naprawdę świetnie. Wiesz, to chyba naprawdę działa. Za tydzień kolejne badanie, wtedy się przekonamy. Pa, najdroższa.
Nie musiał iść na badanie. Wiedział, w jakim jest stanie. Wiedział o sobie wszystko. Jego moc była naprawdę wielka. Mój Boże, tak wielka, że Zack mógł o takiej tylko pomarzyć. Aż dziw brał, że nigdy wcześniej jej w sobie nie czuł. To, co Zack zrobił z nim wtedy na kanapie, naprawdę ją uwolniło. A teraz mógł ją kontrolować.
O, przepraszam, Zack, ty skurwielu – dysponować nią...
-           Pa, najdroższy – uśmiechnęła się Debra i zamknęła za nim drzwi.
Zszedł z ganku i wyszedł na ulicę, skręcając w stronę domu Sternów. Gdy oddalił się wystarczająco daleko, wskoczył w gęstwinę krzewów, rosnących po drugiej stronie ulicy, sięgających aż do przepływającej nieopodal kolejnej odnogi rzeki. Wrócił jej brzegiem, przedarł się z powrotem ku drodze i zaczaił się. Zadzwonił do Alana i powiedział mu, że źle się czuje i nie przyjdzie dziś do roboty.
Dwie godziny później pojawił się el camino. Wjechał na podjazd z chrzęstem opon buksujących na drobnym żwirze, a po chwili z jego wnętrza wyłonił się Zack, jak zwykle w powłóczystej szacie i sandałach. Rozejrzał się na boki i ruszył w stronę ganku. Otworzył moskitierę i zapukał do drzwi. Richard zobaczył, jak otworzyła mu zaskoczona Debra. Mimo dość dużej odległości, wyraźnie słyszał, co mówi.
-           Cześć, Zack. Co ty tu robisz, przecież wiesz, że Richie jest w pracy?
Zack, mówiąc coś bardzo cicho, jak zwykle wyciągnął na przywitanie dłoń. Debra ujęła ją i w tym samym momencie Richard zobaczył jak wyraźnie sztywnieje. Jak automat odwróciła się i weszła do środka, a Zack wszedł za nią, zamykając za obojgiem drzwi. Richard natychmiast wybiegł z krzaków, przebiegł przez ulicę i rozpłaszczył się na ścianie pod oknem sypialni. Wspiął się na palce i zajrzał.
Zobaczył jak Debra stoi nieruchomo, wpatrując się przed siebie tak samo pustym wzrokiem jak wczoraj, a Zack powoli ją rozbiera, starannie odkładając sukienkę i bieliznę na krawędź łóżka. Nie patrzył dalej. Nie musiał patrzeć. Musiał iść do lasu.



7.

Tym razem nic się nie działo. Wybrał inną ścieżkę i szedł wśród soczystej zieleni drzew i krzewów, myśląc intensywnie. Kobieta, którą kochał, była niewinna. Boże, jak dobrze, że wczoraj zapanował nad sobą. Aż trząsł się na myśl, co mogłoby się stać, gdyby dał ujście swemu niepohamowanemu gniewowi. Wierzył w nią i nie zawiódł się. Jak zwykle.
Zack. Pieprzony Zack. Nie mieściło mu się w głowie, że człowiek, który uratował mu życie, w tak haniebny sposób uwiódł mu żonę. Podejrzewał, że to hipnoza. Uwieść żonę śmiertelnie chorego człowieka – jakim bydlakiem trzeba być, by to zrobić. Ale ten bydlak dał mu życie. Jemu i Debrze...
Z zamyślenia wyrwał go czyjś słaby krzyk. Skierował się szybko w stronę, z której dochodził. Kiedy dobiegł do małej polany, na kształt półwyspu otoczonej płytkim jeziorem, zobaczył leżącą na trawie dziewczynę. Nad nią, z nożem w ręku, pochylał się syn Gusa Thibodeau – Mike. Poznał go z daleka. Poznał, ale wciąż biegł. Biegł i był coraz bliżej nich. Powinien zatrzymać się, schować, ewentualnie zawrócić i zawiadomić szeryfa, przecież był tchórzem, który nigdy nie miesza się w nieswoje sprawy. Zwłaszcza złe sprawy… A on biegł. Dziewczyna nie ruszała się, mimo że była przytomna. „Jeezu, skul się, broń jakoś…” - myślał Richard, zwalniając lekko. Nie myślał, co będzie dalej. Chciał tylko, żeby tej dziewczynie nic się nie stało. Ale ona nie słyszała jego myśli. Leżała na wznak z czerwoną od krwi twarzą, jakby wystawiała się na ciosy. Richard był już prawie obok nich.
Gdy Mike zobaczył go kątem oka, odwrócił się ku niemu z zaskoczeniem.
-           Czego tu chciałeś, chuju?
Richard zatrzymał się. Mike Thibodeau był sukinsynem, jakich mało. Uniknął kilku odsiadek dzięki koneksjom rodzinnym; jego stryj był szychą w lokalnych władzach i zawsze udawało mu się wybronić bratanka przed karzącą ręką sprawiedliwości, załatwiając sprawę z szeryfem czy sędziami. Zwykle kończyło się na pracach społecznych, których i tak nigdy nie wykonywał, albo ugodami i finansowym zadośćuczynieniem dla ofiar jego bandyckich wybryków. Wuj był bogaty, a Mikey potrafił z tego korzystać. Miał wszystko: drogie auto, alkohol, narkotyki i dziewczyny z okolicznych miasteczek, z całego hrabstwa.
-           Co się gapisz? - syczał Mike - Masz jakiś problem? Chuju?
Wymachiwał nożem, patrząc na Richarda źrenicami wielkości łebka od szpilki. Dziewczyna leżała u jego stóp jęcząc cicho. I wciąż nie chciała się skulić. Nie znał jej, na pewno nie mieszkała w okolicy.
-           Nie wtrącaj się w nieswoje sprawy, bo ciebie też potnę. Rozpłatam cię jak świnię, rozumiesz? I nic mi za to nie zrobią! – Mike roześmiał się bełkotliwie, pochylił się i przejechał ostrzem noża po opalonej skórze uda dziewczyny.
Krzyknęła. To było tylko lekkie draśnięcie, lecz mimo to, niemal natychmiast wypełniło się ciemnoczerwoną krwią.  Mike zabawiał się z nią, tak jak sadystyczny bachor zabawia się dręcząc skamlającego szczeniaka.
-           Zabiję cię, dziwko, słyszysz? Mnie chciałaś zostawić? Mnie? Mnie się nie zostawia, szmato! – wrzasnął i jeszcze raz przejechał nożem, tym razem po odsłoniętym brzuchu.
-           Mike – rzucił cicho Richard.
Widział bandytę tylko jednym okiem. Obraz z drugiego oka odczytany przez mózg był lekko zamglony i różowawy - przedstawiał dwa leżące na polanie zakrwawione ciała: dziewczyny oraz jego, Richarda. Widok nie był miły. Richard zamrugał szybko i znów wszystko wróciło do normy – wizja zniknęła.
Mikey umilkł i spojrzał na niego.
-           Ty chyba naprawdę chcesz dziś zdechnąć, chuju, co? – rzucił nienawistnie i ruszył w kierunku Richarda.
Dziewczyna straciła przytomność, a tym samym szansę na jakąkolwiek możliwość obrony. Ale czy w ogóle ją miała? Leżała wciąż na wznak, z rozrzuconymi szeroko ramionami. Jej włosy w kolorze pszenicy, spływające na trawę jasnym welonem, tworzyły wokół głowy coś na kształt aureoli. Przypominała nieco postać świętego ze starej ikony, którą Richard widział kiedyś na zdjęciu w „Reader’s Digest”.
Nabrał w płuca powietrza i wyciągnął przed siebie rękę. Zaskoczony Mikey stanął w miejscu.
- Michaelu Thibodeau – powiedział Richard głosem sędziego, ogłaszającego wyrok – Jestem tylko narzędziem, ale gniewam się na ciebie. Mój gniew jest wielki i straszny, a ja nie mam innego wyjścia…
Zamknął oczy. Mimo to widział dalej. Obrazy, zabarwione różową poświatą, przenikały przez powieki. Zobaczył Mikeya, który z wściekłością w oczach stąpał ku niemu ciężkim krokiem, dysząc i pryskając na boki śliną. Skoncentrował się. Poczuł, jak tryska z niego strumień światła, a wraz z nim uwalnia się zgromadzona w jego ciele zła energia. Strumień był potężny. Ogarnął Mikeya niczym płomień, a jego różowawa poświata wznosiła się wysoko ponad otaczający ich zagajnik. Mike nie krzyczał. Na jego twarzy pojawiło się najpierw zdziwienie, a potem szok. Nie mógł się poruszyć. Spojrzał na nóż i zobaczył jak rdzewieje, a drewniane okładziny trzonka kurczą się i rozpadają na maleńkie kawałeczki. Destrukcja szybko objęła jego dłoń, która czerniała i zmieniała się w coś na kształt korzenia, wystającego z ziemi jak wyschnięta macka. Teraz zaczął wrzeszczeć, jednak dookoła panowała głucha cisza. Dźwięk nie wydostawał się poza obręb różowego płomienia otaczającego jego postać, kurczącą się i więdnącą, w miarę jak rozpad tkanek postępował w kierunku głowy. Kilka sekund później strumień strzelający spomiędzy oczu Richarda urwał się, jak gdyby ktoś zakręcił kurek. Turpistyczna karykatura ciała Mikeya nagle implodowała. Wyschnięte na wiór truchło zapadło się do środka, a potem wyrzuciło z siebie chmurę popiołu, który po chwili opadł na ziemię. W powstałej z niego bezkształtnej kupce pobłyskiwały resztki amalgamatowych plomb, parę monet, opakowanie z prezerwatywą i pozbawione drewnianych okładzin rękojeści zardzewiałe ostrze noża. Nad tym wszystkim unosiła się smużka bladoróżowego dymu, którą natychmiast rozwiewał leciutki wiaterek.



8.

Leżąca wciąż na ziemi dziewczyna powoli odzyskiwała świadomość. Richard upadł i przez jakiś czas leżał jakieś pięć metrów od niej. Rozdzielały ich resztki Mikeya, tak nędzne, jak jego życie i uczynki.
Po chwili oboje jednocześnie podnieśli się z trawy. Powoli rozglądali się dookoła, przypominając sobie, co przed chwilą zaszło, jednak każde z nich miało swoją wersję wydarzeń, w której to drugie nie uczestniczyło. Ona nie miała świadomości jego obecności, dla niego zaś jej osoba była zupełnie nieistotna, stanowiąc jedynie tło strasznego końca młodego bandyty. Richard był straszliwie zmęczony i senny, wiedział jednak, że pominąwszy te wciąż groźne, choć już nie dla niego, resztki choroby, jest zdrowym człowiekiem. Dziewczyna chlipała cicho, oglądając długie nacięcia na udach i brzuchu. Przestały już na szczęście krwawić. Wreszcie dostrzegła Richarda.
-           Kim jesteś? – zapytała z wyraźnie słyszalnym w głosie niepokojem - I gdzie ten sukinsyn Mike?
Richard szeroko otworzył ciążące mu powieki.
-           Mieszkam tu, panienko – machnął ręką za siebie, wskazując nieokreślony kierunek – Usłyszałem krzyk i przybiegłem. Nikogo nie było, z wyjątkiem ciebie. Leżałaś zakrwawiona na trawie. Właśnie miałem dzwonić pod 911...
-           Nie trzeba – dziewczyna wzięła się w garść, otarła powieki z łez i odgarnęła z czoła opadającą na nie blond grzywkę – Nie trzeba. I tak wyjeżdżam. A ten gnojek nigdy nie dowie się gdzie. Nie powiesz mu, że mnie widziałeś, prawda? – spojrzała na niego.
Ogromne, brązowe, rozszerzone nagłym przestrachem oczy powiększał rozmazany, czarny tusz do rzęs. Richard uśmiechnął się przyjaźnie i uspokajająco rozłożył ręce, pokazując dłonie.
-           Czy ja kogoś widziałem? – zapytał – Czy ktoś widział mnie?
Dziewczyna uspokoiła się wyraźnie. Mrugnęła do niego porozumiewawczo i jej twarz rozjaśnił lekki uśmiech. Wyciągnęła z kieszeni dżinsowych szortów chusteczkę i przyłożyła do wciąż lekko krwawiącego nacięcia na brzuchu. Syknęła cicho z bólu, po czym z zaciśniętymi zębami odwróciła się i poszła w kierunku drogi. Richard zawołał za nią.
-           Hej, mała!
Odwróciła się.
-           Co jest?
-           Uważaj na siebie, co?
Znowu się uśmiechnęła.
-           W porządku.
Pomachała mu i po chwili zniknęła za zakrętem leśnego duktu.
Spojrzał w górę, na skrawek błękitu nieba, wykadrowany poszarpanym koronami drzew. Westchnął głęboko i uśmiechnął się szeroko do siebie. I do Debry.
Spojrzał na zegarek i ze zdziwieniem stwierdził, że minęło tylko pół godziny, odkąd pobiegł do lasu. Ruszył do domu, a kiedy wychodził z gęstwiny był już innym człowiekiem. Już wiedział, co ma robić.
Minął el camino, głaszcząc pieszczotliwie jego czerwony błotnik i po chwili był już w domu. Zack uwinął się dziś chyba wyjątkowo szybko, bo kiedy wszedł do salonu, i on i Debra byli już ubrani. Siedzieli oboje na kanapie. Wzrok Debry wciąż był pusty; z bliska przypominał Richardowi oczy jego dziadka u schyłku życia, gdy odwiedzał go z ojcem w domu spokojnej starości „Cudowna Jesień” w Bounce Bay, pełnym podobnych mu starców z zaawansowanym alzheimerem.
Zack był zaskoczony. Ale Richard nie dał mu okazji do wytłumaczenia się, czy raczej wymyślenia i sprzedania mu jakiejś bajeczki.
-           Cześć, Zack – powiedział wesoło i świadomy swej ogromnej mocy, wyciągnął do niego dłoń.
Zack wstał i odruchowo podał mu swoją. Richard uścisnął rękę człowieka, który darował mu życie. Człowieka, który odkrył w nim niespotykana moc. Potęgę zdolną niszczyć zło, lecz także to, co mógł niszczyć jedynie Bóg - życie. „Ale nie mieszajmy do tego Boga” – pomyślał Richard, jeszcze mocniej ściskając rękę Zacka – jego wybawcy. Zacka, który posuwał jego żonę, w wyjątkowo obrzydliwy sposób wykorzystując sytuację. Zacka, którego moc w porównaniu z jego mocą była nikła niczym płomień świecy przy blasku słońca.
Źrenice Zacka rozszerzyły się. Uświadomił sobie nagle, że Richard wie. Jego dłoń zwiotczała gwałtownie w silnym uścisku dłoni Richarda. Próbował ją wyszarpnąć, lecz bez skutku.
- To było silniejsze ode mnie, proszę, zrozum… - wyszeptał – Jest taka słodka…
Richard wciąż się uśmiechał, nie wypuszczając dłoni Zacka z uścisku. Popatrzył mu głęboko w oczy i pomyślał o pozostałych w jego organizmie komórkach rakowych, w każdej chwili zdolnych do niekontrolowanego rozmnożenia. Wyobraził je sobie, jak pędzą przed siebie w jego żyłach i węzłach chłonnych, zdziesiątkowane mocą jego gniewu, lecz wciąż śmiertelnie groźne.

I kiedy już otoczyła ich znajoma, tak dobroczynna dla Richarda jasność, podarował je wszystkie Zackowi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz