Okiem na Horror

Okiem na Horror

czwartek, 19 czerwca 2014

Czarownice z Neustettin (Szczecinek).

W związku, ze zbliżającym się konwentem GRYFCON w Szczecinku, postanowiłem przybliżyć historię miasta. Szczególnie tą mroczną jej stronę.
Powód jest choćby taki, że gośćmi specjalnymi imprezy będą pisarze grozy, kryminału i mroczności: Maciek Lewandowski, Łukasz Radecki i Piotr Rozmus.
/ poniższy tekst pochodzi ze strony: http://neustettin.pl/forum/viewtopic.php?t=2741 i jest materiałem wydanym przez jedną z gazet.

Dramat sprzed czterystu lat
Czarownice ze Szczecinka
Pod koniec XVI wieku w całej Europie płonęły stosy z czarownicami. Pomorze Gryfitów nie podstawą w tej mierze od pozostałych krajów, a czarną kartą polowań na czarownice zapisał wtedy Szczecinek. Dzisiaj odsłaniamy tajemnicę mrocznych, krwawych i zapomnianych wydarzeń sprzed czterystu lat.
Szczecinek był w owych czasach małym, ale ważnym grodem na południowo - wschodnich kresach państwa książąt z rodu Gryfitów. Miasto znane było z tego, że w okolicach często wybuchały spory graniczne, a w zamku spotykały się komisje, które próbowały polubownie je załatwić. Na zamku urzędował zarządca książęcy, zwany także starostą, sprawujący władzę – również sądowniczą - w imieniu księcia.



 Miastem rządziła zaś rada miejska złożona z dziewięciu rajców i burmistrz. Kilku rajców było także
ławnikami sądu miejskiego, a burmistrz sędzią. Mieszkańcy Szczecinka w większej części utrzymywali się z uprawy roli, bogatsi mieszczanie trudnili się rzemiosłem i kupiectwem. W drugiej połowie XVI wieku działała już szkoła przekościelna (religią panującą na Pomorzu stał się już wówczas luteranizm), opiekę medyczną zapewniał lekarz i apteka. Podmokłe rejony pojezierne nigdy nie należały do specjalnie zamożnych, a podstawami egzystencji ludności Pomorza wstrząsnęło w roku 1572 bankructwo bankierskiego domu Loitzów ze Szczecina. Za ich pośrednictwem odbywała się większość operacji handlowych, a uwikławszy się w niepewne interesy Loitzowie uciekli ogałacając Pomorze z wielkiej ilości cennych kruszców. Kryzys i chaos gospodarczy związany z upadkiem banku wstrząsnął całym państwem. Na i tak niebogatej prowincji pojawiło się widmo głodu. Grozę i psychozę strachu wzmagały pogłoski o klątwie ciążącej nad rodziną książęcą. Do niedawna liczni książęta pomorscy zaczęli umierać bezpotomnie w tajemniczych okolicznościach, a z początkiem XVII wieku stało się jasne, że dynastia wymrze. O klęski i nieszczęścia najłatwiej było obarczyć nadprzyrodzone, ciemne moce z piekła rodem i pośredniczki ze światem cieni.
CZARY, CZAROWNICE I DIABŁY
Za łącznika między światem cieni uznawano kobiety opętane przez diabła. Najsłynniejszą czarownicą spaloną w Szczecinie była bez wątpienia Sydonia von Borck, szlachcianka z Łoobza, oskarżona o czary mające przyczynić się do nieszczęść Gryfitów. Powiadano, że rzuciła klątwę na ród panujący po tym jak książę Ernest Ludwik w młodości miał jej obiecać małżeństwo, a następnie wykpił się z tego. Sydonię ścięto i spalono w roku 1620. Wiadomo, że procesy czarownic na Pomorzu były powszechne, ale do naszych czasów zachowało się bardzo niewiele dokumentów. Doktor Jerzy Podralski, emerytowany pracownik Archiwum Państwowego w Szczecinie, dotarł do niewielu akt i to tylko tych, które opisywały przebieg procesów odwoławczych, na które stać było właściwie tylko szlachtę. Setki ofiar linczów i procesów przed sądami miejskimi pozostaną bezimienne. Między wierszami akt odwoławczych doktor Podralski natrafił jednak na ślady licznych procesów o czary w Szczecinku, co więcej sprawy w nich opisywane w dwóch przypadkach dotyczą wysoko urodzonych mieszkańców Szczecinka. - Najobszerniejsze są akta sprawy Elzy Dobbersitz z domu Strauss, żony Melchiora, szlachcicia i nadwornego leśniczego ze Szczecinka - mówi doktor Podralski. - Razem z nią sądzono niejakiego Hansa Mauera, syna innej czarownicy ze Szczecinka Katarzyny Buten (notabene nieco wcześniej spalonej razem z córką), z którym Elza miała żyć w grzechu. Mimo, że kobieta przyznała się - po torturach - do cudzołóstwa, jej mąż do końca nie wierzył w winę żony i szukał sprawiedliwości w licznych odwołaniach. A oskarżenia spoczywające na Elzie były ciężkie. Świadkowie zeznawali, że potrafiła wyczarować z czerwonego proszku złote floreny, już w więzieniu miała jakoby wzywać Belzebuba, ale najcięższy zarzut dotyczył podtruwania - za pośrednictwem Mauera - pary książęcej, tak aby nie mogła mieć potomstwa i następców. Książę Jan Fryderyk zmarł nagle i bezpotomnie - co rodziło podejrzenia o otrucie - w roku 1600, a jego żona, Erdmuta, nigdy nie doczekała się potomka.
MIASTO Z PIEKŁA RODEM?




Na pożółkłych kartach aktach sprawy Dobbersitz znajduje się wzmianka, iż tylko w latach 1586 - 1591 sąd miejski w Szczecinku posłał na stos dwanaście kobiet podejrzewanych o uprawianie okultyzmu. Stosu uniknęły tylko dwie niewiasty - jedna zmarła w trakcie procesu, a o jednej, Monice Telan , dokumenty mówią, że była sądzona. Znamy ich nazwiska, co w przypadkach ludzi z gminu, nie było częste. W płomieniach skonały m.in. niejaka Klotze, Rutze, żona Asmusa – Strenge (w swoich w zeznaniach obciążały Elzy), Stretze, Regena, Paula Bemin, Schachte, Anna Burken, wspomniane już Katarzyna Buten i jej córka (syna Katarzyny, Hansa Mauera, ścięto), Witisch , Gerta Grosen. Anna zwana Czarną , także podejrzewana o czary, zmarła na zarazę. To jednak nie wszystkie czarownice ze Szczecinka, które postawiono przed obliczem sądu. W szczecińskim archiwum spoczywa raport z roku 1592 starosty książęcego ze Szczecinka Jakuba Kleista, który donosi, że trzy wiedźmy palone na stosie wykrzyczały, że żona i teściowa Michała Woicke (Woitzke?) także uprawiają czarną magię. Musiał to być znakomity i szanowany na dworze Gryfitów szlachcic, bowiem wziął udział w poselstwie książęcym na dwór króla polskiego. Do biednych także nie należał, skoro stać go było na opłacenie wysokich kaucji za żonę i matkę oskarżanych o czary. W jaki sposób niewiasty z szanowanego rodu znalazły się na ławie oskarżonych? - W jednym z wcześniejszych procesów, już w roku 1586, palone na stosie Anna Beleken, Kuker i Kudisch rzuciły oskarżenie na rodzinę Woicke - mówi Jerzy Podralski. Czarami miał się również parać sam Michał Woicke, a czarownice zeznały, że u niego w domu jest tajemna księga czarów, którą - jak donosi starosta - po rewizji ponoć znaleziono. Całą rodzinę aresztowano, ale mając na uwadze zasługi dla domu Gryfitów, Woickego z żoną zwolniono z więzienia za ogromną kaucją (za siebie zapłacił dwa, a za żonę tysiąc talarów). Po wielu listach do księcia w lipcu 1592 roku w Szczecinku rozpoczyna się proces. Świadkowie zeznali, że żona Woickego kontaktowała się z czarownicą z Plitemiz i spalona na stosie Kuker ze Szczecinka. - Owa Kuker miała mieć własnego diabła o imieniu Piotr, którego wysyłała do księcia i groziła staroście - mówi szczeciński archiwista. Proces przerwano, bo kobiety uciekały do Polski, ale starosta Kleist nie zawahał się wyprawić się za granice po uciekinierki. W trakcie rozpatrywania sprawy Michał Woicke umarł, co jednak procesu nie zakończyło. - Akta urywają się na tym, że po sprowadzeniu Woicków do Szczecinka książę nakazał je zwolnić za kaucją i nie wiadomo, jakie były ich dalsze losy - mówi dr Podralski.
IGRZYSKA CZY SPRAWIEDLIWOŚĆ
W szczecineckim muzeum i archiwum nie ma wielu śladów po miejscowych adeptach czarnej magii. W monografii dziejów miasta, autorstwa Karla Tümpla, profesora gimnazjalnego sprzed stu lat, natrafimy tylko na imiona wymienione już w aktach Elzy Dobbersitz. Pamięć o krwawych i burzliwych wydarzeniach sprzed wieków musiała być jednak w świadomości przedwojennych mieszkańców grodu nad Trzesieckiem mocno zakorzeniona. Otobowiem na zachowanych w zbiorach muzelanych notgeldach (papierowe pieniądze, które w dobie szalejącej po I wojnie światowej inflacji wydawało wiele miast) znalazły się sceny z polowania na czarownice. - Autor ilustracji na banknotach musiał wiedzieć, że w historii Szczecinka stosy z czarownicami nie były niczym niezwykłym - uważa Jerzy Dudź , szef Muzeum Regionalnego w Szczecinku. Na podstawie podpisów scenek z notgeldów możemy sobie wyobrazić jak doszło do pogromów rzekomych wiedźm. Nędza wśród mieszczan musiała być tak wielka, że o nieszczeście obwiniono czarownice. Wielki tłum przybiegł do sędziego i domagał się spalenia wybranek szatana i ratowania grodu przed zgubą. Zbite w przerażoną gromadkę kobiety, zakute w łańcuchy, zostały zawleczone przed oblicze rady i sędziego. Tu bez zbędnego przeciągania sprawy, zostały skazane na śmierć. Na sali stał już gotowy do czynienia swej powinności kat. Wśród krzyków i narzekań pochód z czarownicami powędrował na Górę Wisielca (mimo naszych starań nie udało się zidentyfikować tej góry, prawdopodobnie miejscem kaźni mogły być wzniesienia przy dzisiejszym cmentarzu). Na czele straszliwego orszaku ciągnięto wóz z nawozem, na którym posadzono ogoloną do gołej skóry kobietę - czarownicę. Na Górze Wisielca ustawiono stos i nieszczęśnice spalono. Przy opisie tych wypadków wspomina się, że od roku 1592 w Szczecinku na stosie skończyło czterdzieści sześć czarownic, dodając wcześniejsze egzekucje możemy przyjąć, że uśmiercono tu wyjątkowo dużo - nawet jak na zabobonne Pomorze - osób oskarżonych o czary. Jak podejrzewa Paweł Gut, szczeciński archiwista, tropienie czarownic, prawdziwa orgia nienawiści, procesy i samo wydanie ciał na pastwę ognia, było formą swoistej rozrywki, widowiska i igrzysk dla gawiedzi i motłochu. - Żądza mordu była tak wielka, że kiedy starosta książęcy uwolnił rodzinę Woicke, tłum wymógł na nim ponowne uwięzienie. Znany jest też przypadek, że mieszkańcy Gartzu dobrowolnie zgodzili się na podatek, byleby tylko opłacono kata i stos dla czarownic.





ŻELAZEM I KNUTEM

Z literatury wiadomo, że do skazania wystarczyły bardzo wątłe podstawy - oskarżenie sąsiada o kontakty z diabłem, fantastyczne zeznania świadków widzących nadprzyrodzone zjawiska (np. ubicie wielkiej ilości masła z odrobiny śmietany), podejrzenia o rozwiązłe prowadzenie się, wywoływanie duchów, rzucanie uroków itp. Zeznania wymuszano także od już skazanych - Klotze spalona w Szczecinku około roku 1587 powiedziała, że Elza Dobbersitz produkowała proszek, który dosypywany przez jej pomocnika do urządzeń browarniczych i piekarniczych truł ludność miasta. Do najcięższych zarzutów należało szkodzenie rodowi panującemu - za to pozbawiono życia Sydonię von Borck, czy Elzę ze Szczecinka. Przyznanie się do winy wymuszano okrutnymi torturami, które pomimo cesarskich ograniczeń, powszechnie stosowano w procesach o czary. Po miażdzeniu nóg w „hiszpańskich butach”, polewaniu gorącą smołą, wypalaniu oczu, wybijaniu zębów, przypalaniu rozpalonym żelazem przyznawano się do wszystkiego. Chętnie stosowano także próby mające dowieść winy lub niewinności. Najpopularniejsza była próba wody, gdy delikwenta związanego „w kij” rzucano na głęboką wodę. Jeżeli nie utonął, to - wiadomo - miał konszachty z diabłem. W niewesołej sytuacji były także kobiety zbyt lekkie. Uznawano to za wystarczający dowód, gdyż wierzono, że czarownice ze swej diabelskiej natury mniej ważą niż wskazywałaby na to budowa ciała. Przy takim arsenale metod „śledczych” od śmierci mogła tylko wybawić zasobna kiesa, bo na odwołanie od wyroków do sądu książęcego stać było tylko zamożnych. Nie wszystkie procesy kończyły się śmiercią oskarżonej. Czasami ograniczano się do wygnania z miasta, czy poza granice kraju. W wypadku uniewinnienia, osoba która wytoczyła oskarżenie była zmuszona pokryć koszty postępowania sądowego. Niestety, wyroków skazujących było znacznie więcej, a Szczecinek zapisał niezbyt chlubną kartę w czasach polowań na czarownice.

2 komentarze:

  1. Czytając o prześladowaniach czarownic - czy to dyskusje na różnych forach, czy materiały prasowe zauważyłem, że niekiedy używa się zamiennie dwóch sformułowań: „procesy o czary” i „prześladowania czarownic”. Nie są to bynajmniej synonimy. Proces o czary w nowożytnej Europie był formą procesu karnego jako takiego, charakterystyczną ze względu na przedmiot. Prześladowania czarownic mogły przybierać też inną formę – pospolitego linczu, bez żadnych sądów, prawa, dowodów. Niejednokrotnie wystarczyło pomówienie. W źródłach często można spotkać różne dane liczbowe dotyczące ilości ofiar procesów o czary – Wikipedia podaje liczbę 35 tys. - i jest to liczba najniższa spośród tych która ja znalazłem. Padają też inne liczby: 50 tys., a nawet i 300 tys. Liczba 35 tys. egzekucji jest zdecydowanie zaniżona, a już na pewno nie obejmuje ona wszystkich kobiet i mężczyzn którzy stracili życie wskutek prześladowań ludzi oskarżanych o praktykowanie magii i kontakty z silami nieszytymi.

    Inna sprawa, że proces o czary, czyli rozstrzyganie kwestii odpowiedzialności karnej domniemanej czarownicy czy czarownika, był bardzo okrutny. Nie jest to wynik tego, że sędziowie jakoś uwzięli się na kobiety, po prostu prawo karne wtedy było okrutne. Tereny Pomorza Zachodniego, ziemia lubuska i ogólnie, tereny dzisiejszej Polski Zachodniej należały przecież do Rzeszy a tam obwiązywał jeden z pierwszych kodeksów w historii - Constitutio Criminalis Carolina. Była to ustawa drakońska, dosuszająca tortury w śledztwie, a najbardziej rozbudowaną karą, była kara śmierci – CCC znała aż 7 rodzajów egzekucji. Procesy o czary były okrutne, tak jak i każde inne procesy o poważne przestępstwa.

    Mnie tak naprawdę bardzo ciekawi inna sprawa. Ile z tych spalonych kobiet FAKTYCZNIE interesowało się czarną magię? Oczywiście, znaczny odsetek tych oskarżeń to były brednie, ale na pewno część nie. Zawsze, w każdym czasie, w każdej kulturze znajdują się ludzie którzy interesują się wiedzą ukrytą. Teraz to jest co najwyżej wyśmiewane, wtedy było karane stosem. Sądzę, że znaczna część osób odwiedzających tego bloga, ma zainteresowania które, gdyby dziś obowiązywało tamte ustawodawstwo karne, na pewno poszłoby na stos. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że w tej liczbie, niech będzie nawet ta zaniżona, trzydziestu pięciu tysięcy były osoby mające z magią coś wspólnego, a więc w świetle prawa winne. A ile faktycznie? Być może się dowiem, znalazłem w necie cały tekst „The Witch-cult in Western Europe” Margaret Alice Murray i jest on na mojej coraz dłuższej liście lektur:
    http://www.gutenberg.org/files/20411/20411-h/20411-h.htm

    A jak ktoś już chce czytać, to moja propozycja ścieżki dźwiękowej do tej lektury:
    https://www.youtube.com/watch?v=3lS2FL4JgF8

    OdpowiedzUsuń
  2. Piotrek, wątpię aby udało się ustalić w miarę dokładną czy mocno przybliżoną liczbę ludzi skazanych za czary, mężczyzn i kobiet, a pewnie i nie rzadko dzieci. Widomym jest, że zdecydowany odsetek, to ludzie wskazani z zawiści, zazdrości często przez sąsiadów, lub z głupoty i zabobonu ludzkiego. Znowu wielu ze skazanych to osoby wskazane podczas męczarń czy tortur. Do tego można by, dodać wyznawców innych niepopularnych nurtów religii - katarów, czy Żydów, których często posądzano o czary. Pewnie prawdziwych wiedźm, była znikoma liczba.

    OdpowiedzUsuń