Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

niedziela, 31 sierpnia 2014

Wspomnienie lata. Maciek Lewandowski na GRYFCONIE. Wywiad

O strachach na poważnie i z przymrużeniem oka. Maciek Lewandowski na Gryfconie

O czym opowiesz podczas spotkania z czytelnikami?
- Postanowiłem wyciągnąć na tapetę tendencje w pisaniu horrorów i nagrywaniu filmów, ale w taki sposób, żeby to trochę obśmiać. Chcę pokazać, gdzie są pewne klisze, niedopowiedzenia i naiwności. Wspomnę też o śmiesznym horrorze, takim jak np. „Martwe zło”, „Dom II”, „Martwica mózgu”. Ten ostatni, mimo że jest brutalny lub w pewnym momencie nawet obrzydliwy, jest również śmieszny. Ciężko się nie śmiać, kiedy np. widzi się domek jednorodzinny, który jest statkiem kosmicznym. (Śmiech.)





Gdzie Twoim zdaniem, zaczyna się śmieszność, a gdzie kończy groza?
- Tam, gdzie jest dystans do tego, co się robi. Człowiek, który tworzy dowolny element sztuki, jakiejkolwiek: wizualnej, pisarskiej - musi mieć dystans do siebie, do świata, do tego, co próbuje przedstawić. Mamy dwa rodzaje śmieszności. Albo jest to śmieszność zamierzona, przewrotka słowna, jakiś slapstick wmontowany w opowieść. Albo jest to ta najgorsza możliwa śmieszność – niezamierzona. Mamy

sobota, 30 sierpnia 2014

C.R. Kiernan "Tonąca dziewczyna" recenzuje Tomek Droszkowski

Bardzo podoba mi się, zresztą już od dawien dawna, inicjatywa wydawania książek w ramach takiej serii jak MAGowa Uczta Wyobraźni. Głównie dlatego, że po prostu ta nazwa nie jest na wyrost i naprawdę pojawiają się tam książki z ciekawą perspektywą, zdarzeniami, nieodmiennie interesujące fabularnie, a czasami i zwyczajnie schizowe i wywołujące chore i postrzelone obrazy w głowie. Kiedy czytam książkę z Uczty Wyobraźni, to wiem, że moja wyobraźnia jak najbardziej ma wtedy moment uczty, złożonej z najlepszych wizji i pomysłów pisarzy z całego świata. Recenzowana poniżej pozycja nie należy w tym wypadku do wyjątków.



Pani Caitlin R. Kiernan nie jest zbyt znaną autorką u nas w kraju. O ile się nie mylę, Tonąca Dziewczyna była pierwszą pozycją tej autorki wydaną w Polsce, ale jednocześnie nie jest jej całkowitym debiutem literackim. Osobiście najlepiej Kiernan kojarzyłem wcześniej – i nie jest to skojarzenie pozytywne – z napisania książki Beowulf na podstawie filmu pod tym samym tytułem, który z kolei był adaptacją staroangielskiego poematu. Słowem – kojarzyłem Kiernan jako osobę żyjącą na cudzym pomyśle. Dlatego nieźle się zdziwiłem, kiedy zapowiedziano tę autorkę w ramach Uczty. Niemniej po zachwytach na blurbie z tyłu książki należy sądzić, że Stany Zjednoczone już od dawna mają o niej zgoła odmienne zdanie, i u nich jest to dość znacząca postać na przestrzeni ostatnich lat w weird ficton. Cóż, dobre i to, ale i tak do Tonącej Dziewczyny podchodziłem z lekkim sceptyzmem.

wtorek, 26 sierpnia 2014

YMAR Magdaleny Kałużyńskiej - mocny horror

Przychodzi taki czas, że warto zerknąć co słychać na rodzimym podwórku. O ile często mało co się dzieje, to warto nadrobić zaległości książkowe . Tak tez zrobiłem ostatnio. Odrzuciłem wszystkich Mastertonów, Kingów i resztę anglojęzycznej „bandy”.

Na pierwszy ogień poszedł „YMAR” Magdy Kałużyńskiej.
Przeczytałem kilka recenzji (pomimo, że zazwyczaj recek nie czytam), których autorzy ogólnie mówiąc, nie zżerali kartek z podniecenia czy euforii. Czytając owe recenzje, miałem wrażenie, że historia inspektora Wojciechowskiego spłynęła po nich jak błoto po kaloszach. Oczywiście były ochy nad tym, czy tamtym, ale ogólnie przeciętnie.
Jednak dzięki Tomaszowi Siwcowi, który w wywiadzie dla OnH, powiedział, że YMAR to porządny horror, postanowiłem i ja zabrać za „Ymara”.

Dodatkową zachętą była jakość wydania i grafika. Ja przyznaję się do tego – okładka musi mnie uwieść, zachęcić do kupienia książki (ten egz. dostałem akurat od Magdy, że tak powiem w prezencie i do tego z autografem).
Wydawnictwo FOX, które wydało Kałużyńską, graficznie odwaliło kawał dobrej roboty. Biorąc do ręki te ponad 240 stron, widać, czego możemy się spodziewać. Zakrwawiony tytuł dodatkowo nie pozwala mieć złudzeń co do gatunku.  Mówiąc jednym zdaniem. Książka wydana świetnie, jak na warunki polskie i nie tylko.




Akcja zaczyna się praktycznie od pierwszych stron. Inspektor Wojciechowski dostaje wezwanie.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

IceBucketChallenge - Tomasz MordumX Siwiec

IceBucketChallenge

„Do akcji IceBucketChallenge dołączył ostatnio były prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush. Nominowani są Barack Obama i Władimir Putin.”
 Papież Franciszek przeczytał nagłówek najnowszego „Watykańskiego Dziennika” i odłożył gazetę na półkę. Chwilę się zamyślił. Współczesny świat, to nie tylko pokutny kierat postępu - pomyślał, ale także zabawne akcje, wobec których nawet najwięksi sztywniacy zamieniali się w totalnych luzaków. Był zdumiony, kiedy przeczytał na Facebooku, że został „nominowany” przez prezydenta Polski - Bronisława Komorowskiego. Na początku nie rozumiał sensu spektaklu polewania się lodowatą wodą, ale szybko zaznajomił się z zasadami, które zostały dokładnie opisane w sieci.
 Jeżeli tego nie zrobię, ludzie odbiorą to jakbym nie miał poczucia humoru – pomyślał. Może nie całe wiadro, ale polanie się szklanką wody zapewne postawi go w dobrym świetle, przed wścibską opinia publiczną. Jak postanowił, tak też uczynił.
Nazajutrz wszystkie portale i każda gazeta na świecie pokazała zdjęcia papieża polewającego się wodą. Tytuły aż pękały w szwach od:
 „Papież Franciszek nominował samego Pana Boga!”

 Pan Bóg siedział na tronie i z rezygnacją kręcił głową. Znowu to samo. Kiedy już wszystko zaczyna się dobrze układać, oni wciąż wpadają na pomysł tej głupiej zabawy. To już trzeci raz w przeciągu, zaledwie miliona lat. Cóż było robić. Wyzwanie zostało rzucone. Pan Bóg wziął do ręki pełne wiadro ówcześnie przygotowanej wody i uniósł go nad głowę. Przez chwilę zrobiło mu się trochę smutno. Wiedział, że po wszystkim poukłada życie na nowo, a ludzie i tak będą go hejtować wypisując w księgach głupoty, że sprowadził potop, przez to, że byli mu nieposłuszni. Karty zostały rzucone. On tylko przyjął wyzwanie...

 Przez następne kilkadziesiąt dni na ziemi, ciężkie deszczowe chmury przysłaniały słońce. Nieustannie padał deszcz. Jeziora, rzeki i oceany wystąpiły z brzegów zalewając  wszystkie zamieszkałe tereny.  Zdezorientowane zwierzęta tonęły w kipieli wzburzonej wody, a przerażeni ludzie umierali tuląc w ramionach swoje zapłakane dzieci. Niebawem i roślinność przestała oddychać gnijąc w odmętach cuchnącej brei. Po świecie pływała jeszcze ogromna drewniana barka, którą ktoś przezorny wybudował w ostatniej chwili. Nad barką fruwał biały gołąb. Wkrótce i barkę pochłonęły wściekłe fale, a zmęczony gołąb utonął w wodnistej czeluści.
 Bóg klasnął w dłonie nie mogąc się doczekać końca ludzkiego istnienia i natychmiast zabrał się za robienie popotopowych porządków na ziemi. Pomyślał tylko, że jak jeszcze raz ktoś wpadnie na idiotyczny pomysł IceBucketChallenge, to chyba sam sobie w łeb palnie, za to, że nie potrafi stworzyć mądrych i przezornych ludzi.

Specjalnie dla: OKIEM NA HORROR
Tomasz MordumX Siwiec

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Robert W. Chambers -Upadły Tytan weird fiction i jego "Król w Żółci'

Zapomniany autor to złośliwa bestia. Wyszydzany i pogardzany przez większość, nieraz okazuje się jednak godnym pisarzem, z naprawdę niezłym dorobkiem, niejednokrotnie ośmieszając sobie współczesnych „sławnych” kolegów po piórze. Autor prezentowanego poniżej zbiorku był bardzo popularny na początku XX wieku, a obecnie… Cóż, powiem tylko, że żadna jego twórczość oprócz tego jednego zbiorku na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie doczekała się ani jednego wznowienia.
Słowem – jest absolutnie zapomniany. Wprawdzie nieco na własne życzenie, bo później zrezygnował z horroru i zaczął pisać przynoszące większe dochody romanse, ale kiedy już sięgniecie po  tę jego cząstkę twórczości, która nie została zapomniana, to naprawdę się nie zawiedziecie i myślę, że został wymazany z kart historii nieco przedwcześnie.
O kim mowa? Proszę państwa, przed wami Robert W. Chambers i jego "Król w Żółci'.




Ten nazywany, z wiadomych względów, przez Lovecrafta „upadłym Tytanem” pisarz, mający ogromny wpływ na scenę weird fiction w 2013 doczekał się w Polsce pierwszego wydania swojego flagowego           (i jedynego pamiętanego) dzieła.

sobota, 16 sierpnia 2014

Łukasz Radecki- GRYFCON -Wywiad "Nic tak nie przeraża, jak człowiek"


(lipiec 2014 -GRYFCON)

„Polska literatura grozy” - tak został zatytułowany wykład, który podczas szczecineckiego GRYFCON-u wygłosi Łukasz Radecki.
- Opowiem o różnych obliczach polskiej grozy, a także o tym, jak przez lata tego typu literatura się rozwijała. Będzie o początkach grozy w literaturze polskiej, czyli o tzw. czarnym romantyzmie, od którego wszystko się zaczęło, i który w pewnym momencie musiał ustąpić mesjanizmowi. Wspomnę o czasach wyzwoleńczych oraz o czasie wojny i latach powojennych, które zdecydowanie źle wpływały na horror. Będzie też o latach 90-tych, kiedy to zostaliśmy wręcz zalani horrorem tandetnym, który nas wypaczył. Przez ten nieszczęsny boom, gdy dzisiaj mówi się, że się pisze, albo czyta horrory, to można się natknąć co najwyżej na powątpiewanie. Przez naszą historię i kulturę w pewnym sensie zatraciliśmy to, co Zachód miał szansę rozwinąć.



Horror to rozrywka, czy jednak coś więcej?

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Żywa legenda literackiego zniszczenia - EDWARD LEE - Wywiad dla OnH

Mam dziś wielką przyjemność porozmawiać z najstraszniejszym pisarzem Ameryki – tak przynajmniej mówi o nim Stephen King. Pisarzem, którego powieści wydane w Polsce można policzyć na palcach jednej ręki. Jednak ze względu na styl, warsztat i gatunek jaki uprawia, w kraju nad Wisłą ma także wielu fanów, do których i ja się zaliczam.

Panie i Panowie. Żywa legenda literackiego zniszczenia - EDWARD LEE -Zapraszam

                                                                                                                                     Edward Lee

Witam.
Edward, o ile się nie mylę byłeś w Polsce trzy razy. Pierwszy raz w 2012 roku na Polconie podczas polskiej premiery twojej powieści "Golem", rok temu podczas Dni Fantastyki i teraz w lipcu. Słyszałem, że te ostatnie wizyty mają pewien szczególny cel. Piszesz podobno horror z Wrocławiem w tle. Dlaczego zdecydowałeś się osadzić  fabułę właśnie w tym mieście?

Tak właściwie byłem we Wrocławiu już cztery razy; w zeszłym roku odwiedziłem go dwukrotnie. Wrocław jest moim ulubionym miastem na Ziemi, żadne inne miejsce jakie widziałem nie da się z nim porównać. Posiada starodawną atmosferę wtopioną w widowiskową, nowoczesną metropolię i dla mnie jest to fascynujące. I tak, zamierzam napisać powieść grozy osadzoną we Wrocławiu. Jest już dobrze rozplanowana, ale muszę najpierw dokończyć dwa inne projekty. Mam nadzieję, że oficjalnie zacznę ją pisać na początku 2015 roku.

sobota, 9 sierpnia 2014

Słuchajcie, coś wam opowiem - Piotr Borowiec


Słuchajcie, coś wam opowiem

                                                                                                
To był stały numer kierownika zespołu redakcyjnego. Na sam koniec, po recenzji, po korekcie, po z pozoru beznadziejnej walce z biurokracją uczelni, po zdobyciu środków na publikacje, po ustawieniu terminów w drukarni, po tej całej gehennie profesor Modrzej na ostatnim zebraniu potrafił wyciągnąć jakąś pierdołę.  Wałkował ją, narzekał na nią, sarkał i dzielił się swoimi wątpliwościami. A może zrobić tak, a może zmienić tamto. Jakiś mało istotny szczegół, który  dotychczas, przez dosłownie cały cykl wydawniczy nie przeszkadzał mu, urastał tuż przed finalizacją całego przedsięwzięcia do rangi ważkiego problemu. Tym razem chodziło o materiał źródłowy, dołączony w formie aneksu do najnowszego numeru Rzeszowskiego Przeglądu Kulturoznawczego – Seria Rozprawy i Monografie.
- Dobrze kochani, wszystko dobrze – profesor splótł dłonie i położył je na swoim imponującym brzuchu – widzę że recenzja profesora Adamca jest pozytywna, wręcz, entuzjastyczna..... Specjalista od legend miejskich z Gdańska, tak?
   Doktor Marek Jasz pokiwała tylko głową. Spojrzał na siedzącą tuż obok niego Monikę. Ta z kolei patrzyła na szefa z wyrazem spokojnego oczekiwania w oczach. Anioł cierpliwości, zawsze potrafiła zachować równowagą, nawet gdy innych już trafiał szlag.

środa, 6 sierpnia 2014

Graham Masterton -wywiad dla OnH


                                                                                                                                             Graham Masterton

Graham często bywasz w Polsce i udzielasz wielu wywiadów. Ostatnio byłeś w lipcu, we Wrocławiu i Warszawie. Tych wywiadów jest tyle, że nie wiem o co zapytać. Chciałbym aby nasza rozmowa była inna, niż standardowe pytania, na które wiele razy odpowiadałeś. Czy to się uda? Zobaczymy.


Na początku dziękuję Ci bardzo, że zgodziłeś się na rozmowę.

Pamiętam jak z Twoją twórczością zetknąłem się w 1990 roku, gdy Wydawnictwo Amber wydało „Manitou”. Ta książka wkręciła mi śrubę tak mocno, że zarzuciłem Mcleanów, Folletów czy Ludlumów na rzecz horroru.

* Czujesz się prekursorem tej literatury, tutaj w Polsce?

Nie zrobiłem tego celowo. Otrzymałem pełen trzasków telefon od Tadeusza Zyska w 1989. Powiedział, że chce wydać MANITOU w Polsce i że nie może mi zapłacić bezpośrednio, bo w tamtych czasach złoty nie był wymienialny na brytyjskie funty czy amerykańskie dolary. Obiecał natomiast, że zapłaci za podróż moją i Wiescki do Polski i że da nam ikony, kiełbasę i inne polskie rzeczy w ramach wynagrodzenia. Nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu, ale Wiescka, chociaż była Polką, nigdy nie była w Polsce. Przyszła na świat w obozie dla wysiedlonych w Koln w Niemczech, a kiedy miała 3 latka przeniosła się z rodzicami do Wielkiej Brytanii. Powiedziała, że powinienem pozwolić Amberowi wydać MANITOU, chociażby tylko po to, by doświadczyć wizyty w Polsce. Nie miałem zielonego pojęcia, że to będzie pierwszy zachodni horror opublikowany tam od czasu II Wojny Światowej, ani jak ogromny wpływ będzie to miało na rynek.

 * Możesz opowiedzieć jak to się zaczęło w latach 90tych, gdy zwróciło się do Ciebie Wyd. Amber, a potem przez kilka dobrych lat dzięki niemu, mogliśmy czytać horrory Grahama Mastertona? Jakie były początki tej współpracy, patrząc z Twojej strony?

Moje relacje z Amberem były na początku bardzo dobre, głównie ze względu na moją przyjaźń z młodym Dariuszem Chojnackim, który był entuzjastą moich książek. Jednakże, kiedy Dariusz zginął w wypadku samochodowym, moje stosunki z wydawnictwem zaczęły się pogarszać. Wydawali moje powieści w dwóch częściach, prawdopodobnie po to, by jeszcze więcej zarobić, ale na opłaty licencyjne z ich strony można było czekać wieczność. Zerwałem więc współpracę i nawiązałem nową – z Andrzejem Kuryłowiczem z Wydawnictwa Prima i Tomaszem Szponderem z Domu Wydawniczego Rebis. Miałem z nimi doskonałe relacje i zostaliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Ogarnął mnie smutek, kiedy Andrzej zmarł na początku tego roku, w wieku zaledwie 59 lat. To była tragedia.


                                                                                                                                        moja kolekcja

Horror na Roztoczu. Koszmar spoza granicy snu.


Wydanie książki to w dzisiejszych czasach nie taka trudna rzecz. Nie krzyczcie, wiadomo, wszystko kręci się wokół pieniędzy, ale w dobie internetu i setek wydawnictw jest to po prostu o wiele łatwiejsze. Trzeba mieć jednak pomysł, najlepiej znane nazwisko i można ruszyć na podbój. Łukasz Kiełbasa, pomysłodawca „Horroru na Roztoczu” miał, nie sposób tego pominąć oryginalną ideę, z którą postanowił walczyć. Znanego nazwiska nie miał ani jednego, jednak dzięki nam, czytelnikom i ludziom chcącym promować ciekawe inicjatywy jego marzenie się spełniło. Wyszła z tego książka, która nie była ukierunkowana na zysk, a na chęć dania kropli swojskiej grozy każdemu wielbicielowi makabry. Nie zawsze jednak dobre chęci prowadzą do szczęśliwego rozwiązania. Jaki jest zatem rachunek końcowy? Czy wszystko wyszło strawnie? Przekonajmy się.




Horror na Roztoczu – Koszmar spoza granicy snów.
17 mrożących krew w żyłach opowiadań, liczne ilustracje stworzone przez 13 ilustratorów oraz porządna dawka grozy spisana przez 11 autorów. Dawka rodem z Roztocza.
Wszystkie koncepcje pochodzą z jednego umysły, ale każde opowiadanie jest inne. Doprawione niepowtarzalnością autorów i rewelacyjnymi ilustracjami.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

GRYFCON - dwa dni z życia organizatora

Jesteśmy po szczecineckim GRYFCONIE.
 Imprezie organizowanej po raz drugi w grodzie nad jeziorem Trzesieckim. Dawny Neustettin, czy dzisiejszy Szczecinek położony wokół lasów i jezior, to urokliwe miejsce. Idealnie nadające się na wszelkie fantastyczne imprezy.


Miasto ponadto z długą historią. Prawa miejskie otrzymało w 1310 roku, czyli równo sto lat przed Bitwą pod Grunwaldem. Jak to w przewrotności historycznej bywa, rycerstwo Neustettina stanęło po wiadomej stronie. Po tej samej co konturie Szczecińskie, Człuchowskie i inne. Miasto nie uniknęło w swojej historii także płonących stosów i szubienic, spalono ok. 30 osób.. Moda na polowanie na czarownice dotarła także tutaj.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Tim Willocks "Dwanaścioro z Paryża"


Tim Willocks -z wykształcenia psychiatra, to pisarz, scenarzysta  
 i producent filmowy. Jest autorem powieści "Bad City Blues",      

 "Green River"( która przez krytyków została uznana za
 najlepszy thriller od czasów "Milczenia owiec"), "Religia".
 Jest autorem scenariuszy  do takich filmów jak 
" Niedokończona podróż" S. Spielberga, 
"Kochankowie sztormowego morza" czy " Wyrzucony na brzeg" 
według J.Conrada.



Wydawnictwo Rebis, przyzwyczaiło nas już do rewelacyjnych książek historycznych.
Książek?
Nie.
Raczej tomiszczy, kilkuset stronicowych cegieł, gdzie liczba stron zbliża się bardziej ku tysiącu. Co jakiś czas otrzymujemy pięknie wydanie powieści, czy to historie rzymskich legionów i antycznych bitew, czy powieści z czasów wypraw krzyżowych i bliskowschodnich krain baśni. Wystarczy wspomnieć tutaj wspaniały cykl o templariuszach J. Whyte („Rycerze czerni i bieli”, „Honor rycerza” i „Chaos w zakonie”) czy świetną książkę o asasynie – Emirze sztyletu, M. Odena „Lew Kairu”.
Jakość papieru, twarda oprawa z obwolutą, piękne grafiki na okładkach pozwalają traktować te książki jako ozdobę każdej biblioteczki. 
A w szczególności ozdobę biblioteczki każdego miłośnika historii, do których się zaliczam. 




„Dwanaścioro z Paryża” Tima Willocksa, to kontynuacja wydanej kilka lat temu rewelacyjnej „Religii”.

sobota, 2 sierpnia 2014

Nie, no to już jest przesada. Czyli powrót do krainy Eda Lee. Opowiada Paulina.


Zbierzcie mnie z podłogi bo leżę i nie potrafię wstać. Dostałam obuchem w tył głowy i zgwałcono mnie mentalnie. Nie wiem już kim i gdzie jestem. Nie pozwolono mi sięgać po te książki a ja jak maniak, na przekór wszystkim dotarłam do meandrów dobrego smaku i granic przyzwoitości. Przysięgłam, że nigdy więcej tego nie zrobię. Mówiłam- NIE, DOSYĆ, KONIEC. Gdzieś z tyłu głowy krążyło pytanie czy naprawdę po tym, co doznałaś po lekturze opowiadania „Dritifilia” nie masz dość?
A „Pan Kadłubek”? Też mało?
Ano mało...

Wszystko to dlatego, iż po przekopaniu się przez każdą, wydaną w Polsce książkę Eda czułam nadciągającą wielkimi krokami depresję. Nic mnie nie cieszyło, nikt już nie był tak ekstremalny, brutalny i obsceniczny. Tęskniłam za tym i musiałam, po prostu musiałam zaznać tego uczucia powalenia siekierą w głowę raz jeszcze.
Czy boli? Tak, ale lektura Eda Lee musi piec i zostawiać ślady. Im prędzej to zrozumiecie tym lepiej dla was.



Dlatego też najpierw sięgnęłam po „Header”, czyli opowieść o policjancie, jego żonie i dwóch wieśniakach a w tle tytułowy, że się tak wyrażę rytuał, który, jak to usłyszałam niegdyś w jednym z kabaretowych skeczy zrywa papę z dachu. Wiertarka nie sądziła, że można ją używać w tak wymyślny sposób. Zapewniam was również, że akt zemsty nigdy nie był aż tak straszny i brutalny. Dotarłam do prawdy objawionej- jestem chora, bo czytając coraz to nowsze, wyjęte niczym z najplugawszych czeluści domu publicznego opisy przemocy czułam, że to właśnie to czego potrzebowałam. Do tego ten wieśniacki styl, kiedy w powieści wypowiadali się wioskowi głupcy- było to na tyle realistyczne że czułam się jakbym naprawdę przeniosła się na oblaną słońcem, amerykańską wieś. Ogromnym pozytywem jest również fakt, iż Ed ma niebywale czarne poczucie humoru, które tutaj świeci triumfy. W połączeniu z przewrotnym i zaskakującym finałem „Header” to przemyślana i zaprawdę niegłupia mini-powieść, która, choć na pierwszy rzut oka zdaje się być kolejnym chorym wymysłem „jakiegoś idioty” jest niebywale zgranym horrorem i winna być traktowana z szacunkiem (a kto uważa inaczej niech go spotka tytułowe header!).

Potem, niezrażona ogromem obrzydliwości postanowiłam dać szansę kolejnej, w moim mniemaniu równie pokręconej powieści „Bighead”, która w opinii wielu fanów jest jedną z najlepszych, a na pewno jedną z najbardziej pokręconych historii spod pióra pana Lee. Skupiająca się na trudnych sytuacjach życiowych dziewczyn imieniem Charity i Jerricia książka przygniata ogromem przemocy, która przekracza jakiekolwiek granice dobrego smaku. Zwłaszcza duet Dicky i Balls (swoją drogą genialnie by to wyglądało w tłumaczeniu), którzy terroryzują i zabijają każdego, choć odpowiedniej by było napisać każdą bo ofiarami obu panów najczęściej padają kobiety właśnie, jest czymś, czego długo nie zapomnicie. Owi panowie bawią się swymi zdobyczami niczym szmacianymi lalkami i robią z nimi co tylko im się żywnie podoba. Jest o wiele mocniej niż w „Sukkubie” i „Ludziach z bagien”. Dawka przemocy i zboczenia sięga zenitu a wyczyny tytułowego Bigheada na długo pozostaną w mej pamięci. Tak samo mocno zapamiętam sceny erotyczne, które nie pozostawały ani trochę miejsca wyobraźni. Czy to źle, że Lee epatuje wyuzdanym i niepoprawnym seksem? Pozwijcie mnie za to, ale tak musiało być. Takie są konsekwencje sięgania po ekstremalny horror. Cóż, to chyba na tyle.




Swoją drogą nie widzę potrzeby i większego sensu wypisywania wam owych chorych i niemoralnych scen. Kto choć raz miał styczność z twórczością tego jakże szalonego Amerykanina ten wie czego się spodziewać. Każda inna osoba powinna sięgnąć najpierw po chociażby wspomnianą wcześniej „Dritifilię” (którą znajdziecie w darmowej wersji kiedy tylko wpiszecie w wyszukiwarkę „Gorefikacje II”), która, chociaż nie epatuje brutalnością jest na tyle obrzydliwa, że każdy, kto się skrzywi będzie miał stuprocentową pewność że może być tylko gorzej. Mam niekłamaną nadzieję, że przedstawione przeze mnie książki zostaną przetłumaczone i wydane w naszym pięknym kraju (chcielibyście?). Dosyć ucisku, dosyć chowania się po kątach! Czas odpalić wiertarkę i ruszyć na poszukiwanie nowych ofiar. Idziecie ze mną? Ja, póki co, jestem najedzona.

 Paulina Kowalska