Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

czwartek, 29 września 2016

Ian Tregillis - Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom 1

Na polskim rynku wydawniczym powieści w klimatach steampuka za dużo nie uświadczymy. Dosłownie kilkanaście tytułów wydanych w ostatnich latach musi wystarczyć fanom tego niesamowitego gatunku fantastyki. Ostatnie, jakie przychodzą mi do głowy to: antologia Wolsung i dwa tomy Światów Solarnych Jana Moszczyszyna. Mało tego, miłośnicy klimatów pary i wszelkich mechanizmów z radością przyjmują nawet pokrewne steampunkowi pozycje, do których należy powieść Iana Tregillisa „Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom 1”. Z clockpunkiem spotykam się pierwszy raz i już stałem się jego fanem. Najprościej mówiąc zamiast dymiących machin napędzanych silnikami parowymi otrzymujemy świat, gdzie trybiki  i mechanizmy sprzężone z alchemią, tworzą wyjątkowa wizję, chciałoby się powiedzieć, tak nowatorską. Oczywiście, po przeczytaniu powieści można odnieść wrażenie, że Tregillis nie pisze o niczym nowym, najwyżej ubiera niemal klasyczny temat znany z powieści SF w nowe szaty. Myślę tutaj np. o wspaniałym Blade Runnerze Philipa K. Dicka. O podobieństwach wspomnę poniżej. Pomimo tego odczucia, autor Mechanicznego robi to wspaniale i porywa czytelnika do świata, który stworzył. Mechaniczny to oczywiście powieść pełna przygody, akcji, szpiegów, zdrady, czasami nawet mroczna, rozgrywająca się w alternatywnej Europie, gdzie Holandia za sprawą wynalazków, jakimi są klakierzy, panuje nad światem, a przynajmniej jest najpotężniejszym państwem, stojącym na skraju wojny z Francją, która jako jedyna opiera się Królestwu Niderlandów. Cała historia ma korzenie w XVII wieku, gdy naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens tworzy pierwszego klakiera, mechanizm, robota(?) , który napędzany jest mocą przekładni i alchemii. Armia klakierów wyrusza na podbój Europy i ją podbija.  Trzy wieki później rozpoczyna się właściwa akcja naszej powieści.

środa, 28 września 2016

Wojciech Gunia - Nie ma wędrowca.


BEZSENNE ŚRODY Z WIELKIM BUKIEM

Dobra opowieść grozy to nie tylko strach wychylający się z każdej strony, czyhający w cieniach, ukryty w najmniej spodziewanych miejscach, szepczący po kątach, wyzwalający ból brzucha i tętniący puls w żyłach. To także siła naprawdę mocnego kontrastu, sztuka najmocniejszych przeciwieństw. Zło przeciw dobru. Natura przeciw cywilizacji. Siły piekielne przeciw aniołom nieba. Lodowata obojętność śmierci przeciw rozpalonym żywiołom życia, miotającym się wokół. Chaotyczny świat martwych cieni przeciw pozornemu porządkowi żywych. Przenikliwy chłód śnieżnej pustki przeciw rozpalonym industrialnym piecom tartaku. I w końcu dojmująca samotność, największy pierwotny lęk przed odosobnieniem przeciw ścisłej, pełnej tajemnic zbiorowości – ‘ja’ przeciw ‘my’, istnienie przeciw nieobecności.
„Nie ma wędrowca” Wojciecha Guni to właśnie groza tych przeciwieństw, opowieść straszna i tragiczna zarazem, dotykająca konfliktu jednostki skonfrontowanej z ciężarem koszmarów historii. Byt i niebyt spotykają się pośród buchającym ogni pełnych trocin, pośród pokrytych lodem drewnianych bali, w zapachu żywicy, potu i odwiecznej śmierci.
Cichy lęk przed nieobecnością przeradza się w paniczne przerażenie, w niezbywalne przekonanie, że każde miejsce, z którego spuścimy wzrok, momentalnie zostanie pochłonięte przez ciemność, której nie odgonią już nawet nasze pełne lęku i nienawiści spojrzenia.
Do odosobnionego w pustych, leśnych przestrzeniach tartaku przybywa wędrowiec. Spragniony samotności mężczyzna, szukający istoty życia po wielkiej stracie, uznaje, że miejsce zwane Bazą, pośród obcych ludzi i opustoszałych baraków będzie dla niego idealną przystanią na jakiś czas. Zostaje nocnym stróżem, jak się okazuje następnym z kolei, ale on nie zamierza poddać się tajemniczym opowieściom, czy miejscowym zabobonom. Coś jednak dostrzega pośród cieni, coś słyszy, coś pojawia się w kącikach oczu. Nadchodzi zima, a wędrowiec znikąd odkrywa kolejne

wtorek, 27 września 2016

Aleksandra Zielińska - Bura i szał.

BURA I SZAŁ

„Nie wszyscy mieliśmy idealne dzieciństwo.
Często najgorsze rzeczy spotykają nas ze strony najbliższych ludzi.”
                                 
Aleksandra Zielińska


Po raz pierwszy na naszym blogu prezentuję książkę, która nie jest horrorem, kryminałem czy fantastyką. Jednak po  jej przeczytaniu, nie mogłam się oprzeć i muszę napisać choć kilka zdań.

Przyznam, że jeszcze nie zdążyłam przeczytać debiutanckiej powieści Aleksandry Zielińskiej „Przypadek Alicji”. Książka stoi na półce i czeka, z pewnością sięgnę po nią w najbliższym czasie.
Za „Burę i szał” chwyciłam z ogromną ciekawością, skuszona świetnymi opiniami wśród osób, które już miały okazję ją przeczytać.

Małą wioską wstrząsa burza, jakiej nie było od lat. W strugach deszczu idzie Bura, dziewczyna, o której wszyscy zapomnieli: niebezpieczna, chora i nadwrażliwa. Bura niesie ze sobą tajemnicę, cały czas żyje w lęku i niespodziewanie wraca do domu rodzinnego, by rozliczyć się z przeszłością.

poniedziałek, 26 września 2016

Eva Pohler - Purgatorium. Wyspa tajemnic.

Hortense Gray jest psychologiem eksperymentalnym. Ratuje życie, ale ceną, jaką trzeba za to zapłacić, jest... śmiertelne przerażenie.
Siedemnastoletnia Daphne Janus nie może uwierzyć, że rodzice pozwalają jej jechać z najlepszym przyjacielem na wakacje. Tak naprawdę pobyt w pięknym kurorcie na niewielkiej wyspie u wybrzeży Kalifornii to ostatnia, desperacka próba ocalenia dziewczyny.
W miejscu tym są przeprowadzane eksperymentalne terapie dla osób ze skłonnościami samobójczymi. Początkowo niekonwencjonalne zajęcia są ekscytujące — duchy w pokoju, awaria windy, przygoda podczas wycieczki kajakiem — to wszystko robi wrażenie. Ale kolejny dzień przynosi nowe wyzwania... Gdy podczas jazdy terenowej dziewczyna odłącza się od grupy, rozpętuje się istne piekło. Daphne zaczyna zastanawiać się, czy rodzice wysłali ją na wyspę po to, by jej pomóc, czy też aby ją ukarać.

Fantastyka do kwadratu. „Światy Dantego” Anny Kańtoch.

Fantastyka do kwadratu. „Światy Dantego” Anny Kańtoch.

Lojalnie uprzedzam: nie umiem, nie lubię i nie powinienem pisać recenzji, szczególnie książek polskich autorów.  Jeśli pochwalę, wyjdę na obrzydliwego lizusa, jeśli zganię, to mój tekst może zostać odebrany jako próba dezawuowania pracy lepszych i mądrzejszych. W przypadku prozy Anny Kańtoch czuję się rozgrzeszony: inna liga, do której ja nigdy się nie dostanę. Więc chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli, że recenzując „Światy Dantego” będą starał się załatwić jakeś swoje osobiste interesy.
 Mam też inny cel, który przyświeca mi gdy pisze niniejszą recenzję –być może spisując swoje wrażenia i oceny zrozumiem paradoks tej książki. Otóż podoba mi się ona niezwykle, jestem dosłownie zachwycony zebranymi w niej  opowiadaniami, lecz w niemal każdym tekście widzę pewne wady. Jednak wszelkie zgrzyty, błędy, jakieś drobne (lub nie) potknięcie nie przeszkodziły mi w czerpaniu przyjemności z lektury a nawet – w pewnym sensie – ją uatrakcyjniły. Może na zasadzie kontrastu, na tle wad zalety dobrej prozy wręcz olśniewają.

sobota, 24 września 2016

Przeklęci ci, którzy Boga w sercu nie mają. Tomasz MordumX Siwiec


Przeklęci ci, którzy Boga w sercu nie mają.

   Kościelny minął wielką, posępną bramę suskiego kościoła i niosąc niewielki pakunek, udał się w stronę plebani. Ostrożnie przekroczył wysoki próg, a następnie skierował się korytarzem w prawo. W ponurym pomieszczeniu przywitał go zniecierpliwiony ksiądz proboszcz.
   - Myślałem, że już się nie doczekam! - warknął, wyjmując zza sutanny ostry nóż.
   - To nie takie proste, ukraść niemowlaka. - odparł, zdyszany kościelny. - Najpierw muszę znaleźć adres nieochrzczonego dziecka, który mi ksiądz wskazał, a potem na spokojnie przyczaić się do ataku.
   - Sucha Beskidzka to aż tak wielkie miasto, że rodowity mieszkaniec musi szukać ulic? - zapytał proboszcz z ironią w głosie.
   - No nie, ale te odnogi typu; Zasepnica, Sumerówka, Smolikówka czy...
   - Milcz błaźnie. – skarcił go, wyrywając mu z rąk niewielki, czarny worek.

   Ksiądz rozsupłał węzeł i wyciągnął ze środka kilkumiesięczne niemowlę. Jego usta były zaklejone czarną taśmą klejącą. Położył dziecko na stole, a następnie zdjął z niego kolorowe ubranko.
   - Sami bezbożnicy z tych suszan – zaczął, przystawiając ostrze noża dokładnie w serce malca – Musimy dbać o mieszkańców Suchej, aby nie zeszli na złą drogę. Najlepiej od razu sprawdzić co im w duszy gra. Ten nie był ochrzczony, zatem diabeł się już nim pewnie interesuje. - mruknął, zagłębiając ostrze w delikatnej skórze. Gęsta, czerwona krew trysnęła mu na twarz. Ksiądz oblizał się smakowicie, rozkroił klatkę piersiową, a następnie odsłonił bijące jeszcze serce dziecka.
   - Widzisz coś? - szepnął do kościelnego.
   Kościelny przyświecił sobie latarką, ale po chwili pokręcił przecząco głową:
   - Nie. Ten nie ma Boga w sercu.
   - No ja też go nie widzę, zatem kolejnego grzesznika mniej.
   Ksiądz schował pod sutannę zakrwawiony nóż, a następnie wziął martwego malca na ręce i otworzywszy okno, wyrzucił go na podwórko. Po chwili z zewnątrz dobiegł ich warkot psa, a potem odgłos rozrywanej skóry oraz głośne przeżuwanie ludzkich chrząstek i mięsa.
   To był porządny pies. Nazwał go Połykacz Grzechów i przynajmniej raz na jakiś czas dostarczał mu solidną porcję ludzkiego zepsucia. Jako gospodarz parafii czuł się w obowiązku dbać o dusze swoich poddanych. Znał przecież adresy, gdzie nie przyjmowano go po kolędzie, zatem miał ułatwioną sprawę, jeżeli chodzi o weryfikację dobrych parafian.
   Bo to było dobre miasto. Tutaj nie mógł zagnieździć się Szatan. Już on 
o to zadba – pomyślał, udając się na zasłużony wypoczynek.

wtorek, 20 września 2016

Jack Ketchum - Zabawa w chowanego/frg.

1

Jeden


Nie ufam znakom, ale myślę, że od razu można poznać, kiedy nadciągają kłopoty.
I choć brzmi to jak kompletna bzdura, musicie uwierzyć mi na słowo.
Harowałem przy układaniu kantówek dwa na cztery cale; trzeba było zdjąć ze sterty jakieś osiem stóp na pęk. Już niemal kończyliśmy obwiązywać kolejny, ale wtedy zauważyłem jeszcze kilka drewnianych listewek wyglądających na niezbyt podniszczone i wlazłem, by je pozdejmować. Gdy, stojąc na stosiku, chwyciłem najbliższą, pękł stalowy kabel, którym go opasaliśmy. Rozległ się dźwięk, jakby ktoś z bicza strzelił. Niemal, cholera, urwało mi łeb. I, rzecz jasna, straciłem równowagę. Zleciałem z wysokości dziesięciu stóp na żwir, obsypany deszczem ciężkiego drewna.
Ani draśnięcia.
Miałem szczęście.

niedziela, 18 września 2016

COPERNICON 2016 - Relacja.

COPERNICON 2016



Dotarłem do Torunia w pierwszy dzień konwentu, dość późno, zegar na wyświetlaczu auta wskazywał godzinę dwudziesta. Oczywiście nie obeszło się bez problemów. Nawigacja w samym mieście dostała kota i pod hotel Kopernik dotarłem praktycznie na czuja. Po rozłożeniu gratów wraz z Krzyśkiem „Korsarzem” Bilińskim („Okolica Strachu” i „Misterium Grozy”) i Maćkiem Lewandowskim ruszyliśmy w stronę starówki, tam spotkaliśmy się z Simonem Zackiem i po zapoznaniu się z toruńskimi pubami, znalazłem się w hotelu około trzeciej w nocy. Zaczęło się obiecująco, choć nie dla rozrywek przecież przyjechałem do miasta utożsamianego z Mikołajem Kopernikiem.


W sobotę rano meldujemy się na konwencie, praktycznie z marszu wskakuję na panel dotyczący researchu  i zasiadam obok znamienitych gości imprezy: Marka Oramusa, Magdaleny Kozak, Marcina Przybyłka, Roberta Wegnera i Aleksandry Janusz. Dwie godziny opowiadania o…. no właśnie, nie koniecznie o tematach związanych z przygotowaniem się autora do pisania powieści. Powiem szczerze, że czułem się jak idiota, gdy Marek Oramus dyskutował z Marcinem Przybyłkiem o materii, kosmosie i wszystkich tych „naukowych kosmicznych rzeczach”, ponieważ kompletnie nie miałem o tym pojęcia. Więc nie dość, że to był mój debiut w tego typu spotkaniu, to trema dodatkowo została pogłębiona brakiem możliwości nawiązania sensownej dyskusji z takimi specjalistami. Można było wyczuć, że Marek Oramus, ze względu zapewne na swoją wiedzę i dokonania dla polskiego SF, był niekwestionowanym autorytetem, który pozwalał sobie „wcinać się” w wypowiedzi innych gości, mówiąc ”Nie zgadzam się”, co wywoływało burzę śmiechu na sali. Oczywiście, te swoje „Nie zgadzam się”, później  bardzo rzeczowo argumentował i tutaj zaczynał się moment, gdy nie wiedziałem o czym panowie rozmawiają. Pomimo, że czułem się dziwnie, to w myślach mówiłem sobie ”Przecież ja jestem od horroru” i w pewnym sensie to pomagało. Byłem także jednym, który nie zajmował się pisaniem książek, o czym raczyłem wspomnieć i Marek Oramus skwitował to „I całe szczęście”. Jakby nie patrzeć, to było fantastyczne przeżycie i bardzo się cieszę, że mogłem usiąść obok tak znanych i docenianych w polskiej literaturze fantastycznej pisarzy.

wtorek, 13 września 2016

Robert Cichowlas - Wylęgarnia.

To moje drugie zetknięcie się z serią CITY  szczecińskiego Wydawnictwa FORMA  i jakże udane. Robert Cichowlas i jego opowiadania zamknięte w zbiorze pt „Wylęgarnia” to gratka dla miłośników, chciałoby powiedzieć się tradycyjnego horroru. Horroru spod znaku Mastertona, Herberta, a nawet Guya N. Smitha.

To zbiór trzynastu opowieści pełnych duchów i szaleńców, wątków nadnaturalnych ale i pokazujących mroczną duszę człowieka. Tradycyjnie ,Cichowlas nie stroni od seksu i „barwne przygody” bohaterów dość dosadnie opisuje, co akurat w stylu i klimacie zamieszczonych opowiadań sprawdza się świetnie. To opowieści, gdzie bohaterowie nie są idealni, a zakończenia niektórych historii ukazują ich w zupełnie innym świetle. Tak naprawdę zebranym tekstom nic nie brakuje, mało tego, dawno nie czytałem tak równego pod względem jakości zbioru, choć sama książka została wydana w 2013 roku. Nie będę opisywał każdego opowiadania, bo mija się to z celem. Wspomnę o dwóch moich ulubionych.

Erika Swayer - Księga wieszczb.

„Coś łapie mnie za włosy i ciągnie,jakby chcąc wyrwać je z korzeniami.
Podmuch powietrza mnie oślepia….
Woda mnie spowalnia,a uścisk jest mocny.

Wielkimi krokami zbliża się jesień, a to dla większości miłośników książek oznacza więcej czasu na czytanie. Sami przyznacie, że ta pora roku jakoś najbardziej pasuje do tego, aby zanurzyć się w długo oczekiwane lektury, które mam nadzieję, podczas lata zwiększyły zawartość Waszych kolekcji.
Dlatego też zapraszam Was do zapoznania się z debiutancką powieścią Eriki Swyler.


Simon Watson, młody bibliotekarz, mieszka samotnie w domu, który powoli osuwa się do zatoki Long Island. Jego matka utonęła w jej wodach, a młodsza siostra Simona, Enola, uciekła do cyrku.
Pewnego czerwcowego dnia, Simon dostaje tajemniczą starą księgę – uszkodzony przez wodę i nadwątlony przez czas dziennik właściciela wędrownego cyrku z końca osiemnastego wieku. Odnotowano w nim dziwne, magiczne zdarzenia – w tym utonięcie cyrkowej syreny. Od tego czasu w każdym pokoleniu w rodzinie Simona tonie „syrena”. Zawsze dwudziestego czwartego lipca. Ten dzień zbliża się wielkimi  krokami…
Czy nad rodziną Simona ciąży klątwa i co to ma wspólnego z księgą? Czy Simonowi uda się rozwiązać zagadkę na czas i uratować Enolę?

niedziela, 4 września 2016

Miroslav Zamboch - Sierżant.

Fabryka Słów rozpoczyna Rok z Zambochem. Cóż to takiego? Fabryka wznawia kilka powieści czeskiego autora i wydaje premierowo „Wojnę absolutną” w nowej, spójnej szacie graficznej. Ktoś mógłby psioczyć - znowu wznowienia. Jednak wg mnie to świetny ruch, ponieważ dotychczasowe książki nie trzymały spójnej szaty i nawet te dwutomowe zbiory opowiadań, tak bardzo się od siebie różniły, że powiedzmy szczerze – wyglądało to słabo. Teraz Zamboch prezentuje się naprawdę świetnie i zebrana cała kolekcja bardzo fajnie będzie wyglądać na półkach każdej biblioteczki.

Na pierwszy ogień poszedł „Sierżant”. Opowieść niezwykła w dorobku autora, ponieważ łączy ze sobą klimat powieści wojennej rodem z okopów Wielkiej Wojny, steampunka pełnego parowych machin i typową historię fantasy z popularnymi magicznymi artefaktami.
Bohaterem książki jest Lancelot, sierżant batalionu zwiadu Jej Wysokości. Kompania Zwiadowcza 17 Batalionu Sił Szybkiego Reagowania Królestwa, to jednostka, do której nie trafia się w nagrodę, a za karę. To karny batalion, który rzucany jest w najgorszą żołnierską robotę. Przeniesieni w okolice miejscowości Joudzou, gdzie podczas zwiadu znajdują stare okopy, których ziemia usłana jest szczątkami dawnych obrońców. Z pozoru rutynowy zwiad przeradza się w potyczkę z wrogiem. 

sobota, 3 września 2016

Tomasz Czarny - WYWIAD.

Cześć Tomek. Spotkaliśmy się na Polconie, ale jakoś tak wyszło, że nie mieliśmy czasu dłużej porozmawiać. Strasznie zabiegany tam byłeś. Brałeś udział w kilku panelach. Który Twoim zdaniem był najciekawszy?

Tomasz Czarny: Witaj Sebastian. Wszystkie one były bardzo ciekawe, ale niestety nie udało mi się być na wszystkich. Dla mnie osobiście chyba najciekawszy był ten czwartkowy, na którym zasiadłem obok Edwarda Lee i Jacka Ketchuma, panel pt. „Polski horror na tle grozy światowej”. Omawialiśmy tam teraźniejszą kondycję rodzimego horroru i to, czemu tak trudno przebić się naszym pisarzom na zachodzie, w ogóle za granicą, jakie mogą być tego przyczyny. 

O właśnie? Jakie?

Polski horror ma słabe szanse przebicia, głównie z tego względu, że rynek amerykański jest już bardzo nasycony. Tam tradycja horroru sięga już dobre kilkadziesiąt lat jeśli nie więcej, jest tam sporo wydawnictw wydających tylko i wyłącznie horror i jeszcze więcej pisarzy trudniących się pisaniem tego odłamu literatury. Za tym wszystkim stoi niezła promocja i marketing, choć obecnie horror nie sprzedaje się już w takim stopniu jak kilkanaście czy chociaż kilka lat temu. Jest tam tylu twórców, działaczy, portali itd. że dziwne byłoby to, że tamte środowisko i czytelnicy musiałoby posiłkować się prozą z zewnątrz. Poza tym nasz horror jest bardzo specyficzny, właśnie dlatego, że jest nasz, swojski.  Jedynym wyjątkiem jest może Ania Ahlborn, która urodziła się w Ciechanowie i jej proza jest po prostu wyborna. Nie wiem czy ma jeszcze jakieś związki z Polską, wiem natomiast, że jej pierwsza powieść pt. „Seed” była wydana jako self-publishing. Okazała się tak wielkim sukcesem, że pisarka podpisała bardzo korzystny kontrakt i w ciągu kilku lat stała się prawdziwą gwiazdą, a jej powieści były recenzowane m.in. przez Publishers Weekly, New York Daily News czy New York Times. Dowodzi to, że można i wszystko jest możliwe.

środa, 31 sierpnia 2016

Bezsenne Środy z Wielkim Bukiem. Splątanie - Maciej Lewandowski


Twórczość H.P. Lovecrafta, podobnie jak dzieła pozostałych największych twórców obracających się w kręgach szeroko pojętej grozy, stanowi niezrównane i niemal odwieczne źródło inspiracji. Współczesna popkultura czerpie od klasyków garściami, co pozwala z łatwością odbiorcom odnaleźć powiązania, odnieść się do ulubionych tekstów, czy ukochanych postaci, ich historii oraz mitologii.  W tych opowieściach wracają Wielcy Przedwieczni, powraca poczucie osaczenia przez coś większego i niepojętego dla ludzkiego umysłu, a ciemność podstępnie zacieśnia swoje macki, budząc obłęd i obrzydzenie.
W ciemności tej inspiracji szuka również Maciej Lewandowski w swojej debiutanckiej powieści „Splątanie”, czyli lovecraftowym horrorze z kryminalnym wątkiem w tle. Wszystko niby jest na swoim miejscu, bo mamy tu czas przesilenia i brutalnych samookaleczeń oraz samobójstw. Mamy kultowego Szepczącego w Ciemnościach, tajemnicę i śledztwo, które sięga dalekiej przeszłości. Rodzinny sekret i policjantów walczących z nieubłaganym czasem. Mamy miasto, Wrocław i mały komisariat Leśnicy, które przekształca się przed naszymi oczami, jest czymś więcej niż się tylko wydaje, porusza się i żyje według nikomu bliżej nieznanych zasad. Cienie na ścianach to znak rozpoznawczy potężnego wroga, a zapadający zmierzch zwiastuje nadchodzący koszmar. Pod tym względem „Splątanie” jest iście lovecraftiańską powieścią, nawiązującą do tego, co tak ujmuje w prozie Samotnika z Providence.

wtorek, 23 sierpnia 2016

Grimm Fairy Tales #3

Gina to typowa pewna siebie nastolatka, uwielbiająca imprezy i skąpe ciuszki, nawet w środku tygodnia, kiedy wisi nad nią widmo szkoły z samego rana. Niestety, podobnie jak większość dziewcząt w jej wieku, musi liczyć się z tym, że rodzice mają trochę inne zdanie na temat tego, jak powinna spędzać wtorkowe wieczory. Po jednej z wywołanych różnicą zdań kłótni, dziewczyna nie wytrzymuje i postanawia uciec z domu. W tym szalonym przedsięwzięciu towarzyszy jej brat, który nie jest jednak tak entuzjastycznie nastawiony do równie karkołomnego pomysłu. Mimo wszystko, rodzeństwo trzyma się razem i wspólnie łapie stopa. Ich dobroczyńcą okazuje się kobieta prowadząca kursy na temat baśni na uniwersytecie, która z przyjemnością dzieli się z nimi prawdziwą historią Jasia i Małgosi.

Naszą podróż przez baśnie rozpoczęliśmy od zmagań z chłopakami, przeszliśmy przez marzenia i w końcu docieramy do najprawdopodobniej najlepiej nam wszystkim znanego tematu, jakim są problemy z rodzicami/opiekunami. Któż z nas ich nie miał? Nadopiekuńczość, przesadna troska, brak zrozumienia, bezustanne zakazy, nakazy, polecenia – czy nie tak to wyglądało lub nadal wygląda, kiedy w grę wchodzą odpowiedzialne za nas osoby? Tym samym, trzeci zeszyt „Grimm Fairy Tales” okazuje się bardzo

niedziela, 21 sierpnia 2016

Zamordowałem samego siebie - Andrzej Wardziak - Wywiad

Zamordowałem samego siebie



O fascynacji grozą, warsztacie pisarskim, pasjach i marzeniach rozmawiamy z Andrzejem Wardziakiem – autorem powieści „Infekcja”, której druga część z podtytułem „Exodus” ukaże się nakładem Wydawnictwa Pascal już 31 sierpnia.

Ada Cytryna: Dlaczego zombie? Ani to wdzięczne, ani ładne... Skąd u Ciebie taka fascynacja żywymi trupami?

Andrzej Wardziak:Od małego. Truposze zawsze mnie fascynowały. Często, podczas wieczornych powrotów do domu wyobrażałem sobie, że zza rogu wyłazi jakiś zombiak - jeden, dwa, całe stado. Nie trup był najważniejszym punktem tej sceny, lecz zachowanie ludzi. Zastanawiałem się, jak by zareagowali, co zaczęli by robić – czy tylko staliby, biernie przyglądając się, jak zombie kogoś atakuje, czy może rzuciliby się na pomoc? Lubiłem te myśli, lubiłem wyobrażać sobie postapokaliptyczny świat. Puste ulice, splądrowane sklepy, wszystko pozostawione bez opieki i jakiegokolwiek nadzoru. Zresztą, dalej lubię. 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Jaki jestem mały! Kilka słów o "Przyszła na Sarnath zagłada" H.P. Lovecraft

Z twórczością Howarda Philipsa Lovecrafta zetknąłem się po raz pierwszy w latach dziewięćdziesiątych XXw. Wydaje się więc, że całe eony temu. Pomimo przeczytania niemal każdego opowiadania jakie ukazało się na polskim rynku, nie mogę powiedzieć, że prozę mistrza z Providence rozumiem doskonale. Mało tego, chciałoby się powiedzieć, że po tych dwudziestu latach od pierwszego spotkania z „Zew Cthulhu” (Czytelnik 1983 r.) wcale nie jestem mądrzejszy. Nie uważam się oczywiście za jakiegoś specjalistę od weird fiction. Po prostu lubię czasami dać się porwać temu lepkiemu i niesamowitemu klimatowi. Czy to wystarczy aby zaopiniować najnowszy zbiór z Wydawnictwa Vesper „Przyszła na Sarnath zagłada”? Nie wiem. 
Z jednej strony obawiam się łapania za każde napisane słowo fanatycznych miłośników HPLa ( a tacy są, wierzcie mi (śmiech) ), a z drugiej myślę, że napiszę od serca  nie siląc się na jakieś pochwalne poematy. Pochyle się ogólnie nad najnowszym wydaniem. Nie ma oczywiście sensu streszczać dwudziestu czterech zamieszczonych w tym tomie opowiadań. Każdy, kto zetknął się z utworami Lovecrafta  zna już wartość tej literatury, zaś ten, kto jeszcze nie miał okazji przeczytać wielu kultowych tekstów (słowa „kultowych” używam z pełną świadomością) zapewne znudziłby się długim wywodem na temat niesamowitości zamieszczonych tekstów. Chyba nie o to w tym chodzi?

środa, 17 sierpnia 2016

Andrzej Wardziak - Infekcja. Genesis.

Zombie-apokalipsa zacznie się w Warszawie
Piękny, upalny dzień lipca. Pierwszy dzień końca świata, jaki znamy.
Warszawę opanowuje tajemniczy wirus. Mieszkańcy stolicy jeden po drugim zamieniają się w spragnionych ludzkiego mięsa zombie. I wyruszają na żer.
Komandos na urlopie, fan heavy metalu, pracownik korporacji na skraju załamania nerwowego, nastolatka z czarnym pasem w karate, młody policjant i jego atrakcyjna żona. Łączy ich jedno – chcą przetrwać.
Za wszelką cenę.

Dzięki wydawnictwu Pascal na rynku ponownie pojawiła się „Infekcja” Andrzeja Wardziaka. Pisze ponownie, ponieważ książka ukazała się wcześniej nakładem nieistniejącego już wydawnictwa. Nakład został sprzedany i dorwanie tego tytułu graniczyło z cudem. Jeżeli ktoś miał więcej kasy na zbyciu, to mógł zakupić egzemplarz „Infekcji” na aukcji, na Allegro. Ceny jednak potrafiły przywrócić o zawrót głowy. Do tego wszystkiego, temat Zombie stał się bardzo popularny i nośny dla wydawnictw. Era wampirów przeminęła wraz ze „Zmierzchem”, który moim zdaniem wypaczył obraz tradycyjnego wampira, znanego choćby z literatury klasycznej, czy ze współczesnych publikacji, jak chociażby „Wirus” spółki Del Toro i Hogan. Wydawnictwa zwietrzyły więc nośny temat i na rodzimym rynku pojawiło się kilka mniej lub bardziej udanych tytułów z zombiakami, jako głównymi bohaterami. Wspomnijmy: „ZOMBIE.PL” duetu Radecki i Cichowlas (Zysk), „Niemartwi” Marcela (Pascal) czy „Szczury Wrocławia” Szmidta (Insignis). Do tego wszystkiego mamy zapowiedź kolejnego tomu Andrzeja Wardziaka, który powinien ukazać się na dniach.  To wszystko nałożyło się na to, że „Infekcja” stała się pozycją niemal kultową, a na pewno upragnioną przez wszystkich miłośników ożywieńców.
Wydawnictwo Pascal wydało „Infekcję” na nowo, z poprawkami, więc podejrzewam, że poprzednie wydanie nadal utrzyma statut książki wyjątkowej. A jak jest w rzeczywistości?

Zacznijmy może od ostatniego elementu na jaki zwracam uwagę, więc sposób wydania. Cieszę się, że okładka nie jest upaćkana. Bardzo fajna czarno biała grafika, wyraźne litery i papier okładki to na pewno plus. Mam także nadzieję, że druga cześć zostanie utrzymana w podobnej stylistyce graficznej.

wtorek, 16 sierpnia 2016

Krótka instrukcja obsługi psa – Krzysztof M. Kaźmierczak


Rozwiązaniem sprawy zabójstwa młodego dziennikarza nikt nie wydaje się zainteresowany. Kolejne działania podejmowane w tej sprawie nie przynoszą skutku, a ciała ofiary nie udaje się odnaleźć. Sprawą zainteresowanych jest jedynie kilka osób: dziennikarz – kolega zamordowanego, prywatny detektyw po przejściach, jego nie-do-końca-była żona oraz ksiądz, którego obciążają grzechy poprzedniego ustroju. Czy uda się rozwikłać zagadkę zabójstwa? Dlaczego młody człowiek musiał zginąć?

Krótka instrukcja obsługi psa to literacki debiut dziennikarza Krzysztofa M. Kaźmierczaka. Czytając powieść, można wyczuć w niej reporterski pazur. Czytelnik obcuje z fikcją, jednak może mieć poczucie mocnego osadzenia tejże w prozaicznej rzeczywistości. Cała intryga opisana jest z dziennikarskim zacięciem, bez zbędnych dygresji, bez poruszania zbyt wielu wątków pobocznych. Dla jednych może to być zaleta, jednak w kilku miejscach przydałoby się szerzej zarysować kontekst.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

David Gemmell - trylogia TROJA

David Gemmell jest uznawany za jednego z najlepszych pisarzy heroic fantasy i autorem tak zwanego cyklu trojańskiego TROJA, w skład którego wchodzą trzy powieści „”Pan srebrnego łuku”, „Tarcza gromów” i „Upadek królów”. 

Ktoś może zastanawiać się, co na blogu poświęconemu literaturze grozy i kryminałowi robi recenzja cyklu fantastycznego. Czasami zdarza się, że wrzucam tutaj opinie niektórych powieści z tego gatunku. Tak, czytam i takie rzeczy. Jednak staram się ogólnie stronić od powieści pełnych elfów, smoków i magicznych artefaktów,a wyszukiwać tytuły, którym bliżej do powieści historyczno-przygodowej. Gdybyście poszukali niżej, to znajdziecie opinie o książkach: Joe Abercrombiego, Miroslawa Zambocha, Jacka Łukawskiego czy tytułach w klimacie steampunk. W opiniowanych powieściach i opowiadaniach raczej nie uświadczycie „heroicowych”, typowych dla gatunku elementów. Przecież powieść fantasy, to nie tylko wspomniane smoki. Nie wiem ile jest gatunków fantasy, pewnie sporo, wiec na szczęście zdarzają się także bardziej realne historie, osadzone w średniowiecznych klimatach, lub czasach podobnych, znanych z powieści historycznych, lub czerpiących z nich.
Ok, coś magicznego zazwyczaj tam znajdziemy.

wtorek, 9 sierpnia 2016

Andrzej Wardziak - Siódma dusza.


Powiem szczerze, że po „Siódmą Duszę” Andrzeja Wardziaka sięgnąłem, bo coś mnie do tej powieści ciągnęło. Nie wiem co, może była to doskonała okładka autorstwa niezmordowanego Darka Kocurka, może dość pochlebne recenzje pierwszego jeszcze wtedy wydania „Infekcji”, może laurka na skrzydełku książki wystawiona przez Sebastiana Sokołowskiego i Łukasza Radeckiego, a może dość skrajne opinie w sieci, a to zawsze mnie pociąga i na ogół trafiam wtedy dobrze. Na pewno nie zachęciło mnie streszczenie samej powieści, gdzie pomysły i tło wydały mi się bardzo wtórne.
 „Siódma Dusza” to historia Marcina i kilku jego przyjaciół, którzy postanawiają spędzić piątkowy wieczór w położonej na odludziu wiekowej posiadłości, odziedziczonej po tragicznie zmarłym wuju głównego bohatera. Szybko okazuje się, że nie są tam sami, a to, co w pierwszej chwili wydaje się spełnieniem marzeń, szybko zamienia się w ponury, absurdalny koszmar. Dziwne, trudne do wytłumaczenia zdarzenia towarzyszą czytelnikowi od samego początku powieści, trzymając go w napięciu i wodząc za nos aż do ostatniej strony książki.
Mniej więcej to mówi opis zamieszczony przez wydawcę z tyłu książki. Jak jest naprawdę?