Okiem na Horror

Okiem na Horror

niedziela, 21 sierpnia 2016

Zamordowałem samego siebie - Andrzej Wardziak - Wywiad

Zamordowałem samego siebie



O fascynacji grozą, warsztacie pisarskim, pasjach i marzeniach rozmawiamy z Andrzejem Wardziakiem – autorem powieści „Infekcja”, której druga część z podtytułem „Exodus” ukaże się nakładem Wydawnictwa Pascal już 31 sierpnia.

Ada Cytryna: Dlaczego zombie? Ani to wdzięczne, ani ładne... Skąd u Ciebie taka fascynacja żywymi trupami?

Andrzej Wardziak:Od małego. Truposze zawsze mnie fascynowały. Często, podczas wieczornych powrotów do domu wyobrażałem sobie, że zza rogu wyłazi jakiś zombiak - jeden, dwa, całe stado. Nie trup był najważniejszym punktem tej sceny, lecz zachowanie ludzi. Zastanawiałem się, jak by zareagowali, co zaczęli by robić – czy tylko staliby, biernie przyglądając się, jak zombie kogoś atakuje, czy może rzuciliby się na pomoc? Lubiłem te myśli, lubiłem wyobrażać sobie postapokaliptyczny świat. Puste ulice, splądrowane sklepy, wszystko pozostawione bez opieki i jakiegokolwiek nadzoru. Zresztą, dalej lubię. 


A.C. Opisy zmasakrowanych ciał w „Infekcji” są niezwykle sugestywne... Sama nie mogłam zasnąć po przeczytaniu pierwszej części powieści. Nie męczy Cię to? Nie masz czasami dość tych porozrywanych ciał i krwi?

A.W.Dzięki – to jeden z lepszych komplementów, jakie może usłyszeć autor powieści grozy. I nie, nie mam dość.  Te opisy we mnie siedzą, kłębią się. Scen w mojej głowie jest znacznie więcej, niż miałaś okazję przeczytać w „Infekcji”, ale nauczyłem się z nimi żyć. Czasem się dogadujemy, czasem nie, ale generalnie dajemy radę. Problem pojawia się w momencie, w którym  takie opisy wpadają mi do głowy w najmniej oczekiwanym momencie – czyli na przykład na rodzinnym obiedzie, albo na spotkaniu... dlatego zawsze mam przy sobie długopis i kawałek notatnika, na który mogę co ciekawsze sceny opisać.


A.C.:Jeśli masz dość pracy nad książką – jak odreagowujesz?

A.W.:Różnymi sposobami. Jeżeli mam dość jakiegoś konkretnego momentu w książce, ale jakiś wewnętrzny przymus karze mi pracować dalej, po prostu biorę się za kolejny rozdział, lub cofam się, aby poprawiać poprzednie. Ale nie samym pisaniem człowiek żyje, więc żeby się oderwać -albo ćwiczę, gram na komputerze w przedpotopowe gry, albo oglądamy filmy lub czytam.Oczywiście spędzam też czas z innymi ludźmi, żeby już do końca nie zdziczeć…

A.C.: Czytelników zawsze ciekawi warsztat pisarza – jak piszesz? Masz na biurku bałagan czy porządek? Wolisz pisać w dzień czy w nocy? Trzymasz dyscyplinę czasową – czy raczej robisz to z doskoku?

A.W.:Na biurku mam względny porządek, ale moje notatki są zaszyfrowane. Nie tylko moim charakterem pisma, ale również milionem strzałek, skreśleń, dopisków, wykrzykników i znaków zapytania. Zawsze jest tak, że w pierwszym etapie budowania fabuły zupełnie puszczam wodze fantazji. Wymyślam bohaterów, daję im zadanie i patrzę, jak będą starali się je rozwiązać, przy okazji co jakiś czas rzucając im kłody pod nogi. Po tym okresie „wylewania fundamentów” siadam do właściwego pisania. I tu zaczyna się mozolna, żmudna praca. Dobrze mi się pisze w nocy, rano, po południu – to zależy od tego ile mam czasu i jak bardzo jestem wkręcony. Po napisaniu trzech książek wiem, że to nie może być z doskoku – jeżeli chcemy pisać, musimy to traktować poważnie. Czyli piszę codziennie.  Czasami ślęczę przez godzinę i udaje mi się urodzić jedno, żałośnie tragiczne zdanie, innym razem siedzę przez trzy godziny i nim się obejrzę, mam już kilka zapisanych stron.

A.C.: Kim jest Andrzej Wardziak prywatnie – czym zajmujesz się, kiedy nie piszesz? Opowiedz o swoich pasjach, o tym co Ci dają…

A.W.:Oj, kilka pasji się znajdzie. Przede wszystkim wspinaczka sportowa. To jest to, co mnie motywuje i co pozwala zachować sprawność fizyczną, odrywając się od biurka. Chociaż najważniejsze jest to, że ten sport w cudowny sposób pokazuje, że upór i determinacja mogą nas zaprowadzić tam, gdzie chcemy dojść – co idealnie uzupełnia wątłe morale pisarza. Musimy tylko wiedzieć, co chcemy osiągnąć, zacisnąć zęby i... walczyć. Aż do skutku.Poza tym tatuaże, muzyka – nie wyobrażam sobie dnia, w którym nie przesłuchałem chociaż jednego utworu,  chyba, że jestem w skałach i wszelkie elektroniczne gadżety zostają w bliżej niesklasyfikowanym miejscu.Muzyka też niezmiennie towarzyszy mi podczas pisania – przeważnie słucham różnych odmian metalu (od doom, przez klasyki, aż po death i black, chociaż nie ograniczam się tylko do tzw. ciężkich brzmień i słucham tego, na co w danym momencie mam ochotę). Tattuuję się od osiemnastego roku życia, aktualnie ponad jedna trzecia mojego ciała zniknęła pod tuszem. I na tym na pewno nie koniec. Niestety, poza pisaniem, tatuowaniem się i wspinaniem, trzeba jeszcze pracować. Raz jest to praca w korporacji, innym razem... w sumie, też w korporacji, chociaż aktualnie pracuję na hali wspinaczkowej. Zobaczymy, co karma mi przygotowała na najbliższe miesiące i lata.

A.C.: Jakie emocje towarzyszą Ci przy wydawaniu książki – co jest dla Ciebie najfajniejsze a co najtrudniejsze, kiedy książka się ukazuje? Jakie obowiązki – jako pisarza lubisz a czego nie lubisz?

A.W.:Emocje to przede wszystkim niedowierzanie. To może brzmieć dziwnie, wiem, ale jak sobie o czymś marzymy, jak – tu wrócę do wspinaczki – pracujemy nad tym, żeby wejść na jakąś skałę, zrobić szczególnie trudną drogę i nam się to w końcu uda to... stajemy na szczycie i mówimy sobie „Kurde, dałem radę. Dobra, co dalej?” I trochę tak to wygląda. Na początku, jak ukończę powieść to jest radość. I strach. Tak, postawienie ostatniej kropki i wysłanie powieści  do wydawcy jest dla mnie jak wychowanie dziecka  (którego nie mam, ale mam całkiem nieźle rozbudowaną wyobraźnię, więc WIEM. Pozdro dla wszystkich rodziców świata ;)). Wychowujemy je, pomagamy, są lata frustracji, radości – każdej emocji. Aż przychodzi dzień w którym otwieramy drzwi, stajemy z nim w progu, delikatnie szturchamy w plecki i patrzymy, jak idzie przed siebie. I zastanawiamy się, czy sobie poradzi. Co ludzie powiedzą? Czy będzie lubiane? Czy będzie fajne? Każdorazowo to jest tak samo ciężkie doświadczenie. Jeżeli natomiast chodzi o obowiązki pisarza to nie ma takich, które by mi jakoś szczególnie przeszkadzały. No wiadomo, fejm, zaczepianie mnie na ulicy, tysiące ludzi pod oknem mieszkania z wyciągniętymi rękami, błagający o autografy– ale do wszystkiego można się przyzwyczaić…

A.C.: O czym marzy Andrzej Wardziak  - pisarz? Jakie marzenie – jakie cele stawiasz sobie jako pisarz?

A.W.:Najważniejsze dla mnie jest uznanie czytelników. Trud, wszystkie te miesiące poświęcone na wymyślenie i napisanie powieści spłacają się w momencie, w którym widzę fajną recenzję, lub kiedy dostanę wiadomość od czytelnika, któremu powieść szczególnie się spodobała. To uczucie jest absolutnie niesamowite, utwierdza mnie w przekonaniu, że to, co robię faktycznie może mieć sens. Ostatnio usłyszałem, że mam styl, który jest połączeniem Pratchetta i Kozak – i takie porównanie jest czymś absolutnie niesamowitym. A marzenie mam tylko jedno – móc utrzymywać się z pisania. Pomysłów mam od groma, ale brakuje czasu na ich realizację. Na szczęście jestem zbyt durny, żeby zrozumieć, iż pewnych marzeń nie da się spełnić, więc i to – mam nadzieję – pozostanie tylko kwestią czasu.

A.C.: Jakie masz autorytety jeśli chodzi o literaturę i kulturę grozy? Kto jest Twoim mistrzem?

A.W.:Wychowałem się na Kingu, Lumley’u, Mastertonie – więc ta trójca. W Kingu szczególne imponuje mi jego początek, momenty, w którym pisał trzymając maszynę na kolanach, bo nie miał biurka. Gwóźdź, na który przybijał odmowy od wydawców. To pomaga mi w chwilach zwątpienia, których podczas pisania – i podczas próby wypuszczenia powieści na rynek – jest cholernie dużo.

A.C.: Przed nami druga część Infekcji – Exodus. Nie będziemy spoilerować ale uchyl rąbka tajemnicy – co z naszymi bohaterami? Co z zombie-apokalipsą?

A.W.: W drugiej części wszystko się wyjaśni – choć nie do końca tak, jak możemy to sobie wyobrażać. Uchylę rąbka tajemnicy skrywającej powód Infekcji. Bohaterowie będą dalej walczyć , jednym będzie to wychodziło lepiej, innym trochę gorzej – ale nie mogę zdradzać więcej. Pojawią się też nowe postaci, nowe wątki i charaktery. A, przy okazji mogę wspomnieć, że ostatnio popularnym rozwiązaniem jest mordowanie czytelników w powieściach. Ja podszedłem do tematu z odrobinę innej strony i na stronach Exodusu zamordowałem... samego siebie.

A.C.: A teraz najbardziej tendencyjne pytanie, jakie można zadać pisarzowi… Nad czym obecnie pracujesz? Czy piszesz już kolejną powieść? Czy też będzie o zombie?

A.W.:Tak, zacząłem prace na początku lipca. To będzie thriller, horror z elementami survivalowymi. Oczywiście akcja będzie się działa w Polsce. Nie będzie strzyg, demonów i potworów jako takich – to będzie powieść, której historia mogłaby faktycznie się wydarzyć, chociaż żeby to miało miejsce musielibyśmy mieć kosmicznego pecha. Planuję ukończyć ją jeszcze w 2016 roku, więc poprzeczkę ustawiłem sobie dość wysoko. No, ale jak to mówią – książka sama się nie napisze…

A.C.: W takim razie nie zabieram więcej czasu, dziękuję za rozmowę i trzymam kciuki.


1 komentarz:

  1. "chodź nie do końca tak, jak możemy to sobie wyobrażać" "Chodź"? Poprawcie to, bo strasznie gryzie w oczy!

    OdpowiedzUsuń