środa, 14 kwietnia 2021

Agnieszka Miela - wywiad. Trzeba było przywrócić do życia "Śmiech diabła"

 


Cześć. Bardzo się cieszę, że mogę zadać Ci kilka pytań.

A ja dziękuję, że dałeś mi okazję, abym mogła na nie odpowiedzieć. Ostrzegam tylko, że jestem straszną paplą – i na żywo i na piśmie.

Fantastycznie! Uwielbiam gaduły.

Zacznijmy może od początku. „Dzieci Starych Bogów” to premiera w wydawnictwie Zysk, jednak książka została wydana już wcześniej nakładem wydawnictwa Kłobook w 2019 roku. Co Cię skłoniło, aby powieść wydać na nowo ten tytuł u innego wydawcy?

Przede wszystkim chęć zaprezentowania światu zakończenia całej trylogii. Aine, Bertram i spółka towarzyszą mi od kilkunastu lat i zależało mi na tym, by oddać im sprawiedliwość. Nie potrafiłabym przejść spokojnie do normalnego życia ze świadomością, że nie starałam się zrobić nic, by pokazać innym, dokąd to wszystko zmierza, zwłaszcza, że „Śmiech diabła”, czyli wspomniany tu pierwszy tom, może się wydawać pozornie chaotyczny i niedokończony; ta część wskazuje jedynie na pewne tropy co do całej historii, ale to kolejne dwie dają czytelnikom okazję do łączenia wszystkich rzuconych przeze mnie elementów układanki.

Jest też i drugi powód, dla którego starałam się dać tej opowieści jeszcze jedną szansę: groźby od czytelników pierwszej wersji. Zapowiadało się na to, że jeśli nie dam im choćby cienia nadziei na przeczytanie kolejnych dwóch tomów, to szybko skończę na stosie. ;) Trzeba więc było najpierw przywrócić do życia „Śmiech diabła”.

 

Możesz w takim razie powiedzieć jak duże są różnice pomiędzy tymi wydaniami? Bo tak myślę czy ktoś, kto czytał powieść te dwa lata temu, skusi się, aby przeczytać ją na nowo?

Z tego, co się orientuję, znaczna część osób, które znają poprzednie wydanie, skusiła się też na tę wersję. To niesamowicie miłe, chociaż na etapie redakcji w Zysku starałam się ograniczyć „straty” do minimum, właśnie po to, by nabywcy starego „Śmiechu diabła” nie byli poszkodowani. Mimo to zadziało się tu sporo: drukowana wersja książki rozszerzyła się o jakieś 50 stron. Nie zaszły żadne zmiany pod względem fabuły, bieg historii nie został zakłócony, bo żaden ze współpracujących ze mną redaktorów nie miał co do niego zastrzeżeń. Przemodelowałam za to sam początek książki, dając więcej czasu Bertramowi oraz lekko zmieniłam brzmienie jednego z początkowych rozdziałów, tak aby podkreślić rolę innej postaci. Cała reszta to kosmetyka: rozbudowa wątków, dorzucenie większej ilości informacji na temat świata (zwłaszcza wierzeń); przemycane mimochodem informacje, które sprawiają, że życie mieszkańców Kerhalory staje się znacznie bliższe czytelnikom. Prawdę mówiąc sama nawet nie odczułam, jak wiele się tu zadziało do momentu, aż wpadłam ostatnio na szalony pomysł szukania ciekawych fragmentów z książki. Wierz mi, że bardzo często łapałam się wtedy za głowę, kompletnie zaskoczona, bo nie pamiętałam większości tych uzupełnień.

 


Ok, przejdźmy do wydania tegorocznego. Patrząc z perspektywy czasu, nowego wydania, rozbudowania powieści, chciałem zapytać czy jesteś tak na „setkę” zadowolona z tego tomu? Czy może wydając ją po raz trzeci wprowadziłabyś jakieś zmiany
😉?

Jestem zadowolona z samej przedstawionej w tym tomie historii, to na pewno, bo wiem, dokąd to wszystko zmierza, jak łączy się z kolejnym tomem i że osiągnęłam zamierzony przez siebie efekt. Jeśli zaś chodzi o wykonanie… Cóż, wydaje mi się, że każdy twórca, niezależnie od stażu, łapie się na tym, że mógł napisać coś lepiej, coś zmienić, poprawić – to normalne, bo wciąż się rozwijamy i wraz z tym zmieniają się nasze wymagania wobec tekstów ;) Jeśli chodzi o „Śmiech diabła”, to jestem teraz na tym etapie, kiedy zdaję sobie sprawę z jego ewentualnych niedociągnięć, ale skupiam się już wyłącznie na kolejnych częściach i to im poświęcam swoją energię. Ta książka ma za sobą tak długą drogę, że na ten moment trzeba by ciągnąć mnie wołami, żebym po raz kolejny (ha, bo to nawet nie trzeci!) zaczęła przy niej grzebać. Na samą myśl o tym aż przechodzą mnie dreszcze. Może kiedyś, gdyby pojawiła się potrzeba wznowienia wydania od Zysku, ale jeszcze nie teraz. Oj nie, zdecydowanie nie teraz...

 

Nie jest tajemnicą, że to pierwszy tom trylogii. Czy dalsze części masz już napisane? Może w wydawnictwie już trwają nad nimi prace?

Drugi tom skończyłam jakiś czas temu i na dniach wracam do niego przy okazji kolejnego czytania i ewentualnych poprawek; trzeci mam póki co spisany jakoś w ¼ – ten zapowiada się na najdłuższy z całej trylogii. Myślę, że po tym, jak skończę ten odczyt kontynuacji, to wyślę ją już do wydawcy. Pewnie to i tak ciut za wcześnie, choćby ze względu na to, że premiera była ledwie miesiąc temu i trudno będzie powiedzieć coś więcej na temat sprzedaży pierwszej książki, ale ja nic na tym nie stracę. A kto wie, może jednak okaże się, że zapotrzebowanie na tom drugi będzie wtedy większe, niż mi się obecnie wydaje?

 

A inspiracje? Bo jak wspomniałem w swojej recenzji, to poruszasz się po typowym dla fantasy schemacie z którego korzystało wielu autorów. To oczywiście nie zarzut, lecz pewnie każdy z czytelników mógłby powiedzieć „Ej, trochę przypomina mi to np. książki Jordana”.

Nie ukrywam, że bardzo lubię czytać recenzje, bo często dowiaduję się z nich czegoś na temat tej książki, o czym nie miałam pojęcia. Ostatnio było to choćby stwierdzenie, że pożyczyłam sobie od Martina nazwę Dorne, choć w momencie, gdy po raz pierwszy pojawiło się ono w moich notatkach, nie miałam nawet pojęcia o tym, że istnieje gdzieś indziej, bo… większość nazw lokacji, które przewijają się przez książkę zaczerpnęłam z przedszkolnych gryzmołów mojego brata – czasem w pełnej, czasem w nieco zmienionej wersji.
Samej fantastyki czytam bardzo mało, co może świadczyć na moją niekorzyść jako autorki debiutującej właśnie w tym gatunku. Wydaje mi się jednak – choć mogę się mylić, bo, jak wspomniałam, ekspertem nie jestem – że większość fantastyki opiera się na tych samych schematach, które stanowią też podstawę do wszelkich baśni czy legend. I tak, pierwszy tom mojej trylogii świadomie podąża w kierunku tych utartych ścieżek, potem jednak przychodzi tom drugi i… powiedzmy, że wraz z nim dopuszczam do głosu swoje prawdziwe literackie oblicze. Czas pokaże, jak zostanie odebrana taka zmiana kursu, jednak wydaje mi się, że osoby doszukujące się podobieństw mogą mieć wtedy znacznie utrudnione zadanie.

 

A co w takim razie na co dzień czyta Agnieszka Miela?

Pozycje, które miały bezpośredni wpływ na kolejne części „Dzieci Starych Bogów”: wszelkiej maści publikacje poświęcone psychopatom, seryjnym mordercom, ciekawostki związane z tą tematyką. To mój konik, bo naprawdę uwielbiam zagłębiać się w mroczne otchłanie ludzkiej psychiki – zupełnym „przypadkiem” to też jeden z głównych elementów kolejnych tomów trylogii. Wychowywałam się na wszelkiej maści opowieściach wojennych, literaturze obozowej, z biegiem czasu doszły do tego publikacje poświęcone rzezi wołyńskiej. Dla relaksu czytam horrory... I tak właśnie dociera do mnie, jakie wrażenie może robić ta mieszanka. W każdym razie mogę zapewnić, że w żaden sposób nie wpływa to na moją psychikę! Jestem normalnym, wesołym człowiekiem! Cholera, to też mógłby powiedzieć każdy psychopata...

 

„Dzieci Starych Bogów” to rasowa dark fantasy, z wieloma atrybutami gatunku. Pisałaś bodaj na FB, że kolejne tomy będą jeszcze bardziej mroczne, a ponieważ ja uwielbiam literaturę grozy, to chciałem zapytać, czy blisko Ci do horroru?

Jak wspomniałam wcześniej, horror to mój ukochany gatunek literacki. Zaczęło się od „Wielkiego marszu” Kinga, który czytałam jakoś w wieku 12 lat, a potem kompletnie wsiąknęłam – może przez to, że bohaterowie byli w zbliżonym do mnie wieku, a może przez to, że od zawsze ciągnęło mnie do historii, które zamiast radosnych podrygów serca zapewniały mi jego nerwowy galop.

Na ten moment, poza przemycaniem elementów typowych dla tego gatunku na karty „Dzieci Starych Bogów”, skrobię sobie krótkie opowiadania grozy, które co jakiś czas publikuję w sieci. Ich pisanie przychodzi mi znacznie łatwiej niż cokolwiek innego, a i ich odbiór przez czytelników (zwłaszcza, gdy wspominają o obrzydzeniu, lęku, wszelkiej maści dyskomforcie) sprawia mi masę przyjemności. Wygląda na to, że mam ten zalążek grozy we krwi i nie mogę się doczekać, by móc zaatakować nim niczego nieświadomych czytelników fantastyki. Mam nadzieję, że to posunięcie jednak mi się opłaci.

 

Powiedz mi proszę, ciężko przebić się przez ten multum wydawanych rocznie książek dla młodego i w sumie nowego autora? Ile tutaj potrzeba szczęścia, a ile warsztatu, pomysłu na powieść i….?

Czy mogę powiedzieć, że się przebiłam? Na ten moment raczej trudno to określić. Książka trafiła na rynek dopiero miesiąc temu i wszystko zależy od tego, jak duży zrobi wokół siebie szum – tak naprawdę dopiero teraz gra się rozpoczęła.

To, że udało mi się trafić pod skrzydła Zysku, moim zdaniem wynika z tego, że zwyczajnie byłam już wystarczająco uparta, by umieć odpowiednio zaprezentować swoją książkę, wskazać jej potencjał sprzedażowy i przepchnąć ją jako produkt. Mam świadomość tego, że niektórym osobom bardzo odpowiada mój styl, robię wszystko, by go rozwijać i jak najlepiej przedstawiać swoje historie, ale to tak naprawdę ułamek tego, co sprawiło, że czytelnicy zainteresowali się tą historią. Wpływ na to miały choćby moje własne działania w social mediach i to, że systematycznie gromadzę wokół siebie odbiorców, przyciągając ich prelekcjami na temat ludowych wierzeń; ogromną robotę odwaliła tutaj niesamowita okładka na podstawie mojego szkicu wykonana przez Tobiasza Zyska, która niezmiennie podbija serca ludzi na Instagramie; olbrzymie zasługi za to, że ta książka wciąż utrzymuje się na wodzie, a nie idzie na dno przytłoczona innymi, ma Robert Kaczmarek odpowiedzialny za jej reklamę. Swoją drogą serdecznie go pozdrawiam, bo nie sądziłam, że przyjdzie mi kiedyś profesjonalnie współpracować z kimś równie postrzelonym co ja.

Z pewnością mogę mówić o szczęściu, bo przez cały wydawniczy żywot „Śmiechu diabła”- zarówno w Kłobooku, jak i w Zysku – trafiałam na fantastycznych ludzi, dla których moja opowieść była wystarczająco ważna i interesująca, by chcieli mnie wspierać i informować o niej innych. Może w przyszłości okaże się, że właśnie to będzie stanowić podstawy mojego (he, he) sukcesu? ;)

 

Wiem, że to dopiero początek Twojej pisarskiej kariery, ale masz już jakieś dalsze plany odnośnie dalszych pisarskich pomysłów - pomijając trylogię?

Mam, a jakże, i to nawet dość sporo planów. Przy ostatnim przeglądzie notatek wyszło mi, że mam pomysły na co najmniej 12 nowych historii – zarówno jednotomówek jak i krótkich cykli – i mowa tu jedynie o kompletnych wizjach, bo takich luźnych, wymagających dopracowania, mam znacznie więcej. To, co je łączy, to chyba typowe już dla mnie łączenie fantastyki z horrorem, choć mam pośród nich także kilka standardowych horrorów. Pewne są dwie rzeczy: nie ma co oczekiwać ode mnie zmiany frontu i ucieczki w stronę lżejszych i poczytniejszych gatunków, jak choćby obyczajówek czy erotyków; próżne są też nadzieje na to, że zrobię sobie choćby chwilową przerwę od pisania.

 

Moje ulubione pytanie. Wspomniałaś, że piszesz opowiadania i tutaj bardzo ciekawi mnie Twój punkt widzenia? Jak myślisz, co jest łatwiej napisać? Dobrą powieść czy właśnie opowiadanie?

Próbowałam, a jakże! Wspominałam nawet o tym, że czasem jakieś publikuję, choć ostatnio tak pochłaniały mnie prace związane z promocją książki, że zaniedbałam ten temat. Co do drugiej części pytania, to właściwa odpowiedź brzmi: to zależy. Opowiadanie jest zwykle bardziej wymagające, bo autor ma o wiele mniej czasu na przekonanie czytelników do swojego świata i wywołanie w nich wszystkich zamierzonych przez siebie emocji – trzeba się solidnie przyłożyć, żeby nie zmarnować dobrego pomysłu. Powieść wybacza więcej błędów, łatwiej jest ukryć wszelkie potknięcia na przestrzeni długiego tekstu, ale rozmiar tego formatu sprawia, że trzeba się też bardziej postarać, aby utrzymać zainteresowanie czytelnika i nie zagubić się w głównym nurcie historii. To, co jest trudniejsze do napisania, jest zwyczajnie zależne od konkretnej fabuły i umiejętności danego twórcy.

 

To może na koniec. Co myślisz o polskim rynku książki, o corocznych podsumowaniach pokazujących, że podobno Polacy nie czytają książek, lub bardzo mało czyta więcej nić trzy cztery rocznie? A z drugiej strony wszelkie targi, festiwale literackie cieszą się dużą popularnością.

Przyznam szczerze, że jestem w stanie to zrozumieć. Dzięki tacie wyrosłam w przekonaniu, że książki to najcudowniejsza rzecz na świecie i tak jak on łyknęłam ich do tej pory niezliczoną ilość. Jednocześnie moje młodsze rodzeństwo czyta bardzo mało, bo ma inne, lepsze dla siebie, formy spędzania wolnego czasu. Pracując w księgarni też widziałam ten rozstrzał międzypokoleniowy: mieliśmy naprawdę ogromną ilość klientów w moim wieku i starszych, którzy regularnie wpadali do nas po kilka czy kilkanaście tytułów oraz wszelkiej maści rodziców, którzy rozglądali się za opracowaniami lektur dla dzieciaków z podstawówki w myśl zasady, że im krótsze, tym lepsze, bo przecież dzieci nie lubią czytać. To nie znaczy, że młodzi ludzie czytają mało – co to, to nie! Ale wszystko zależy od tego, co wynoszą z domu i od ich najbliższego otoczenia. Współczesny świat jest tak przeładowany bodźcami, że niektórym szkoda czasu na to, by poświęcać go na książki.

Nie dziwi mnie też popularność targów czy festiwali, ponieważ zazwyczaj łączą się one z olbrzymią masą atrakcji, od spotkań z autorami, przez prelekcje, po bardziej przyziemną możliwość złowienia książek w atrakcyjnych cenach czy fajnych gadżetów. Wydawcy coraz bardziej prześcigają się w pomysłach na zainteresowanie czytelników swoją ofertą, a i pisarze przestali być egzotycznymi postaciami, które po prostu gdzieś tam istnieją. Przez to, że sami wychodzą do ludzi, świadomie łapią z nimi kontakt w social mediach, starają się dawać im na co dzień coś więcej niż tylko finalne wersje książek, sprawiają, że coraz więcej osób garnie się do tego typu imprez. W końcu kto przegapiłby szansę na spotkanie z pisarzem, z którym tak miło konwersuje mu się choćby na Facebooku i który wydaje się tak otwartą i interesującą osobą?

 

Dziękuję bardzo za rozmowę.

 

Ja również bardzo dziękuję za okazję do rozgadania się. Obiecuję, że kiedyś nad tym zapanuję, ale… to jeszcze nie ten czas ;)

niedziela, 21 marca 2021

Robert Ziębiński - Zabawka. Recenzja

 


Powiadają, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. W pewnym sensie dotyczy  to i literatury, a nawet autorów. Więc patrząc na Pana Ziębińskiego, można by pomyśleć podobnie. Facet od „Instrukcji Kinga”, czyli kingowskiego kompendium wiedzy, autor „Piosenek na koniec świata” zbioru opowiadań z gatunku horroru, gdzie krew i jelita na zamianę przewijają się z perwersyjnym seksem (w części tekstów), aby dojść do „Furii” sensacyjnej powieści -powiem z przymrużeniem oka - że babskiej powieści sensacyjno-kryminalnej. A wiec brakuje jeszcze romansu, podręcznika do obsługi silnika spalinowego i mamy specjalistę od wszystkiego, czyli od niczego.

Z tym, że w przypadku Ziębińskiego cała ta teoria jest o kant przysłowiowego tyłka do rozbicia. Ziębiński co by nie napisał, pisze poprawnie, dobrze i trzyma poziom, zdarza się mu także zachwycić. Mam na myśli dopracowanie, pracę nad przygotowaniem powieści i research, który przekłada się na danie główne – uformowany utwór literacki. Tak było w przypadku „Porno” o którym kilka słów jeszcze napiszę, tak było przy okazji wspomnianej kingowskiej instrukcji. No cóż, robota dziennikarza jest jak widać solidnym bagażem doświadczenia.

Więc po tych wszystkich horrorach, kryminałach, przewodnikach przychodzi czas na książkę wyjątkową. Wyjątkową z kilku względów w dorobku Ziębińskiego.

Po pierwsze to historia oparta na prawdziwych wydarzeniach. Nie jednym, a sklejona z kilku wątków wyszarpanych z akt, splecionych w prostą (i całe szczęście) historię tworzącą zintegrowaną całość, dopasowaną tak dobrze, że chyba tylko znawcy mogliby pokusić się o ich wyłapanie i podzielenie. Z kolei dotyka czegoś najstraszniejszego. Dotyka pedofilii, która przeradza się uzależnienie kobiety od jej oprawcy. Po trzecie, tak naprawdę to nie jest kryminał, czy thriller - tylko dramat, ale o tym, refleksja w moim przypadku przyszła po lekturze. To dramat nie tylko ze względu na zakończenie, ale dlatego, że dotyka tak bardzo mocno relacji ludzkich, rozpadu rodziny, kłamstwa, codziennego wzorowego życia, w cieniu tajemnicy sprzed lat. To znowu rzecz cholernie ciekawa i powieść napisana przy dużym udziale byłej prokurator. I co najtragiczniejsze i wyjątkowe, ta historia jest tak namacalna, tak autentyczna, bliska i realna, ponieważ dzisiaj część bohaterów z jej kart lub ich rodziny żyją nadal.

Wkurza mnie, że pomimo finalnej sceny i jakby zamknięcia tematu nie otrzymujemy odpowiedzi na wszystkie pytania, że sprawa do końca nie ma swojego finału, że zawsze pozostaje ta cholerna furtka, przez którą można się przecisnąć i odejść w dal.

A emocje? Dobra książka powinna być nie tylko czytadłem, ale podczas tego „najbardziej intymnego procesu w życiu człowieka- czytaniu” jak powiedziała kiedyś Katarzyna Bonda, powinny towarzyszyć nam także emocje.

No i jak to jest u Ziębińskiego?

Oczywiście, że towarzyszą, jednak tej najmocniejsze dopiero po zamknięciu książki, gdy po przeczytaniu posłowia autora, jakby specjalnie, czytelnik dostaje w twarz. Boli mocno, bo i historia z pozoru czystko kryminalna, tak naprawdę jest wielkim dramatem, pełnym bólu. Pamiętam, że „Zabawkę” czytałem zwalony (na szczęście) zwykła grypą i było to dobre dwa miesiące temu. Do dzisiaj mam tą książkę w głowie, a nie zdarza się to często. Już totalnie pomijam, że nie czytuję takich rzeczy, że podchodziłem do niej ostrożnie.  I  nie żałuję, że ją przeczytałem. Bo dobra historia powinna właśnie dawać coś w duszy, zaczepiać się pazurem, jak trzeba powinny towarzyszyć jej: radość, smutek, niedowierzanie, podziw, a czasami powinna przypieprzyć w twarz. I tak tutaj jest.

Wrócę na chwile do lektury. Dwie kobiety, dwie różne osobowości, różne domy, zawody. Los je kieruje ku sobie i staje się coś, co czułem nosem od początku (nie będę zdradzał). Dlaczego o tym piszę? Bo Ziębiński zagrał swoimi bohaterkami perfekcyjnie. Wrzucił je w objęcia z pozoru błahej historii morderstwa, aby przeprowadzić je do końcowego dramatu niemal jak z filmów gangsterskich. To trzeba umieć. Trzeba mieć ten kunszt, aby czytelnik tak polubił bohatera, tak się z nim zżył i tak przeżywał jego perypetie. 

No dobra. ”Zabawka” nie jest arcydziełem literatury i pewnie nim nie będzie. Pewnie i nie takie były aspiracje autora. Ale to książka wyjątkowa. Emocjonalnie, cholernie oddziałująca na czytelnika, trzymająca go za gardło, cisnąca butem w błoto, aby wymiętolonego zostawić samego sobie.

To porządna robota reporterska, dwutorowa historia, która pozostaje pod żebrami i nie zdziwię się, gdy ktoś na koniec powie: „Poryczałem się”.

wtorek, 16 marca 2021

Dzieci starych bogów. Śmiech diabła - Agnieszka Miela. Recenzja


„Dzieci starych bogów. Śmiech diabła” Agnieszki Miela.

Po polską fantastykę nie sięgam za często. Oczywiście mam swoich ulubionych autorów, jednak od jakiegoś czasu poszukuję czegoś nowego w gatunku. Co nie znaczy, że odrzucam chciałby się powiedzieć pozycje dobrze napisane, a bazujące na utartym przez wielu autorów, nie tylko polskich, pomyśle. „Dzieci starych bogów” jest właśnie taką książką. Nie znajdziemy tutaj nic, co wyróżniałby tą powieść (to pierwszy tom) spośród wielu, dobrych powieści fantasy. To nie znaczy oczywiście, że nie warto temu tytułowi poświęcić czas. Oj warto bardzo.

 Miela podąża schematem utartym przez innych autorów. Mamy dwójkę bohaterów, dziewczynę i chłopaka, których poznajemy już od pierwszych stron powieści. Od razu widać, że ich losy będą złączone, że los stawia przed nimi wyzwania, którym będą musieli podołać, często wbrew sobie, rodzinie i łamiąc przyjęte zasady w świecie wykreowanym przez autorkę. Z kolejnymi stronami śledzimy ich rozwój i więź, która między nimi się zawiązuje. Oczywistym jest, że lada chwila zostaną wrzuceni w główny nurt wydarzeń.  Pozwólcie, że nie będę opisywał fabuły, znajdziecie ją w notce wydawcy, czy innych opiniach. Nie jest to moim celem.

Więc?

Należy napisać, że „Dzieci starych bogów” może i nie są czymś spektakularnym, może nie są powiewem gatunkowej świeżości, jednak zdecydowanie to świetny tytuł. Może lekko zaskakiwać, że jakby specjalnie, autorka pomija część losów bohaterów, że dość spore są przejścia czasowe w ich historii – raz mają po kilkanaście lat, a w kolejnym rozdziale są już dojrzałymi, młodymi ludźmi. To nie jest wada. Powiedziałbym, że nawet zaleta, bo dzięki temu unikamy słowotoku tak charakterystycznego dla wielu sag fantasy. Wbrew pierwszemu wrażeniu, nie rozbija to fabuły, a napędza ją. Nie jest także zarzutem konstrukcja samego początku powieści, gdzie poznajemy Bertrama umierającego w obcym mieści. O jego celu, zadaniu czy wręcz klątwie dowiadujemy się wraz z rozwojem akcji, wraz z zacieśnianiem więzi pomiędzy dwójką bohaterów. Na szczęście Agnieszka Miela, nie każe nam długo czekać. Sukcesywnie odkrywa kolejne tajemnice. Więc czy skoro wszystko jest tak dobrze ułożone, to „Dzieci starych bogów” posiadają jakieś wady?  Mógłbym oczekiwać więcej scen bitewnych, bo w powieści dość dużo się dzieje: podjazdy, walki, zajęcia miast czy osad. Dość skąpo scenicznie, ale za to barwnie autorka nam to przedstawia - co mnie zaskoczyło, brutalnie. Naprawdę, nie spodziewałem się takiej ilości przemocy. Dalej mam w głowie opis roztrzaskiwanej młotem głowy kilkumiesięcznego dziecka,  gwałty i pożogę wojenną. W powieści są mocne sceny, co chyba uzupełnia niedobór scen bitewnych. Świat wykreowany przez autorkę jest ciekawy, wydaje się że spójny.

To bardzo ciekawa pozycja w katalogu polskich autorów fantasy, a szczególnie wśród autorów młodego pokolenia. Pozostaje czekać tylko na dalsze części, bo „Śmiech diabła” jest dopiero początkiem przygód Aine i Bertrama .

 

 

piątek, 23 października 2020

Nie ma żadnej klątwy horroru w Polsce! W odpowiedzi Mariuszowi Wojteczkowi


Mariusz Wojteczek na badloopus.pl niedawno wymienił dziesięć najlepszych jego zdaniem horrorów wydanych w Polsce po 2000 roku. Oczywiście można dyskutować z tą listą. W większości zgadzam się z moim serdecznym kolegą, chociaż trochę szkoda, że pominął np. Małgorzatę Saramonowicz i jej „Siostrę” czy „Lustra”, w końcu nie bez powodu Jan Gondowicz napisał o niej: "Gdyby Edgar Allan Poe miał córkę, a ta córka miała córkę, a ta córka miała córkę - łatwiej byłoby pojąć, skąd się wzięła Małgorzata Saramonowicz" ,* ale to wybór subiektywny, więc każdy ma prawo do własnej opinii.

 *(Źródło: www.polska2000.pl; Copyright: Stowarzyszenie Willa Decjusza, 2001, aktualizacja: NMR, wrzesień 2016.)

Zaskoczyło mnie zaś, kilka zdań tytułem wstępu do podsumowania, z którymi w żaden sposób się nie zgadzam. Mało tego, jestem bardzo zaskoczony, że Mariusz będąc tak blisko literackiej grozy popełnia takie faux pas. Jako miłośnik, zbieracz i fan tzw „Złotej ery horroru w Polsce” nie mogę się zgodzić z twierdzeniami mojego szanownego kolegi. W sumie to nie rozumiem, skąd u niego takie tezy. Tezy w moim mniemaniu błędne i właśnie krzywdzące dla szerokiego spektrum gatunku grozy. Zanim jednak przejdę do kontrargumentów, pozwolę sobie napisać kilka zdań o początku lat 90 XX wieku, gdy horror (i nie tylko) w kraju nad Wisłą święcił swój sukces.

Pamiętajmy, że Polska początku lat 90 to zmiany na każdej płaszczyźnie: społecznej, politycznej i kulturowej. Po dziesiątkach lat komunizmu i blokowaniu dóbr z zachodu, w końcu przychodzi odwilż, jak nie rewolucja. Tak przynajmniej ja postrzegałem to, co dzieje się na rynku wydawniczym. Po dekadzie mdłych, nudnych i nijakich okładek, wydawaniu niemal tylko klasycznych pozycji szeroko pojętej fantastyki, skąpemu i będącemu w stagnacji rynkowi książki przychodzi to, co złapało za serce mnie i wielu moich rówieśników. Na rynku pojawiają nowi wydawcy, autorzy i nowe tytuły. W końcu zamiast klasyków w ręce czytelników trafiają książki: Mastertona, Kinga, Heberta, Lumleya i całej masy innych, zachodnich autorów. Okładki przyciągają oko krwawymi i kolorowymi grafikami. „Piotr Borowiec pisał bodaj kiedyś „Cycki, krew i łańcuchy”. Nic dziwnego, że w tej eksplozji nowej treści i kolorystyki wybucha bum. Książki sprzedają się w tysiącach egzemplarzy, znikają z półek, a sam Phantom Press wydaje miesięcznie około trzech-czterech horrorów. Towar sprzedaje się jak świeże bułeczki. Szał trwa przez cztery lata, gdy wszystko zaczyna „siadać” i horror powoli znika z półek w księgarniach, kosztem popularnej literatury kobiecej i sensacyjnej. Ta eksplozja nie dotyczy tylko horroru, niemal wszystko co było wydawane, a na okładce widniało dziwnie brzmiące nazwisko autora, gwarantowało sprzedaż. Nie ma co się dziwić. Sam pamiętam, jak mój wujek wycinał z „Głosu Pomorza” książki Alistaira MacLeana, drukowane w odcinkach, i pieczołowicie spinał te karteluszki zszywkami.

Tak kiedyś było, i o latach 90 można jeszcze pisać i pisać. Ciekawy art. znajdziecie tutaj: https://igimag.pl/2018/03/horrory-z-dolnej-polki-fenomen-tanich-powiesci-grozy-z-poczatku-lat-90/

Wracam do wstępniaka Mariusza Wojteczka.

To, co miało swoisty urok i co do teraz przez miłośników gatunku darzone jest niezwykłym sentymentem, tak naprawdę w dużej mierze zaważyło na bardzo negatywnym postrzeganiu horroru w naszym kraju. Nie jest to literatura kojarzona z prozą cokolwiek ambitniejszą, ciekawą, dopracowaną nie tylko fabularnie, ale też – a może przede wszystkim – stylistycznie.”

Twierdzenie, że książki wydawane w latach 90, ze swoimi wszystkimi brakami, niedociągnięciami i błędami zaważyły na negatywnym postrzeganiu horroru jest „przeterminowanym” stwierdzeniem. No bo na kim, na czym zaważyło? Na odbiorcy? Ok, pewnie wielu czytelników zachwycających się morderczymi krabami, indiańskimi demonami i satanistycznymi sektami w końcu dało sobie spokój, wypaliło się. Co jest często naturalne, że przestajemy czytać jeden gatunek, zaczynamy inny. Ot, czytelnik się rozwija. Jednak podejrzewam, że zdecydowana większość z nich, widząc nawet tamte mankamenty – fabularne, stylistyczne, jakości wydań - nadal z łezką w oku, a na pewno z uśmiechem pozytywnie wspomina tamte czasy. Może nawet więcej jest do dzisiaj pozytywnych reakcji, niż totalnego odrzucenia tej literatury. Czy dzisiejsi wydawcy postrzegają tamten okres negatywnie? Nie wydaje się mi. Minęło ponad dwadzieścia pięć lat, na rynku jest wiele nowych wydawnictw, a te dłużej działające zatrudniają raczej ludzi młodych, którzy w latach 90 skupiali się na Kocie Filemonie i przygodach Ferdynanda. Mówiąc krótko, dzisiejszy PRowiec czy osoba odpowiedzialna za dobór wydawniczy nie kojarzy tamtych czasów, lub zna je z opowieści. Ok, może i sięgnie po „Twierdzę”, „Manitou”, ale raczej skupi się na Kingu – nie bez kozery w świadomości czytelnika King jest kingiem. Inaczej, moim zdaniem, wpływ tych czterech lat (1990-1994) aby miał oddźwięk na świadomość czytelnika, to musi on mieć dzisiaj ponad czterdzieści lat. Ba! Każdy wydawca marzy dzisiaj, aby mieć sprzedaż, jaką generował Guy N. Smith! Oczywiście, istnieje „niebezpieczeństwo”, że gdy ktoś zaczyna swoją przygodę z horrorem to trafi na cykl „Sabat” wspomnianego Guya. Jednak w moim odczuciu, szybciej zacznie od Urbanowicza, Mastertona, Kinga. Zacznie od autorów, których ktoś poleci mu na wszelkich grupach w mediach społecznościowych. Oprócz Rafała Galfryda Głuchowskiego , nikt nie poleci mu Smitha jr., Citro czy Wilsona.

Tak na boku, aby była jasność. Pojawiały się wtedy nie tylko wydawnicze „kupy” ale i świetne, aktualne do dzisiaj horrory jak choćby „pięcioksiąg  „Nekroskop”, „Gen”, „Manitou”, „Wojownicy nocy”, „Wichry ciemności”, „Twierdza” itd. Więc obraz „tamtych” horrorów jako tylko dna, jest fałszywy.

Mariusz Wojteczek pisze dalej: „To przeświadczenie zamknęło drogę na polski rynek klasyce światowej powieści grozy (co dopiero teraz w niewielkim stopniu jest nadrabiane), ale także solidnie zaszkodziło rodzimym twórcom tego gatunku. Z jednej strony uczuliło wydawców nie tylko na propozycje wydawnicze z tego nurtu, ale wręcz zniechęciło do używania określenia “horror” do wydawanych pozycji”.

Nic bardziej błędnego! Doświadczenia z literaturą horroru 1990-94 nic nie zamknęło! Jakiej np. literaturze klasycznej? Czyżbyś Mariusz zapomniał, że po 2000 roku wydawnictwo SR wydało pięcioksiąg  Lovecrafta, że ku temu klasykowi skłonił się także Zysk i inni wydawcy, że Amber zaczął wydawać drugą serię współczesnego horroru? Oczywiście nie wydano całej vesperowskiej plejady klasyków. Cały czas wydawano w Polsce: Kinga, Rice, Lee, pojawiają się polscy autorzy jak chociaż: Oszubski. Oczywiście, że nie w ilościach i nakładach sprzed kilku lat. Jednak nie jest to wynikiem negatywnego postrzegania przez wydawcę tamtych czasów, a zależnościami rynku i jego trendu. Pomijam już głosy, że rynek jest tworzony sztucznie, że moda np. na wampiry jest efektem działań wydawców, a nie zapotrzebowania odbiorcy, u którego dopiero poprzez takie działania jak marketing niemal „wymusza” się pewien trend, potrzebę.

Już totalną bzdurą jest pisanie, że „także solidnie zaszkodziło rodzimym twórcom tego gatunku.” Nie mogło zaszkodzić, ponieważ polski horror jest tworem dość młodym, który dopiero po roku 2000 się kształtował. A w dzisiejszych czasach, nie ma nic wspólnego! Działalność wydawnictwa to biznes i jeżeli np. robi się za gęsto (weźmy kryminał) to wydawca szuka nowego sposobu zarobku, szuka ścieżki, na której nie będzie musiał rozpychać się łokciami, przy cholernie mocnej konkurencji. Stąd coraz większa ilość wydawców ponownie sięga po horror i ten rodzimy. Także obserwując rynek i w tym przypadku działalność małych, często internetowych wydawnictw. To, że Vesper nie wydawał dziesięć lat temu polskiego horroru, nie jest wynikiem, że w świadomości wydawcy to była dotychczas „kupa”. Inna sprawa, że pomimo mnogości – bo to fakt, polskich autorów, którzy wypłynęli w ostatnich pięciu latach, nie jest tak łatwo znaleźć pozycje dobre i wartościowe czy gwarantujące sukces. Mało tego, nawet na ten sukces wydawca musi zapracować poprzez działania marketingowe. A więc to, że nie wydaje się rocznie sto tytułów polskiego horroru, nie jest „klątwą lat 90”, a jakością polskiego horroru, która jest różna, jak w każdym gatunku. Mogę za to zgodzić się, że hasło „horror” było pomijane i traktowane po macoszemu na okładkach czy zapowiedziach książek. Jednak ponownie. Nie jest to moim zdaniem wynikiem bumu lat 90. I z tym mogę tylko się zgodzić.

Reasumując. Wmawianie ludziom jakiejś klątwy, upadku horroru, negacji gatunku przez odbiorcę i wydawcę z powodu rozpamiętywania tego co działo się dwadzieścia pięć lat temu, to bzdura. Horror lat 1990-94 przyniósł wiele dobrego, ale i złego. To był proces, który musiał nastąpić ze względu na sytuacje, w której znalazła się Polska. Mało tego, wcześniej taki trend obserwowano na zachodzie Europy. Oczywiście przyszło do nas to wszystko za późno – bo nie mogło wcześniej! Oczywiście, multum książek wtedy wydanych, to nawet nie „opowiastki do pociągu”. Z całym plecakiem złych i dobrych doznań, należy przyjąć, że polski czytelnik mógł w końcu zaczerpnąć powietrza z zachodu. Czy to się odbiło na dzisiejszej kondycji horroru w Polsce? Skąd!

 

 

środa, 23 września 2020

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead"

Z „Miasteczkiem Nonstead” zetknąłem się osiem lat temu, gdy po raz pierwszy zostało opublikowane nakładem Fabryki Słów. Pamiętam, że po okresie zaczytywania się horrorami miałem w końcu przesyt tego typu literatury i „uciekłem” w rejony literatury fantastycznej. Za namową żony postanowiłem ponownie przeczytać horror. Moim szczęściem było to, że pierwsze dwie książki za które złapałem, to były „Dom na wyrębach” Stefana Dardy i właśnie książka Marcina Mortki. Ta druga fantastycznie wydana, w twardej oprawie z grafiką, która niosła za sobą coś groźnego i niesamowitego. I wtrącając – ta pierwsza wersja Miasteczka jest w moim odczuciu lepiej wydana graficznie. No, ale ok.

Przeczytałem „Miasteczko Nonstead” i zachwyciłem się tą książką. Już nie pamiętam dokładnie dzisiaj tych emocji, ale wywarła na mnie tak duże wrażenie, że umiejscowiłem ją w swojej topce najlepszych polskich, współczesnych horrorów.

Z radością dowiedziałem się jakiś czas temu, że Marcin Mortka nie dość, że ponownie zaistnieje na rynku Miasteczkiem, to do tego, dopisze dalszą część, którą już zapowiada Wydawnictwa Videograf we wrześniu br. – „Hellware”.

Nie pozostało mi nic innego, jak odświeżyć sobie „Miasteczko Nonstead”.

Nie będę może rozpisywał się nad treścią powieści, notka wydawcy w sumie dość dokładnie opisuje cóż nas czeka podczas lektury.  

Młody brytyjski pisarz Nathaniel McCarnish ucieka przed swoją przeszłością. Ucieczka przywodzi go do Nonstead, zagubionego wśród lasów amerykańskiego miasteczka, które na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od tysięcy podobnych. W Nonstead bowiem całkiem przypadkowo Nathan przeżył najbardziej romantyczną przygodę w życiu i liczy, że wśród wspomnień znajdzie ukojenie.

Tymczasem los krzyżuje jego ścieżki z kobietą, której córka rozmawia z nieziemską istotą. Radio odbiera audycje, których odebrać nie powinno. Gdzieś wśród drzew kryje się Samotnia – stara chata, którą wielokroć palono, a nadal stoi.

Wnet Nathan przekonuje się, że wśród mgieł Nonstead czyha tajemnica, nieprzyjemna, śliska i złowroga. To, że wszyscy usilnie próbują o niej zapomnieć, w niczym nie pomaga, bo tajemnica lubi wyciągać łapy po przybyszów. Pazurzaste łapy.

Jak wrażenia po ponownej lekturze?

Podtrzymuję swoją opinię, zawartą w blurbie na okładce, że to jeden z najlepszych polskich współczesnych horrorów. Oczywiście nie mam tutaj na myśli jakiejś ambitnej literatury, bo przecież sam gatunek horroru w ostatnich latach rozrósł  się nam niemiłosiernie.  „Miasteczko Nonstead” to literatura popularna, chciałby się powiedzieć, że lekka i przyjemna, gdyby nie fakt, że gatunkowo umiejscowić ją trzeba właśnie w horrorze. To coś pomiędzy slasherem, a twórczością Kinga czy właśnie wspomnianego powyżej Dardy. Marcin Mortka wspaniale oddał klimat tajemnicy i grozy w niemal odizolowanym miasteczku, gdzie wydawałoby się, że każdy z mieszkańców ma swoje mroczne tajemnice. To powieść, gdzie akcja pędzi szybko na jednej płaszczyźnie. Nie ma dłużyzn, zbędnych opisów i wątków pobocznych. Mortka  potrafi zaskoczyć, na pewno także wystraszyć i przerazić. Pomimo braku mocnych i krwawych opisów, nie raz, ciarki biegały mi po plecach.

Największym plusem powieści jest właśnie klimat, mroczny, lepki, deszczowy i tajemniczy. 

Z dzisiejszej perspektywy, wydaje się mi, że kilka drobnych wątków zostało jakby rzuconych czytelnikowi i nie dociągniętych do końca (osiem lat temu, tego nie zauważyłem, a przynajmniej nie pamiętam). Może warto było temat rozmów dziewczynki czy telefonów pastora pociągnąć dalej? Pewnie otrzymalibyśmy wtedy zupełnie inną opowieść.

Mimo wszystko nie rzutuje to znacząco na dzisiejszy odbiór Miasteczka. Nadal czyta się to świetnie. To kawał dobrego, polskiego horroru. Z niecierpliwością czekam na „Hellware” i z nadzieją, że będzie to jeden z lepszych horrorów 2020 roku.

 

sobota, 29 sierpnia 2020

"Dracul" Wampir wiecznie żywy. Recenzja

Dracul – mroczna biografia łowcy wampirów

 

Mając w pamięci koszmarnie nieudany twór powieściowy Dacre Stokera - „Dracula. Nieumarły” (napisany wspólnie z Ianem Holtem), bardzo obawiałem się tej książki. Jednak zaintrygowany udziałem w projekcie J.D Barkera – całkiem sprawnego autora powieści z pogranicza thrillera i horroru – postanowiłem sprawdzić, co tym razem chce – w towarzystwie – zaserwować nam potomek autora „Draculi”.


„Dracul” powstał na bazie ponad stu stron notatek, jakie Dacre Stoker miał przypadkiem odnaleźć w spuściźnie po swoim sławetnym przodku. Cóż, dość naciągane wydaje mi się to twierdzenie o „odkryciu”, śmiem poddawać w wątpliwość autentyzm owych notatek, które są wg mnie tylko zabiegiem marketingowym, mającym usprawiedliwiać powstanie tej powieści…

Nie zmienia to faktu, że „Dracul” to pozycja zaskakująco udana. Sprawnie napisana, umiejętnie odświeżająca motyw wampira, z jednoczesnym dość konsekwentnym trwaniem przy wampirycznej konwencji. Uczynienie głównym bohaterem samego Brama Stokera dodaje smaczku i pozwala nam nieco więcej dowiedzieć się o samym legendarnym autorze, a całość solidnie osadzona jest w historycznych realiach Irlandii.

I to – trzeba przyznać – eksperyment, który się udał.

 Główną zaletą tej książki jest obszerne czerpanie z życiorysu Brama Stokera, będącego, jak wspomniałem, głównym bohaterem całej historii. Fabuła zaczyna się już w czasach jego wczesnego dzieciństwa, kiedy to Bram trawiony był licznymi chorobami, praktycznie wykluczającymi go z życia społecznego i uniemożliwiającymi normalne funkcjonowanie, poprzez przykucie do łóżka, co przekształca się w pewnym momencie w formę fobii społecznej i przestrzennej. Sam okres ten –  przypadający na bolesną dla Irlandii falę głodu, wyniszczającą kraj – jest ciekawie zaimplementowany w realia historyczne.

Opowieść wampiryczna jest tu, rzecz jasna, obecna. I to mocno zarysowana, w postaci tajemniczej opiekunki małego Brama oraz dwójki z jego rodzeństwa – Ellene Crone. Jej przybycie do posiadłości państwa Stokerów zdaje się szczęśliwym zrządzeniem losu, jednak jej rola w opiece nad dziećmi szybko okazuje się nieoceniona i niezbędna wręcz, przez co opiekunka zyskuje znaczącą dozę zaufania.

Kiedy w okolicznym miasteczku dochodzi do fali tajemniczych zbrodni, nikt nie wiąże tego z pracownicą Stokerów, jednak zagadkowe i cudowne wręcz uleczenie małego Brama, będącego na granicy śmierci, przed nim samym stawia wiele pytań i rodzi wątpliwości. Chłopca prześladują koszmary, związane z Ellen właśnie i choć z początku sam nie umie odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile to, co pamięta, było prawdą, na ile majaczeniem osłabionego gorączką umysłu, to jednak przemiana, jaka w nim powolnie następuje budzi w nim pragnienie rozwikłania zagadki. Jego próby odkrycia, co ukrywa opiekunka rodzą kolejne pytania, a cała historia okazuje się o wiele mroczniejsza niż Bram i jego siostra Matylda, która szybko stała się wspólnikiem w śledztwie, mogliby przypuszczać. 

To powieść która udanie odwołuje się do literackiej klasyki, będąc rzecz jasna tylko ich uwspółcześnioną wersją. Stylizacja językowa jest tu nieprzesadzona, co czyni powieść przystępniejszą dla współczesnego czytelnika. Owszem, nie do końca może zadowolić miłośników  wiktoriańskich powieści grozy, jednak nieobytego w klasyce czytelnika może zaintrygować i zachwycić na tyle, że stanie się dobrym punktem wyjścia do sięgnięcia po inne powieści z tamtego okresu.

Grozy jest tu mnóstwo, jednak nie jest to dynamika, do jakiej przyzwyczaił nas współczesny horror. Powieść bardziej gra klimatem, nastrojem, historycznym tłem i całościową oprawą opowieści, osadzoną mocno w realistycznej historii samego Brama Stokera, stopniowo, krok po kroku odrealnianej przez wprowadzenie wątków nadprzyrodzonych. Tych, które w efekcie miały pchnąć pisarza do stworzenia najważniejszego dzieła w swoim życiorysie – „Draculi”.

Mam wrażenie, że nazwisko Dacre Stokera jest tu tylko ze względu na prawa do czerpania ze spuścizny legendarnego autorami, bowiem jego współczesny potomek, mimo wielkich chęci, nie jest przesadnie dobrym pisarzem. Tu, mam wrażenie, oddał pola dużo sprawniejszemu w pisarskim rzemiośle koledze po fachu, co niewątpliwie wyszło powieści na dobre. Wybór J.D. Barkera też zapewne przesądził o powodzeniu przedsięwzięcia, bowiem pierwsza książka, którą Dacre Stoker pisał wraz z Ianem Holtem okazała się niestety koszmarnym warsztatowo paszkwilem, chcącym udawać sequel legendarnej powieści. Tutaj, w „Draculu” mamy i lepszy pomysł wyjściowy i zdecydowanie lepsze wykonanie, które plasuje nową powieść Stokera i Barkera na pozycji może nie literatury wybitnej, ale jednak interesującej. To dobrze napisana literatura popularna, która sięga po ograny motyw, ale wykorzystuje go sprawnie, przetwarzając w intrygującą opowieść.


Polecam tym, którzy kochają nieprzemijającą miłością klasyczne wyobrażenie wampira oraz tym, którzy cenią sobie nastrojowe, klimatyczne, mroczne, aczkolwiek dość stateczne opowieści.

 

 

Mariusz Wojteczek