Okiem na Horror

Okiem na Horror

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Pradziadek ekstremy. O „Mnichu” M. Lewisa.

Piotr Borowiec
Pradziadek ekstremy. O „Mnichu” M. Lewisa.

Podobno panuje powszechne rzekomo przekonanie, iż klasykę trzeba znać. Owszem, w czasach mojej szkolnej edukacji był to swoisty dogmat, wedle którego układano i realizowano programy nauki języka polskiego. Uczeń musiał czytać „Nad Niemnem” a nauczyciel tłumaczyć nieszczęśnikowi, iż Orzeszkowa wielką pisarką była. Bardzo dużo powiedzano już w dyskusji nad nieszczęsnym kanonem i kwestią, czy oby  zmuszanie młodych ludzi do czytania archaicznych książek, pisanych językiem, którego nie rozumieją, o problemach, które ich nie dotyczą, nie zniechęca młodzieży do czytania. Coś w tym jest, moje polonistki robiły co mogły, aby nam obrzydzić literaturę. Fakt, że jeszcze w tym kraju ktokolwiek  cokolwiek czyta, uważam za gigantyczną porażkę systemu edukacji Polski końca XX wieku.
Jednak klasyka to nie tylko utwory z gatunków czy konwencji dawno w zasadzie martwych, jak powieść pozytywistyczna. Kultura popularna, dawniej praktycznie nieobecna w szkole  ma swoich klasyków. Także jej najbardziej obsceniczne, drastyczne, i niszowe nurty, one również mają swoich klasyków. Wiem, okropnie jest banalne to, co napisałem w poprzednim zdaniu. Jednak zauważmy, że literatura grozy ma swoje źródło w powieści gotyckiej, a to oznacza, że jej korzenie sięgają XVIII wieku. Jest więc konwencją starszą, niż jakikolwiek inny gatunek literatury popularnej, oraz spora część literatury tzw. wysokiej. Więc skoro musieliśmy poznawać twórczość  narodowych wieszczy i pozytywistów, to czy tym bardziej nie powinniśmy poznać klasyków powieści grozy?
Nie. Tutaj nie ma ani przymusu, ani nawet powinności. Co więcej, jestem w stanie  zrozumieć ludzi, którzy nie mogą przebrnąć przez powieści Walpole’a, Shelley, czy Radcliff. „Zamczysko w Otranto” bardziej śmieszy niż straszy, naiwność i absurdalność niektórych pomysłów mogą naprawdę irytować. „Frankenstian” powieść piękna, ważna i mądra męczy archaicznym językiem a kilka rozwiązań fabularnych wydaje się rozczulająco wręcz głupiutkich. „Tajemnice zamku Udolpho” potrafią współczesnego czytelnika zanudzić. Kwestie melodramatyzmu tej prozy pomijam – ja to akurat lubię. Uważam, że polecanie wyżej wymienionych powieści czytelnikowi, który nie łyknął jeszcze bakcyla archaicznej grozy to robienie krzywdy i temu czytelnikowi, i klasykom.
Jeśli już coś jakiemuś „profanowi”  miałbym z tej literatury  polecić, to właśnie „Mnicha” Lewisa. Swego czasu wysłuchałem rozmowy, jaką przeprowadzili w studio radiowej „Dwójki” teoretyk sztuki M. Goździewski i prof. Z. Mikołejko. Dyskusja dotyczyła narodzin nowoczesności, w których gotycyzm odegrał bardzo ważną rolę. Autor „We władzy wisielca” stwierdził, iż jego studenci dalej czytają „Mnicha” z „wypiekami na twarzy”.   Cóż, ja tam profesorowi wierzę. Sam czytałem książkę Lewisa kilka razy, a za każdym okazywała się ona szalenie zajmującą lekturą.
Uważam „Mnicha” za pierwszą pełnoprawną powieść grozy. U Walpole’a wszelkie nadprzyrodzone elementy są opisane i potraktowane w sposób niepoważny, groteskowy, czasem wręcz komiczny. Radclife niszczy misternie budowaną atmosferę niesamowitości pseudo – racjonalnymi wytłumaczeniami. Lewis nadnaturalne wydarzenia traktuje poważnie, wykorzystuje je celowo jako element fabuły, bardzo istotny zresztą. W powieści spotkamy demony, Szatana we własnej osobie, czarną magię i ducha rozpustnej zakonnicy.
Wikipedia nazywa recenzowaną powieść „kompendium gotyckiego stylu”. Nie sposób temu stwierdzeniu odmówić racji. Jednak powieść Lewisa to nie tylko kompilacja motywów, chwytów i tematów znanych już wówczas powieści gotyckiej. Pamiętajmy, iż młody pisarz wydał swoją powieść w roku 1796, a więc przeszło trzydzieści lat po „Zamczysku w Otranto”. Wtedy w literaturze pełno już było autorów „historycznego romansu grozy” oferujących czytelnikowi to samo, tak samo napisane. Lewis poszedł dużo dalej, napisał coś więcej niż kolejną powieść o heroinie dręczonej przez łotra.
Wzbogacił on fabułę nie tylko o spory ładunek nadprzyrodzoności, ale także przesunął granice drastyczności prozy gotyckiej w niespotykane do tej pory rejony. Oczywiście, obrazoburcze motywy jakie wykorzystał Lewis nie były pod koniec XVIII wieku w literaturze zupełnym novum. Zofia Sinko, tłumacz i redaktor w swoim wstępie do „Mnicha” w pierwszym polskim wydaniu pieczołowicie wymieniała źródła, z których gotycyzm czerpał  tworząc estetykę niesamowitości i makabry. Jednak przed Lewisem nikt nie użył ich tak bezkompromisowo, brawurowo i dosłownie. W powieści występuje motyw obsesji seksualnej, gwałtu, kazirodztwa, obłudnego duchowieństwa, mamy opis morderstw, wątek diabelskiego paktu, demoniczną femme fatale, w końcu na kartach książki pojawia się sam Żyd Wieczny Tułacz. Jedną z pierwszych scen jest sen głównego bohatera, w którym śni on o gwałcie jakiego dokonał demon na ukochanej przez niego kobiecie. Finał natomiast rozgrywa się w katakumbach, wśród zwłok i robactwa, jakie zalęgło się w rozkładających ciałach. Ilość – nazwijmy to w uproszczeniu -  „drastycznych” pomysłów starczyłaby na obdzielenie całej antologii horroru ekstremalnego.
Oczywiście, nie spodziewajmy się po osiemnastowiecznej powieści detalicznych opisów okrucieństw, charakterystycznych dla współczesnego gore.  Niemniej jednak okrucieństwo  i obrzydliwość w „Mnichu” stały się pełnoprawnymi, świadomie zastosowanymi środkami wyrazu. Co, rzecz jasna, zostało przez czytelników dostrzeżone…. I docenione.
Nieporozumieniem, a na pewno nieścisłością jest twierdzenie, jakoby Lewisa spotkały z przyczyny wydania „Mnicha” jakieś „szykany”. A przynajmniej nie z początku. Powieść szybko zyskała opinię „niesławnej” i „obscenicznej” co znakomicie przełożyło się na wyniki sprzedaży. Pierwsze dwa wydania rozeszły się błyskawicznie, czemu nie przeszkodziła nawet niebagatelna, jak na owe czasy, cena książki. Dopiero fala krytyki spowodowanej bardziej niepotykaną popularnością „Mnicha”, niż jej faktyczną „szkodliwością”, skłoniła młodego autora do przygotowania kolejnej, zmienionej edycji. Ugładzonej, ugrzecznionej, do dziś zupełnie nie wznawianej. 
Obecnie, w naszym małym a burzliwym światku fanów literackiej grozy trwa dyskusja nad rehabilitacją literatury „pulpowej”, jako klasyki „czystego horroru” w którym liczy się faktyczne wstrząśnięcie czytelnikiem. Źródeł współczesnej ekstremy nie należy szukać w horrorach Phantom Pressu. Nie jest przesadą wyciąganie ich z prozy błyskotliwego dwudziestolatka, który żył dwieście lat temu.
Warto, naprawdę warto sięgnąć po „Mnicha” niezależnie od tego czy klasyki „nie trawimy”, czy też ją „czcimy”. Napisane jest to świetnie, Lewis nie nudzi, nie męczy, momentami książka oferuje najczystszą grozę – jak w wątku „krwawiącej zakonnicy”. Tym bardziej warto nabyć nowe wydanie, ponieważ wydawnictwo Vesper po raz kolejny potraktowało czytelników poważnie i uczciwe, dając im wspaniale wydaną powieść. Książka wzbogacona jest o piękne ilustracje i zajmujące posłowie Macieja Płazy. Szczerze i z pełną odpowiedzialnością polecam – nie tylko fanom klasyki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz