wtorek, 29 września 2015

Komiksowo. Stephen King "Mroczna Wieża - Rewolwerowiec. Siostrzyczki z Elurii"

Mroczna Wieża to najgłośniejszy cykl Stephena Kinga, kory powstawał przez ponad czterdzieści lat (1970-2012). Jest to niesamowita epopeja, łącząca w sobie fantasy, fantastykę naukową, horror i western. Fanom Kinga, tego cyklu nie trzeba przedstawiać. Pierwsze powieści pojawiły się w 2012 roku za sprawą wydawnictwa Albatros. Dzisiaj, Albatros ponownie wydaje cykl, tym razem, przepięknie wydany. Książki są szyte, posiadają twardą okładkę i fantastyczny papier. Do końca roku, cały cykl w nowej szacie graficznej, powinien znaleźć się na półkach księgarń.

Osobnym tematem jest cykl komiksów inspirowanych Mroczną Wieżą, gdzie za koncepcję literacką odpowiada King. Właśnie swoją premierę ma siódmy tom komiksowej serii pt."Siostrzyczki z Elurii". Niestety jest to także moje pierwsze spotkanie z komiksowym Kingiem i już żałuję, że nie mam w swojej kolekcji wcześniejszych tomów. Nie jestem wielkim fanem komiksów, tzn. nie jestem zbieraczem, czytam okazjonalnie, wybieram komiksy o interesującej mnie tematyce, których niestety na rynku nie ma dużo. Oczywiście jako kilkunastoletni chłopak zaczytywałem się wszelkimi Kajkami i Kokoszami, Thorgalami czy Klossami. Zdecydowanie później nastał
czas na komiksy z Mega Komiksu, czyli wszelkie hybrydy Alienów i Predatorów.

Komiks przeszedł długą drogę i przeszedł ją wspaniale. Z czasów wycinanek w Świecie Młodych, po często kilkusetstronicowe tomy, w twardych oprawach. Ewolucja ta jest wyraźnie widoczna, dla mnie, okazjonalnego czytelnika komiksów.
Właśnie dzięki Mrocznej Wieży mogę podziwiać współczesny komiks i powiem, że robi niezłe wrażenie.
Twarda oprawa, idealny format, i grafiki Luka Rossa i Richarda Isanove`a, to zdecydowany plus. No bo co w komiksie może być ważniejszego? Ok. Treść.
Co do treści, to zdaje się mi, że jest jej troszkę mało, tym bardziej, że jest na nią miejsce. I tak zerkam co chwila na biblioteczkę, gdzie Mroczna Wieża, stoi obok innych książek Kinga. Sami wiecie, jak to wygląda pod względem ilości znaków, czy stron. Oczywiście komiks rządzi się swoimi prawami.

Grafiki, to zdecydowanie najlepsza rzecz w całym komiksie. Pomyślicie - Ameryki nie odkrył. No tak, jednak nasycenie i temperatura barw, powoduje, że ogląda się to świetnie. Praktycznie w całym komiksie mamy ciemne tło, doświetlone za to są postacie, co sprawia, że drobiazgi takie jak: wyraz przerażenia w oczach, czy biel wampirzych zębów, przykuwają uwagę zaraz po przewróceniu poprzedniej strony. Mam kilka swoich ulubionych.

środa, 23 września 2015

James Oswald "Z przyczyn naturalnych". Recenzja.

Niekiedy bywa tak, że niektórym książkom towarzyszy coś w rodzaju przeczucia, że czas im poświęcony nie pójdzie na marne. Na pewno można to powiedzieć o powieści szkockiego pisarza, Jamesa Oswalda: „Z przyczyn naturalnych” (wyd. Jaguar). W tej książce naprawdę coś jest! Jeśli o jakości powieści decyduje pierwsze trzydzieści stron, to w tym przypadku klimat, jaki na samym wstępie zaserwował swoim czytelnikom autor, nie pozwoli nikomu oderwać się od lektury już po kilku pierwszych akapitach.
Jest tu wszystko, czym powinien odznaczać się DOBRY kryminał. Jeżeli dołożymy do tego mocną historię, charakterystyczne postacie, pełne surowego wręcz realizmu opisy i potęgujące wszechobecny mrok, nadnaturalne elementy grozy – to można śmiało porównać powieść Oswalda do modnej ostatnio twórczości Skandynawów.
Co uderza niemal od razu, to pisarskie rzemiosło (świetną pracę, i to należy podkreślić, wykonał tłumacz, Stanisław Kroszczyński). Już na samym początku zwracają uwagę proste, krótkie zdania, świetnie dopracowany język, a także brak jakichkolwiek zbędnych opisów i dialogów. Wszystko tu jest precyzyjnie wymierzone i przemyślane. Nie ma żadnych dłużyzn, przypadkowych fragmentów albo niszczących bezpowrotnie klimat lapsusów językowych. Jest za to dynamiczna akcja i niesamowity nastrój, który sprawia, że Edynburg, z którym mamy tu do czynienia, jawi się jako miejsce krwawe, brutalne i ciemne.
„Z przyczyn naturalnych” jest pierwszą częścią serii opisującej „Sprawy inspektora McLean’a”. Anthony McLean to tylko z pozoru „typowy, twardy bohater po przejściach”, który oprócz prowadzonych spraw, musi się dodatkowo mierzyć z demonami swojej przeszłości. Jako dziecko stracił rodziców. Wychowywała go babcia. McLean’a poznajemy, w przededniu śmierci staruszki. Kobieta, nie wybudziwszy się ze śpiączki, zostawiła wnukowi mieszkanie i… wszystko, co chciałby posiąść przyłapany pewnego dnia przez inspektora tajemniczy włamywacz. Kim jest? Czego szukał w domu zmarłej kobiety?

poniedziałek, 21 września 2015

Michał Gołkowski "Stalowe szczury" cykl.

Każda wojna jest straszna, każdy konflikt niesie za sobą cierpienie i śmierć. Nie ma tutaj różnicy, kto z kim walczy, gdzie, ani jak długo. Zazwyczaj nikt nie sądzi zwycięzców, a zwycięzcy pastwią się nad pokonanymi. Okropieństwa wojny przemawiają do wyobraźni bardzo mocno: obrazy, filmy, nagrania, czy relacje i opowieści tych, którzy przeżyli, powodują  często, że aż ciężko uwierzyć, aby jeden człowiek, drugiemu zgotował taki los.
Wśród tych wszystkich obrazów, wydaje się, że najokrutniejsza i najstraszniejsza była Wielka Wojna. Z pewnością była to batalia, która swoim szaleństwem, pchnęła w objęcia śmierci, niemal wszystkie armie świata. Nie było chyba, także innej, tak bezsensownej rzezi. Mam tutaj na myśli cały konflikt trwający do 1918 roku jak i pojedyncze, czy wielotygodniowe i miesięczne bitwy, często przerywane na dłuższy okres, aby po kilku miesiącach wybuchnąć na nowo. Bitwy o kawałek ziemi, o najbliższą linię okopów wroga, o mordowanie się dla mordowania. Przerażają i zarazem fascynują przedziwne narzędzia i machiny mające jeden cel. Zabić drugiego człowieka.

W taki świat wprowadza, a raczej bierze czytelnika za bety i wrzuca Michał Gołkowski w swoim cyklu „Stalowe szczury”.  Pierwszy tom opowieści o Karnej Kompanii, 5 Regimentu, Dywizji Piechoty, dowodzonej przez kapitana Reinharda, to przede wszystkim opowieść o męstwie i szaleńczej próbie utrzymania się przy życiu grupy niemieckich szturmowców. To opowieść brutalna, pełna krwi, flaków i wzajemnego mordowania się w błocie Wielkiej Wojny. To historia straceńców, którzy wydawałoby się, nie mają już nic do stracenia i są pogodzeni, że swój żywot zakończą w jednym z tysięcy zlanych wodą lejów, którymi usiane jest pole bitwy. To także opowieść o utraconej miłości kapitana Reinharda, której tajemnicę skrzętnie skrywa w schowanym pod mundurem medalionie, także o dyscyplinie i ślepym oddaniu podwładnych żołnierzy.
„Stalowe szczury. Błoto” to książka, którą pochłania się jednym tchem i nie szkoda wystygłej kawy i zapomnianego obiadu. Historia karnej kompani, nie kończy się wraz z ostatnią stroną, pozostaje w nas na długo.

niedziela, 20 września 2015

Graham Masterton "Sissy Swayer. Przepowiednia"

Mamy nowego Mastertona. Choć nie do końca. Wydawnictwo Replika właśnie zdecydowało się na reedycję popularnej serii „Sissy Sawyer”, a co za tym idzie - na ponowną publikację pierwszego tomu, pt. „Przepowiednia”. Miłośnikom książek Mastiego tej pozycji nie trzeba specjalnie przedstawiać. W kilku słowach: to powieść łatwa, szybka i co najważniejsze przyjemna. Zawiodą się jednak ci, którzy nie znając tej konkretnej opowieści, będą liczyć na trzymający w napięciu horror, a przynajmniej na mocny thriller. Nic z tego. „Przepowiedni” bliżej jest do kryminału, a wspomniana groza jest tu raczej tłem do opisywanych wydarzeń.
            Na pewno na uwagę zasługuje wstęp. Graham Masterton wyjaśnia w nim, skąd biorą się koncepcje jego literackich opowieści. Można tu przeczytać, m.in. że: „Pomysły i niespisane historie są wszędzie. (…) Pisanie powieści to tak naprawdę to samo, co pisanie kolejnego artykułu”. G. Masterton wyjawia, że jako reporter nauczył się odpowiadać sobie na pytanie: dlaczego coś się wydarzyło? Swoim czytelnikom stara się to potem wyjaśnić. „Pisarz Julian Barnes powiedział kiedyś: Życie mówi: ona to zrobiła. Książka mówi: ona to zrobiła, ponieważ... Książki są po to, by wyjaśniać wam pewne rzeczy. Książki nadają życiu sens” – tłumaczy G. Masterton.
            We wstępie autor wyjaśnia, co konkretnie stanowiło inspirację do napisania „Przepowiedni”. W tym przypadku fabuła została oparta na prawdziwych wydarzeniach, które wstrząsnęły całymi Stanami Zjednoczonymi w 2002 roku. Wtedy to właśnie dwóch psychopatów strzałami z karabinu snajperskiego zabiło dziesięć przypadkowych osób. Masterton pokusił się o częściową rekonstrukcję tych zdarzeń. Wzorując się na autentycznych postaciach, stworzył kreacje głównych bohaterów. Są nimi: pochodzący z patologicznej rodziny, nieco zagubiony nastolatek Fidelio „Feely” Valdes i socjopata Robert „Touchy” Touche. Sięgając po „Przepowiednię”, będzie się można przekonać, że moment ich przypadkowego spotkania zaowocuje straszliwymi skutkami.

piątek, 18 września 2015

Pierwsze opowiadanie finałowe urodzinowego konkursu Okiem na Horror. Anna Śmigielska.

Gdy w końcu przebiłem się przez litą skałę, byłem potwornie zmęczony. Pył wdzierał się w nozdrza, czułem jak kolejne krople potu spływają po twarzy skapując na ciemny, skalisty grunt. Wtedy go ujrzałem. Legendarny pociąg SS stał jakby zapraszał, aby po siedemdziesięciu latach otworzyć pogrążone w wiecznym mroku wagony.
Gdy światło przytwierdzonej do kasku latarki padło na przerdzewiały zawias jednego z nich, poczułem jak zimny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Odciśnięty krwawy ślad dłoni ciągnął się na wagonie przez kilka metrów, aż niknął pod kołami pociągu. Wtedy usłyszałem skrobanie, które wydobywało się z jego wnętrza. Najpierw ledwo słyszalne, potem silniejsze, w końcu jakby miało zaraz rozedrzeć grubą stal...
Gdzieś z tyłu głowy, pod czaszką pojawiła się myśl… przez ułamek sekundy była  tylko  przeczuciem. Po chwili, z całym okrucieństwem, powagą i bólem tak silnym, że odczuwalnym fizycznie, stała się wizją tego co właśnie – tak dziecinnie nieświadomi, zapoczątkowaliśmy . Zrozumiałem!
Nie ma już odwrotu.
Zaczęło się.

środa, 16 września 2015

CYCKI, ŁAŃCUCHY I OBCIĘTE GŁOWY czyli KIEDYŚ TO BYŁY HORRORY.KONKURS! Zakończony.

CYCKI, ŁAŃCUCHY I OBCIĘTE GŁOWY czyli KIEDYŚ TO BYŁY HORRORY

Konkurs urodzinowy.




SŁOWEM WSTĘPU czyli (NIE) MOJA PODRÓŻ SENTYMENTALNA

Nie mam wielkiego sentymentu do okładek przeczytanych przez ze mnie horrorów. Wiem jednak, że wielu czytelników bloga taki sentyment jak najbardziej czuje. Z pewnością tym osobom będzie dużo łatwiej rozwiązać to zadanie. Poniżej znajdziecie krótkie, kilku zdaniowe opisy okładek piętnastu książek grozy: polskich i zagranicznych, starych i nowych. Pewnie jedne zagadki będą oczywiste, inne bardzo trudne. Powodzenia!

wtorek, 15 września 2015

HARDBOILED – twardziele pełną gębą. Recenzja przedpremierowa.


HARDBOILED         
Anglojęzyczny termin, będący tytułem omawianego zbioru nowel, określa konwencję literacką, jeden z podgatunków kryminału. Znakiem rozpoznawczym jest swoisty typ głównego bohatera – twardziela (zwykle detektywa, choć niekoniecznie), dla którego znieczulica i cyniczny humor są główną bronią przeciw bezwzględnemu światu, w jakim przyszło mu żyć.  Rzeczywistość przedstawiona w opowieściach tej konwencji jest bowiem mroczna i okrutna; tutaj nikt się z nikim nie patyczkuje, jakiekolwiek przejawy słabości grożą utratą prestiżu i zepchnięciem na margines społeczny, a ludzie żyją w myśl zasady, że cel uświęca środki – bezkompromisowa przemoc i skrajny brak empatii stają się metodą na przetrwanie w niegościnnym uniwersum hardboiled. Areną zdarzeń jest gęsta od tytoniowego dymu, wręcz duszna, miejska przestrzeń, wypełniona gangsterami, prostytutkami i różnorakimi typami spod ciemnej gwiazdy, z którymi – uwierzcie – nie chcielibyście mieć do czynienia w "realnym" życiu.
            Przedstawiona pokrótce stylistyka gatunkowa stała się inspiracją dla czterech pisarzy, których historie stanowią omawiany zbiór. Antologia jest ukłonem w stronę surowych, oldschoolowych kryminałów, ale nie tylko – autorzy postanowili bowiem nie tyle poprzestać na oczywistych inspiracjach, co tchnąć w utrzymane w hardboildowej konwencji historie powiew świeżości. W taki sposób powstały cztery niezwykle smakowite, literackie kąski, będące dość odważną, intrygującą i oryginalną symbiozą tradycyjnego cynicznego noir z horrorem, fantastyką, opowieścią oniryczną, a nawet cyberpunkiem. Utwory wymykają się zatem twardo rozumianej przynależności do określonego gatunku (są raczej zabawą; świadomym i przemyślanym przekraczaniem pewnych ram literackich), a jednocześnie w pełni oddają jego ducha, przypominając czytelnikowi złote czasy tej jakże fascynującej, i może nieco dzisiaj zapomnianej, formy literackiej wypowiedzi.
            Antologię otwiera wstęp Mariusza Czubaja, niekwestionowanego króla współczesnego kryminału, dla którego stara, mroczno-cyniczna szkoła pisania zdaje się być znakiem rozpoznawczym – cechą wyróżniająca autora na rodzimym rynku.
Przejdźmy jednak do dania głównego.

sobota, 12 września 2015

Wojciech Chmielarz w Szczecinku.

Wprawdzie spotkanie z Wojtkiem Chmielarzem było już jakiś czas temu, ale pomyślałem, że warto o nim wspomnieć. Choćby dlatego, że Wojtek świetnie komponuje się w wydarzenia minionych wakacji, które organizowałem w Szczecinku i skoro napisałem o Kasi Bondzie i Kasi Puzyńskiej, to dlaczego nie napisać o moim spotkaniu i pomyśle na zaproszenie do Szczecinka Wojtka Chmielarza.
Dlatego zamieszczam dziś na blogu krótką relację ze spotkania z naprawdę świetnym facetem i rewelacyjnym pisarzem.


Już na początku roku Maciej Grunt zadzwonił do mnie i zapytał,czy nie chciałbym pomóc w organizacji Szczecineckiej Gry Miejskiej. Na początku nie wyobrażałem sobie jak to widzi. Mam stać przebrany za jedną z postaci gry? A może jakoś pomoc ogarnąć to logistycznie? Kurdę no nie wiem. Umówiliśmy się w knajpie - bo gdzie mogą umówić się faceci na poważną rozmowę? Tylko przy kuflu złocistego trunku.
Maciek nakreślił tegoroczną grę i zapytał czy chciałbym pomóc, a skoro tak, to jaki mam pomysł.  Plan był taki, aby gra w tym roku, była inna od poprzednich. Chyba obaj doszliśmy do wniosku, że fajnie, gdyby zorganizować w jej ramach spotkanie autorskie i aby osoba

czwartek, 10 września 2015

Neil Gaiman "Dym i lustra. Opowiadania i złudzenia"

„Dym i lustra. Opowiadania i złudzenia”, ponownie ukazały się za sprawą wydawnictwa Mag. Jest to trzecie wydanie tego obszernego zbioru opowiadań, magicznych i niesamowitych historii. Obszernego, ponieważ otrzymujemy trzydzieści sześć tekstów, o rożnej długości, czasami pisanych wierszem. Tym, którzy znają tą pozycje, zbioru nie trzeba przedstawiać, tak samo zresztą jest z twórczości Gaimana. Warto jednak zwrócić uwagę na nowe, świetne wydanie, w twardej oprawie, ze rewelacyjną grafiką nawiązującą do wydanego wcześniej zbioru „Drażliwe tematy”, czy mającym premierę lada chwila zbiorem „Rzeczy ulotne”
 Ci, którzy dotychczas zetknęli się już z twórczością autora „Amerykańskich bogów” czy „Gwiezdnego pyłu” - czyli dłuższymi historiami brytyjskiego pisarza, należy zbiór „Dym i lustra. Opowiadania i złudzenia” polecić z czystym sumieniem.
Gaiman jak zawsze zaskakuje bujną wyobraźnią, opowiada o wydarzeniach niesamowitych, bajecznych, zabawnych, lecz także nostalgicznych, mrocznych i groźnych. Właśnie w  sugestywnej formie i oryginalnych  opowieściach można poznać autora jako wspaniałego bajarza, który bawi się historią i do wspólnej zabawy zaprasza czytelnika.

niedziela, 6 września 2015

INFO. Trzecie Urodziny Okiem na Horror.



Pod tym linkiem znajdziecie wszystkie konkursy, które trwają od początku, do końca września. Lista jest uzupełniana na bieżąco.
Wskakujcie na fanpage, na fejsie i walczcie o książki.

niedziela, 30 sierpnia 2015

"Ostatni pasażer" Manuel Loureiro.

Historie o nawiedzonych statkach widmo już od niepamiętnych czasów krążą po świecie wzbudzając strach i przerażenie. Bodaj najsłynniejszą i najbardziej znaną opowieścią tego typu jest legenda o Mary Celeste, z którego pokładu w niewyjaśnionych okolicznościach zniknęło 10 osób. Do dziś nie ustalono co tak naprawdę stało się z załogą statku, a teorie o spleśniałej, trującej mące, wycieku alkoholu czy nawet inwazji kosmitów tylko potwierdzają nośność tego typu historii i jej popularność. Owym tematem zainteresował się również twórca trylogii o zombie, hiszpański adwokat- pisarz Manel Loureiro, który już swoimi poprzednimi powieściami udowodnił, że ciekawe pomysły fabularne nie są mu obce. „Ostatni pasażer”, bo taki tytuł nosi dopiero czwarta w dorobku książka Manela również potwierdza tezę, że opuszczenie na pewien czas sali sądowej i swoisty eksperyment z pisarstwem okazał się świetną decyzją. Zapraszam na pokład „Valkirie”.

W sierpniu 1939 roku stary angielski węglowiec niemal zderza się na środku oceanu z olbrzymim statkiem wycieczkowym o nazwie „Valkirie”. Jak się wkrótce okazuje, płynie pod niemiecką banderą i należy do nazistowskiej organizacji Kraft durch Freude. Nieoświetlony transatlantyk dryfuje w gęstej mgle pusty. Trzej angielscy marynarze, którzy zapuszczają się na jego pokład, odkrywają ślady świadczące o niedawnej obecności setek pasażerów, ale odnajdują tylko jednego żywego człowieka: noworodka owiniętego w tałes, z gwiazdą Dawida na szyi. Nikt nie potrafi zrozumieć, dlaczego ten żydowski chłopiec jest jedynym pasażerem statku widma i skąd wziął się na pokładzie.
Siedemdziesiąt lat później ambitna dziennikarka londyńskiej gazety dowiaduje się, że „Valkirie”, od czasu feralnego rejsu stojącą w angielskim doku, w tajemnicy nabył i wyremontował pewien milioner. Dziewczyna, zaproszona na rejs, pragnie za wszelką cenę rozwiązać zagadkę niemieckiego transatlantyku. Wyprawa na pokładzie „Valkirie” okaże się ekscytującym, ale i wyjątkowo niebezpiecznym spotkaniem z przeszłością, będzie podróżą w czasie, która wyjaśni, co tak naprawdę w 1939 roku wydarzyło się na oceanie tamtej sierpniowej nocy.
(opis wydawnictwo Muza, 2014)

środa, 26 sierpnia 2015

Czytajcie i drżyjcie z przerażenia! – „Wielka Księga Strachu”. Opowiada Alicya Rivard.

Czytajcie i drżyjcie z przerażenia! – „Wielka Księga Strachu”



Jak sądzicie, czy makabryczne zbrodnie o jakich pisze Poe lub potwory i deliryczne wizje Lovecrafta to odpowiednia proza dla najmłodszych? Jak najbardziej. Ja przeciwskazań nie widzę, tym bardziej, że „Wielka Księga Strachu” jest tego doskonałym przykładem. W końcu jeśli wprowadzać młody umysł w strefę grozy, to najlepiej sięgać po klasyków gatunku.
„Wielka Księga Strachu”  jest rodzajem zabawy, do której młody czytelnik zostaje zaproszony przez samego Edgara Allana Poe. Zawarte w księdze opowieści nie mają tylko za zadanie straszyć, ale również pomagają radzić sobie ze strachem. Wiadomo bowiem, że najbardziej boimy się tego, co nieznane. Historie zostały podzielone więc na cztery bloki tematyczne: śmierć, choroba i szaleństwo, potęga umysłu oraz zło. Bardzo fajne jest również wyjście, że opowiadań nie trzeba czytać po kolei. W spisie treści zamieszczono krótkie opisy o czym jest dana historia i mały czytelnik może sam zadecydować czy dana historia go zaciekawi, czy nie.

CZTERY OBLICZA GROZY
Część pierwsza poświęcona jest śmierci, czyli jednej z największych zagadek ludzkości. W tej grupie każde opowiadanie kończy się śmiercią lub jest z nią związane. Pojawia się plejada stworzeń, po których spotkaniu bohaterów niechybnie czeka przykry los: widma zwiastujące nieszczęśliwy wypadek [Ch. Dickens „Dróżnik”], demony składające lodowate pocałunki swoim ukochanym [G. A. Becquer „Zielone oczy”], podstępne wampiry pragnące wyssać krew [J. W. Polidori „Wampir”], szaleni naukowcy wykorzystujący potrzebujący zwłok [R. L. Stevenson „Porywacz trupów”].  Ze śmiercią często wiąże się również jakaś tajemnica, którą należy rozwiązać. Czasem zagadki kryminalne mają logiczne wytłumaczenie [E. A. Poe „Morderstwo przy ulicy Morgue”],  a czasem bywają takie, które wyjaśnienia nie mają [G. de Maupassant „Ręka”].

wtorek, 25 sierpnia 2015

Przemysław Piotrowski. To będzie - dosłownie i w przenośni - prawdziwe PIEKŁO.


Cześć Przemek.

Cześć.

Słuchaj gdybyś miał opowiedzieć o sobie w  kilku zdaniach. Powiedzmy: czym się zajmujesz na co dzień, czym  interesujesz, może jakieś hobby, zainteresowania. 
Co znalazłoby się w CV Przemysława Piotrowskiego?

Obecnie? Wychowuję mojego czteromiesięcznego synka (śmiech). Tak poważnie to pracuję na platformach w Norwegii, choć akurat teraz mam małą przerwę. Wcześniej przez wiele lat zajmowałem się dziennikarstwem, głównie sportowym, choć nie tylko. Wszyscy wiemy jednak jakie są zarobki w tej branży. Dlatego zdecydowałem się odejść. Poza pracą staram się żyć aktywnie. Gram w piłkę nożną, koszykówkę, tenisa, chodzę na siłownię. Sport i rodzina zajmują mi większość czasu. Kocham też historię, geografię i podróże. Tymi ostatnimi zaraziłem się studiując w Hiszpanii i USA. Oczywiście wieczorami lubię poczytać dobry thriller lub horror. Jednym słowem, typowy ze mnie facet.

Co studiowałeś w Stanach i Hiszapanii?

Studiowałem dziennikarstwo.

„Kod Himmlera” to Twoja pierwsza powieść, skąd pomysł na książkę, dlaczego w ogóle postanowiłeś pisać?

Od najmłodszych lat korciło mnie, żeby coś napisać. Moja polonistka, pani Iwona Szantyko, którą serdecznie pozdrawiam, zawsze powtarzała, że mam lekkie pióro i powinienem zostać pisarzem. Rzeczywiście, z wypracowań i prac klasowych zawsze dostawałem najwyższe oceny. I już jakoś w piątej, czy szóstej klasie podstawówki zacząłem pisać pierwszą książkę. Nie skończyłem jej, ale z tego co pamiętam była pełna akcji i bardzo krwawa (śmiech). Jeśli chodzi o „Kod Himmlera” to ten pomysł chodził za mną już przynajmniej rok zanim jeszcze napisałem pierwsze zdanie. Zawsze lubiłem teorie spiskowe, historyczne niedopowiedzenia, nierozwiązane zagadki i legendy. Te z „Olbrzyma” pozwalają snuć najróżniejsze teorie, więc pokusiłem się przedstawić jedną z możliwych.

Więc "Kod Himmlera" to nie pierwsza Twoja książka. Masz jeszcze tą z podstawówki?

Może gdzieś na strychu u rodziców, ale wątpię.


niedziela, 23 sierpnia 2015

Guillaume Musso "Central Park"


Na czym polega fenomen książek Guillaume Musso? Francuski autor, od kilku lat mogący się poszczycić mianem najlepiej sprzedającego się nie tylko we Francji pisarza, ma zdaniem większości czytelników, do zaoferowania książki, które na długo pozostają w pamięci. Czy tak jest rzeczywiście, można się przekonać osobiście. Dosłownie kilka dni temu za sprawą wydawnictwa Albatros na polskim rynku pojawiła się jedna z najnowszych powieści G. Musso. To „Central Park” – intrygujący kryminał, który w krótkim czasie zdążył już zebrać mnóstwo przychylnych recenzji.
O tym, że „Central Park” jest powieścią o świetnej fabularnej koncepcji, przekonuje sam opis książki, przygotowany przez wydawnictwo. Kilka zdań, które tylko w niewielkiej części odsłaniają literacką intrygę, pokazuje, że wejście w świat Musso może być przede wszystkim doskonałą rozrywką. Mamy dwóch głównych bohaterów. To Alice, silna, żywiołowa policjantka, bez pamięci oddana swojej pracy. To także Gabriel, z pozoru spokojny, poukładany mężczyzna o nieco tajemniczej przeszłości. Obojgu przytrafia się coś niespodziewanego. Pewnego dnia budzą się obok siebie… skuci ze sobą kajdankami. Zarówno Alice, jak i Gabriel nic nie pamiętają. No, może poza jednym

czwartek, 20 sierpnia 2015

Hiszpańska apokalipsa zombie. Rozprawiamy się z Apokalipsą Z.

Hiszpańska apokalipsa zombie.

Kiedy w 1968 roku George A.Romero stworzył swoje, wiekopomne już dzieło "Night of the living dead" mało kto zdawał sobie sprawę, że jego wizja świata opanowanego przez zombie okaże się tak ważna dla gatunku i wyznaczy kierunek, w jakim pójdą późniejsi twórcy. Ludzi, którzy zostali zainspirowani przez ojca żywych trupów do dziś jest wielu, by Roberta Kirkmana, czyli twórcę komiksowego, a później i książkowego, świetnie przyjętego „The Walking Dead” jedynie wspomnieć. Manel Loureiro, autor trylogii "Apokalipsa Z" również postanowił pójść dobrze znanym, wyznaczonym wcześniej przez Romero szlakiem, w którym główną rolę odgrywa człowiek, a zombie to jedynie mroczne i brutalne tło. Pisana, najpierw w formie internetowego blogu książka, zachwyciła tysiące osób na całym świecie i kwestią czasu było wydanie jej w papierowym kształcie. Sprawiło to, że adwokat z Pontevedry stał się poczytnym pisarzem i dołożył swoją cegiełkę do całego tego ambarasu z żywymi trupami w roli głównej. O tym, czy kolejna historia o zombie to dobry pomysł można przekonać się jedynie sięgając po wszystkie trzy części „Apokalipsy Z”, a jako że jestem dobrym samarytaninem postanowiłam przenieść się na opustoszałe ulice Galicji i sprawdzić co też hiszpański, papierowy horror ma do zaoferowania. Jeśli też jesteście ciekawi chodźcie razem ze mną.

Część pierwsza.
Początek końca, czyli prawnik, jego kot i tajemniczy wirus.

W należącym do Federacji Rosyjskiej Dagestanie dochodzi do ataku ekstremistów islamskich na jedną z poradzieckich baz wojskowych. Napastnicy przypadkowo uwalniają przechowywane tam wirusy dziwnej choroby, która pustoszy coraz większe tereny, odcinając je od reszty świata. Temat ten zaczyna dominować w światowych serwisach informacyjnych, ale nikt nic nie wie na pewno. Mówi się o żywych trupach, które polują na ludzi. Poszczególne państwa wprowadzają spóźnione środki zaradcze: stan wyjątkowy, godzinę policyjną, blokadę informacji, zamknięte Bezpieczne Strefy dla zdrowych obywateli. O tym wszystkim dowiaduje się stopniowo bohater powieści, hiszpański prawnik mieszkający pod miastem Pontevedra. Od pierwszego dnia na prowadzonym przez siebie blogu, a później w zwykłym notatniku spisuje swoje spostrzeżenia o tej odległej katastrofie. Jeszcze nie wie, że to dopiero początek apokalipsy... W poszukiwaniu bezpiecznego schronienia odbędzie wędrówkę po terenach, które kiedyś znał jako Galiciię.
(źródło opisu: Wydawnictwo Muza, 2013)

To, co wybija się na pierwszy plan powieści, to

sobota, 15 sierpnia 2015

Oystein Stene "Wyspa Zombie"

Kim są i jak wyglądają klasyczne zombie? Zdeformowane, cuchnące, ociekające krwią i pałające rządzą mordu. Głodne ludzkiego mięsa,z z gnijącą i odpadającą skórą. Nic tak nie paraliżuje wyobraźni, jak spotkanie z diabolicznym nieumarłym, który chce tylko jednego: zatopić swoje zęby w ciele ofiary. Taki obraz „zombiaków” serwują nam ostatnio autorzy książek i twórcy rozmaitych filmów. Do takiego obrazu przywykliśmy. Norweski powieściopisarz, Oystein Stene proponuje coś zupełnie innego. Jego „Wyspa zombie” to książka oryginalna, ze świetnym pomysłem na fabułę i konstrukcję. Rzecz, która na pewno będzie się wyróżniać na półce z innymi powieściami o podobnej tematyce.
            Z opisu dowiadujemy się, że akcja będzie się toczyć na Labofonii, „wyspie ukrytej przed resztą świata gdzieś na Atlantyku”. Jak chce autor, wyspa jest wyjątkowo stara, znana już w czasach sprzed setek lat, gdy spisywano żywoty świętych. Labofonia jest interesująca z jednego względu: żyją na niej tajemniczo wyglądający i zachowujący się ludzie, a dokładniej stwory przypominające postacie ludzkie. Czytelnik włącza się do akcji, kiedy na wyspę trafia w niewyjaśnionych okolicznościach pewien rozbitek, Johannes van der Linden. Mężczyzna „nie jest do końca pewien, skąd wyruszył i dokąd trafił”. Wie tylko tyle, że od momentu przybycia na wyspę Labofonia będzie jego drugim domem.
            O tym, kto tak naprawdę zamieszkuje Labofonię, czytelnik dowiaduje się razem z głównym bohaterem. Vaan der Linden z dnia na dzień odkrywa, że jego ciało przybrało specyficzną, nieludzką naturę. Co prawda nie ocieka krwią i nie zachowuje się, jak znane z „Walking Dead” trupy, ale wygląda i robi wszystko tak, jakby nie do końca pochodził z ludzkiego świata. Można powiedzieć, że mieszkańcy Labofonii witają nowego przybysza z otwartymi ramionami. Nasz bohater… dostaje pracę w ratuszowym archiwum. Tam wraz z czytelnikiem może badać historię wyspy i powoli rozszyfrowywać tajemnicę jej istnienia na Ziemi.

środa, 12 sierpnia 2015

"Mira i potworki. Znowu razem". Cykl: Potworki czytają #22

Dzięki niebezpiecznej akcji odbicia Przywódcy Potworów z Urzędu, Mirze udaje się nie tylko zyskać dla wuja uniewinnienie, ale również wchodzi w posiadanie wszystkich niezbędnych składników lekarstwa, które ma uleczyć złamane serce jej mamy. Zaczyna wierzyć, że los jej sprzyja, a to co złe, powoli zmierza ku dobremu końcowi. Nic bardziej mylnego. Przywódca Potworów rozpoznał Mirę i ma zamiar zemścić się na niej. Najpierw jednak postanawia jej pomóc, w końcu uratowała mu życie – sporządza dla niej lekarstwo. Czy Duval naprawdę zrobił coś dobrego, a może to podstęp? Czy byłby zdolny do takiego okrucieństwa? Mira nie ma jednak czasu się nad tym zastanawiać, musi zdążyć na czas podać lekarstwo matce (zaryzykować) i tu zaczynają się problemy. W drogę wchodzi jej Tempelman, który po swojej ostatniej porażce przeszedł przemianę nie tylko zewnętrzną (w skutek wypadku) ale i wewnętrzną. Porządek i zasady, jakimi się kierował, przestały mieć dla niego znaczenie. Podobnie jak Duval, o wszelkie niepowodzenia obwinia Mirę. Uważa, że to przez nią utracił zdolność odróżniania dobra od zła, dlatego postanawia uniemożliwić jej uratowanie mamy... 

W piątym tomie autor skupia się na problemie granicy między dobrem, a złem. Ona istnieje, ale nie zawsze jest

wtorek, 11 sierpnia 2015

Olga Haber "Wyklęci".

Gdzie kończy się szaleństwo, a zaczynają działać nadludzkie moce? O tym, że granica między tymi dwiema sferami jest bardzo cienka, można przekonać się, sięgając po jedną z najnowszych propozycji wydawnictwa Videograaf. „Wyklęci” Olgi Haber to całkiem spora dawka grozy i napięcia. To również bardzo ciekawa wizja potężnej i budzącej strach, demonicznej siły.
Olga Haber wyraźnie stawia na akcję. Fabuła nie daje czytelnikowi odpocząć, wszystko dzieje się szybko, bez chwili na wytchnienie. Już samo wprowadzenie do przedstawionej historii, zamiast lapidarnego zarysowania tła, przynosi garść zaskakujących informacji. W zimowej, iście bajkowej scenerii zostaje znaleziona atrakcyjna, młoda kobieta. Krwawa zbrodnia to wstrząs dla całego miasta. Ale myliłby się ten, kto pomyślałby, że na tym koniec. Osób, których życie zakończyło się krwawo i brutalnie, jest w najnowszej powieści Olgi Haber znacznie więcej. Policjantka Justyna Sowa próbuje rozwikłać tę zagadkę. Co łączy wszystkie martwe osoby? Dlaczego zginęły w tak makabrycznych okolicznościach? I czy na pewno mamy do czynienia z falą morderstw? Justyna Sowa i towarzyszący jej policjanci, ale i rzecz jasna czytelnicy, będą mieli twardy orzech do zgryzienia.
            Sprawa skomplikuje się jeszcze bardziej, kiedy okaże się, że we wszystko może być zamieszana obecna w mieście… wiedźma. To postać wyjątkowo niepozorna i niebudząca żadnych podejrzeń. Drobna, atrakcyjna, na pierwszy rzut oka całkiem sympatyczna dziewczyna to w rzeczywistości ucieleśnienie niepojętego zła. Dzięki swym piekielnym umiejętnościom jest w stanie decydować o życiu napotkanych na swojej drodze ludzi. Jest potężna i wyrachowana. Wdziera się w umysł i nęka. Ona rządzi, ona decyduje. Kim są jej ofiary? Dlaczego

Łukasz Henel. Rocznicowo. Wywiad.

Zbliża się trzecia rocznica powstania Oka. Więc na początek będzie wspominkowo. Pamiętam, że gdy zakładałem fanpage Okiem na Horror, Łukasz Henel był jednym z pierwszych pisarzy, którzy zgodzili się na wywiad dla jakiegoś oszołama, co miał kilkudziesięciu fanów na stronie. Gdy wspominam ten wywiad - można znaleźć go na fb Oka - to zastanawiam się jak to wszystko poszło do przodu, a wielu świetnych ludzi, nadal jest ze mną.
Zapraszam na rozmowę z jednym z nich. Łukasz Henel.

Cześć.
Ostatni raz rozmawialiśmy bodaj, przy okazji premiery "Szkarłatnego blasku". 
„Podziemne miasto” to Twój trzeci horror i kolejny, którego akcja rozgrywa się w okolicach Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego (MRU). Widzę, że szczególnie upodobałeś sobie ten tajemniczy  i w sumie fascynujący system bunkrów?

Rzeczywiście coś w tym jest. W okolicach Międzyrzecza, dokładnie w Kursku, mieszka moja rodzina od strony żony. W okolicznych lasach znajduje się mnóstwo bunkrów. Część z nich została wysadzona w powietrze przez Rosjan, ale wiele podziemnych przejść całkiem nieźle się zachowało. Swego czasu wiele osób zaginęło tam bez wieści, usiłując penetrować podziemne tunele.

Prawie od razu uświadomiłem sobie, że to dobre miejsce na akcję książki. Stary, mroczny, gęsty las. Jeziora, nad którymi rzadko kiedy można spotkać żywą duszę. No i wreszcie legendarne podziemia. Miejscowi opowiadają o nich niestworzone rzeczy. Mówi się o podziemnym metrze prowadzącym aż do Berlina i o pociągu Hitlera, wyładowanym po brzegi złotem i dziełami sztuki.  Motyw ten wykorzystałem w książce „Podziemne miasto”. Liczne legendy otaczają też Kęszycę Leśną.  Mówi się, że miała tam miejsce wizyta tajemniczego oddziału Hindusów strzegącego jakiegoś sekretu. W mojej powieści „Podziemne miasto” zagadka ta znajduje wyjaśnienie, choć to oczywiście po części fikcyjna fabuła i poniekąd moje własne domysły. 

piątek, 7 sierpnia 2015

Chuck Palahniuk "Udław się".

Odpuść sobie. Nic dobrego Cię tu nie spotka. Chuck Palahniuk skończył się na „Fight Clubie”, naprawdę. „Udław się” sprawi tylko, że rozboli Cię głowa i będziesz wyzywał autora-grafomana o to jak można coś takiego wydać. Nie, ja nie przesadzam. Głupi dzieciak wierzy obłąkanej matce a później zamienia się w seksoholika. Ktoś to w ogóle chciałby czytać? Idź stąd, precz! Póki jeszcze trzymasz rękę na myszce i masz dobry humor. Chcesz go bezpowrotnie stracić? Prosisz się o to, zdajesz sobie z tego sprawę? Świetnie, naprawdę świetnie. Nie krzycz potem, że Cię nie ostrzegałam i nie pisz listów z zażaleniami. Masz, proszę, przeczytaj sobie co ten Palahniuk znów nabazgrał. A niech Cię psia jego mać!

Dobrze, a więc na początku był on, Victor Mancini, duszący się w restauracjach, aby zrobić z ludzi bohaterów i zarobić na leczenie matki, będący przy tym maniakiem seksualnym. Jego matka dostała kuku, on krąży między pracą, domem a szpitalem, ledwo wiążąc koniec z końcem. Gdzieś po drodze leczy się z seksoholizmu, dławi jedzeniem i opowiada o swoim dziwacznym dzieciństwie. Nie oszczędza cynizmu i każe nam siebie nienawidzić. Pyta, czego Bóg by NIE zrobił i robi to. Palahniuk nikogo nie oszczędza i ostro krytykuje konsumpcjonizm, którego zdaje się nienawidzić całym sobą. Śmieszy przez łzy i dołuje nie gorzej niż nie jeden melodramat. Tu nie ma półśrodków- albo go kochasz, albo nienawidzisz. Tu znowu będzie dużo przegadanych stron,