Okiem na Horror

Okiem na Horror

niedziela, 11 stycznia 2015

Agnieszka Kwiatkowska "Drzewo wisielca" opowiadanie.

Agnieszka Kwiatkowska (1978) - dwukrotna laureatka konkursów literackich magazynu „Histeria”. Publikuje również na Szortalu oraz w Drabble na Niedzielę. Finalistka konkursu na dokończenie powieści J. Zajdla „Drugie spojrzenie na planetę Ksi”. Sekretarz redakcji w magazynie internetowym „WeryForma(t)”. Pasjonatka Włoch, języków obcych i dobrej grozy.







DRZEWO WISIELCA

Jesienny las jest piękny, zwłaszcza o poranku, gdy krople rosy lśnią na pajęczynach, a w chłodzie daje się wyczuć zapowiedź zbliżającej się zimy. Takiego właśnie poranka, wiele lat temu, poszłam z dziadkami na grzyby. To wtedy natknęłam się na sąsiada, pana Dzięgielewskiego. Z początku go nie poznałam. Zobaczyłam najpierw tylko buty, a potem musiałam wysoko zadrzeć głowę, bo Dzięgielewski wisiał; kołysał się na sznurze, na gałęzi dębu.
Tego dnia, gdy po latach weszłam do lasu po raz pierwszy od tamtego zdarzenia, był już środek dnia, nie ranek. Szłam szybko, z rękami w kieszeniach płaszcza, nie wiedząc nawet, jaka siła skłoniła mnie do powrotu w to miejsce. Mało tego – nie wiedziałam nawet, czy trafię pod tamten dąb.
Coś mi jednak mówiło, że idę we właściwym kierunku.
I faktycznie, nagle na końcu ścieżki pojawił się prześwit między drzewami. Polanka. Zadrżałam, zwolniłam tempo, aż w końcu zatrzymałam się. Może jednak zawrócić? Obiecałam ciotce być u niej jak najszybciej, aby pomóc w przygotowaniach do pogrzebu babci.
A przecież bałam się śmierci. Nie chciałam wchodzić do domu, w którym panuje żałoba…
Otrząsnęłam się z nieprzyjemnych myśli, poprawiłam szalik i wolno ruszyłam przed siebie. Już z oddali dostrzegałam zarysy dębu, tego dębu. A gdy weszłam na polankę, doznałam wrażenia, jakbym nagle przekroczyła granicę dwóch światów.
Polanka zalana była ciepłym, słonecznym blaskiem; zupełnie, jakby słońce, wcześniej połyskujące mdło na szarym niebie, skupiło tu całą swoją energię. Ustał wiatr, który wcześniej przewiewał mnie do szpiku kości. Ziemię pokrywały czerwone i złote liście. I… był tu ktoś jeszcze, co mnie zaskoczyło. Kto w taką pogodę chodzi po lesie?
Koło dębu siedział mężczyzna. Skrzywiłam się lekko, ale po chwili przyszło mi do głowy, że może i dobrze, że nie jestem tutaj sama. Może w towarzystwie drugiego człowieka będzie mi łatwiej pokonać strachy z dzieciństwa?
Podeszłam do drzewa, liście pod stopami przyjemnie chrzęściły. Siedzący pod dębem mężczyzna nie zwrócił na mnie uwagi, tak jakby niczego nie usłyszał. Uniosłam brwi, patrząc ze zdumieniem na porozstawiane obok niego miseczki z jedzeniem. Facet zrobił sobie piknik?
– Przepraszam…
Teraz mnie usłyszał. Podniósł głowę, a ja uśmiechnęłam się, już miałam coś powiedzieć, i nagle poczułam, że tracę oddech. Miałam przed sobą tę samą twarz, którą lata temu widziałam opuchniętą i bez życia. Zawirowało mi przed oczami, nogi się ugięły. Przed oczami przesunęło mi się wspomnienie ohydnie wykrzywionych rysów samobójcy. Poczułam, że robi mi się słabo. Uciekaj! Uciekaj!!!
– Coś się stało? – zapytał mężczyzna, marszcząc brwi, a ton jego głosu był tak naturalny, że nagle odzyskałam rozum. Serce wciąż tłukło jak oszalałe, ale nagle byłam już w stanie logicznie myśleć. Chryste, przecież to nie był ten Dzięgielewski! Idiotko! Gość był do niego bardzo podobny, też w średnim wieku, ale do diabła, to musiał być ktoś z jego rodziny cholernie podobny! A tamten nie żył od ćwierćwiecza! Matko, sama mało nie padłam trupem!
– O Boże – wykrztusiłam. – Strasznie pana przepraszam. Ja po prostu… wzięłam pana za kogoś innego.
Skinął głową, jakby nic się nie stało.
– Chyba nawet wiem za kogo – powiedział i puścił do mnie oczko. Sprawiał wrażenie rozbawionego.
– Jest pan do niego taki podobny…
– Nie dziwota – odparł krótko. – A skoro już pani tu zawędrowała, to proszę sobie usiąść. O tu, na korzeniu. Nie zmarznie pani. Przy okazji, mogę czymś dobrym poczęstować.
Przysiadłam z wahaniem na jednym z korzeni, który, o dziwo, okazał się być ciepły i wygodny. Poluzowałam szalik, zerknęłam ukradkiem na towarzysza. Jego podobieństwo do zmarłego nadal przyprawiało mnie o gęsią skórkę. Z wahaniem przyjęłam kanapkę.
– Przepraszam, że tak spanikowałam – mruknęłam. – Pan musi być jego kuzynem. Głupio mi, że wzięłam pana za…
Roześmiał się i wyciągnął rękę.
- Dzięgielewski - przedstawił się.
– Natalia Hanysz.
Wymieniliśmy uściski.
– Hanysz – powiedział w zamyśleniu. – A więc to pani.. Cóż, nie ma się czego wstydzić. Sam bym zwiewał, gdzie pieprz rośnie, gdybym zobaczył kogoś, kto od lat nie żyje.
Uśmiechnęłam się i wbiłam zęby w kanapkę. Powoli się uspokajałam, a cała sytuacja zaczęła mi się wydawać absurdalna.
– Często tu pani przychodzi?
Pokręciłam głową.
– W ogóle tu nie przychodzę. Jestem tu po raz pierwszy od… tamtego dnia.
– No tak, rozumiem.
Przez dłuższą chwilę siedzieliśmy w milczeniu, a ja czułam, że powoli ogarnia mnie spokój. Było coś niesamowitego, ale i kojącego w atmosferze zalanej ciepłym blaskiem polany. Wystawiłam twarz do słońca, przymknęłam oczy. Złe miejsce zostało wreszcie odczarowane.
– A pan? Czemu pan tu przyszedł? – spytałam i uświadomiłam sobie, że mogło to zabrzmieć niegrzecznie. – To znaczy, czemu akurat tutaj robi pan sobie piknik? Polana jest fajna, ale to drzewo…
– Często tu przychodzę – odparł Dzięgielewski. – Lubię to miejsce. A to – wskazał ręką na miseczki i talerzyki z jedzeniem – to nie piknik. To Dziady. – Uśmiechnął się na widok mojej miny.
– Pan obchodzi Dziady? – spytałam z niedowierzaniem.
– Ano, obchodzę. Jak i cała rodzina – odparł swobodnie. – Widzę, że bardzo to panią dziwi.
Co miałam odpowiedzieć? Z jednej strony chciało mi się śmiać, z drugiej wiedziałam, że nie wypada. Z trzeciej poczułam się dziwnie nieswojo, że wzięłam kanapkę, bo to trochę tak, jakbym zjadła sobie kolację na czyimś grobie. Ale z czwartej, byłam wściekle głodna.
– Niech się pani tak nie peszy – roześmiał się Dzięgielewski. – Już mało kto obchodzi Dziady. Teraz to tylko chrześcijańskie rytuały. Albo amerykańskie dynie i przebieranki. Ludziom wydaje się, że jak Dziady, to tylko u Mickiewicza.
– Fakt – przyznałam. – Trochę to dziwne, no ale w gruncie rzeczy to jednak nasza dawna tradycja.
– Tak. – Dzięgielewski podał mi chleb i kawałek kurczaka. – Ale chyba tylko dlatego, że to obrzęd zapomniany. Nikt się nie wstydzi zapalać zniczy na grobach bliskich, a przecież w ten sposób świętowało się Dziady. Ogień ogrzewał dusze zmarłych i odstraszał złe moce.
Zabawny facet.
– Widzę, że nie wierzy pani w duchy… - Nie wydawał się być urażony. – Nie szkodzi. Proszę się jeszcze poczęstować. Miłe z pani towarzystwo, a Dziadów nie powinno się świętować samemu.
Nagle zorientowałam się, że zaczyna się robić ciemno. Uniosłam głowę. Słońce powoli chowało się za chmury. Która godzina? Wyjęłam z kieszeni komórkę, ale ekran wyświetlacza był ciemny. No pięknie, padła bateria.
– Rany boskie, ależ się zasiedziałam! – Zerwałam się na równe nogi, strzepując z płaszcza okruchy jedzenia. – I nawet nie wiem, która godzina. Przepraszam, ale muszę się już zbierać.
– Ja w zasadzie też – odparł Dzięgielewski. Podniósł się powoli, zatarł dłonie, spojrzał w niebo. – Odprowadzę panią, po co się włóczyć samej po lesie, jak już zmierzcha?
– Dziękuję. – Spojrzałam z ukosa na pozostawione naczynia. – Nie zabiera ich pan?
– Niech zostaną. Dla innych.
Wzruszyłam ramionami. Normalnie bałabym się iść przez ciemny las z tak dziwacznym człowiekiem, ale w tym Dzięgielewskim, mimo całej jego wiary w dawne bajania, było coś budzącego zaufanie.
– To jak, do domu?
– Tak… Nie, co ja gadam. Przecież przyjechałam samochodem. Zatrzymałam się na poboczu i przyszłam tu pieszo…
Zaraz, moment. Wysiliłam umysł. Gdzie ja dokładnie zaparkowałam? Przez moment próbowałam sobie przypomnieć, ale miałam w pamięci czarną dziurę. Chwila, jechałam z Lublina, ledwo pamiętałam drogę, no ale gdzie ja zostawiłam samochód? Rety, musiałam być nieźle zestresowana.
– No pięknie – mruknęłam. Dzięgielewski spojrzał na mnie pytająco, ale tylko się uśmiechnęłam. Nie zrobię z siebie idiotki. Pamiętałam, którą ścieżką szłam, więc zaparkowałam gdzieś w pobliżu, pewnie na poboczu.
Szliśmy dość szybkim tempem, rozmawiając półgłosem. Dzięgielewski mówił o tradycji Dziadów, a ja z przyjemnością słuchałam. Był dobrym mówcą. Wyszliśmy z lasu prosto na pobocze. A tam zobaczyłam coś, co sprawiło, że ugięły się pode mną nogi.
Wstrzymany ruch na drodze, gigantyczny korek, dwa wozy policyjne, karetka, masa gapiów na poboczach, kręcący się policjanci. W rowie leżał samochód. Żołądek podszedł mi do gardła, rozpoznałam bowiem, czyje to auto. Boże drogi, Maciaszczykowie! I ich czerwona mazda, niedawny nabytek, z którego byli tak dumni i którym planowali wybrać się w wakacje na południe Europy! Jezdnia była cała usiana szczątkami samochodu - błotnik, odłamki szyb, nawet koło. Zaś obok wraku leżały dwa czarne, nieruchome worki. Jezu Chryste! Nie patrz na to!!!
Z trudem odwróciłam wzrok, patrząc na prawo. I wtedy zaczęłam dygotać, bowiem tam był drugi samochód. Mój! Roztrzaskany o drzewo, na wpół w rowie, na wpół na jezdni, w szczątkach! Dzięgielewski chwycił mnie za ramiona, coś do mnie mówił, ale ja nie słuchałam. Myślałam, że nie zobaczę w życiu nic bardziej makabrycznego od powieszonego człowieka, ale myliłam się – tego nie dało się porównać z uczuciem, jakiego doznałam, gdy pomyślałam, że to ja mogłam być w tym aucie! Zginąć! Pieprzyć samochód, to ja mogłam być teraz w worku!!!
Jak to się stało? Jak?! Jakim cudem doszło do zderzenia?! Boże, musiałam zaparkować na poboczu, a Maciaszczykowie uderzyli w moje auto! Poślizg?! Omijali jakieś zwierzę?! Nieważne, oni teraz nie żyją, a ja… ja miałam szczęście. Szczęście? Szczęście?! Patrzyłam w osłupieniu na szczątki samochodu, nie będąc jednak w stanie się cieszyć. Żyję, cudem żyję, ale…
Tępym wzrokiem omiatałam jezdnię, wciąż w szoku. Dopiero teraz dotarło do mnie, że płaczę. Dzięgielewski już nic nie mówił, stał za mną w milczeniu. I nagle dostrzegłam coś, co zmroziło mi krew w żyłach. Zamrugałam, ale podłużny kształt nie chciał się rozmyć, zniknąć, przestać istnieć. Nie wierzyłam własnym oczom. Na jezdni leżał trzeci czarny worek.
– Kto to jest? – wychrypiałam. Spojrzałam na Dzięgielewskiego, zupełnie jakby mógł mi odpowiedzieć na to pytanie, i nagle emocje puściły, a ja zaczęłam wrzeszczeć: – Oni z kimś jechali?! Kto to jest?! Jakiś pieszy?! Dlaczego on leży koło mojego samochodu?! Kto to, na Boga, jest?!
Dzięgielewski położył mi dłoń na ramieniu, a w jego oczach pojawiło się współczucie.

- Ty.





3 komentarze:

  1. Świetne! Bardzo lubię ghost – story w których owe „story” (tu będzie spoiler) opowiada „ghost”. Dość łagodna wizja śmierci jako – w sumie – bezbolesnego transferu, po którego przeprowadzeniu zawsze ktoś czeka z kanapką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadam się, choć końcówka może do przewidzenia. Jednak bardzo fajnie napisane. I to na zamówienie niecały tydzień temu :)

      Usuń
  2. Przeczytajcie :D

    OdpowiedzUsuń