środa, 23 września 2020

Marcin Mortka "Miasteczko Nonstead"

Z „Miasteczkiem Nonstead” zetknąłem się osiem lat temu, gdy po raz pierwszy zostało opublikowane nakładem Fabryki Słów. Pamiętam, że po okresie zaczytywania się horrorami miałem w końcu przesyt tego typu literatury i „uciekłem” w rejony literatury fantastycznej. Za namową żony postanowiłem ponownie przeczytać horror. Moim szczęściem było to, że pierwsze dwie książki za które złapałem, to były „Dom na wyrębach” Stefana Dardy i właśnie książka Marcina Mortki. Ta druga fantastycznie wydana, w twardej oprawie z grafiką, która niosła za sobą coś groźnego i niesamowitego. I wtrącając – ta pierwsza wersja Miasteczka jest w moim odczuciu lepiej wydana graficznie. No, ale ok.

Przeczytałem „Miasteczko Nonstead” i zachwyciłem się tą książką. Już nie pamiętam dokładnie dzisiaj tych emocji, ale wywarła na mnie tak duże wrażenie, że umiejscowiłem ją w swojej topce najlepszych polskich, współczesnych horrorów.

Z radością dowiedziałem się jakiś czas temu, że Marcin Mortka nie dość, że ponownie zaistnieje na rynku Miasteczkiem, to do tego, dopisze dalszą część, którą już zapowiada Wydawnictwa Videograf we wrześniu br. – „Hellware”.

Nie pozostało mi nic innego, jak odświeżyć sobie „Miasteczko Nonstead”.

Nie będę może rozpisywał się nad treścią powieści, notka wydawcy w sumie dość dokładnie opisuje cóż nas czeka podczas lektury.  

Młody brytyjski pisarz Nathaniel McCarnish ucieka przed swoją przeszłością. Ucieczka przywodzi go do Nonstead, zagubionego wśród lasów amerykańskiego miasteczka, które na pierwszy rzut oka nie różni się niczym od tysięcy podobnych. W Nonstead bowiem całkiem przypadkowo Nathan przeżył najbardziej romantyczną przygodę w życiu i liczy, że wśród wspomnień znajdzie ukojenie.

Tymczasem los krzyżuje jego ścieżki z kobietą, której córka rozmawia z nieziemską istotą. Radio odbiera audycje, których odebrać nie powinno. Gdzieś wśród drzew kryje się Samotnia – stara chata, którą wielokroć palono, a nadal stoi.

Wnet Nathan przekonuje się, że wśród mgieł Nonstead czyha tajemnica, nieprzyjemna, śliska i złowroga. To, że wszyscy usilnie próbują o niej zapomnieć, w niczym nie pomaga, bo tajemnica lubi wyciągać łapy po przybyszów. Pazurzaste łapy.

Jak wrażenia po ponownej lekturze?

Podtrzymuję swoją opinię, zawartą w blurbie na okładce, że to jeden z najlepszych polskich współczesnych horrorów. Oczywiście nie mam tutaj na myśli jakiejś ambitnej literatury, bo przecież sam gatunek horroru w ostatnich latach rozrósł  się nam niemiłosiernie.  „Miasteczko Nonstead” to literatura popularna, chciałby się powiedzieć, że lekka i przyjemna, gdyby nie fakt, że gatunkowo umiejscowić ją trzeba właśnie w horrorze. To coś pomiędzy slasherem, a twórczością Kinga czy właśnie wspomnianego powyżej Dardy. Marcin Mortka wspaniale oddał klimat tajemnicy i grozy w niemal odizolowanym miasteczku, gdzie wydawałoby się, że każdy z mieszkańców ma swoje mroczne tajemnice. To powieść, gdzie akcja pędzi szybko na jednej płaszczyźnie. Nie ma dłużyzn, zbędnych opisów i wątków pobocznych. Mortka  potrafi zaskoczyć, na pewno także wystraszyć i przerazić. Pomimo braku mocnych i krwawych opisów, nie raz, ciarki biegały mi po plecach.

Największym plusem powieści jest właśnie klimat, mroczny, lepki, deszczowy i tajemniczy. 

Z dzisiejszej perspektywy, wydaje się mi, że kilka drobnych wątków zostało jakby rzuconych czytelnikowi i nie dociągniętych do końca (osiem lat temu, tego nie zauważyłem, a przynajmniej nie pamiętam). Może warto było temat rozmów dziewczynki czy telefonów pastora pociągnąć dalej? Pewnie otrzymalibyśmy wtedy zupełnie inną opowieść.

Mimo wszystko nie rzutuje to znacząco na dzisiejszy odbiór Miasteczka. Nadal czyta się to świetnie. To kawał dobrego, polskiego horroru. Z niecierpliwością czekam na „Hellware” i z nadzieją, że będzie to jeden z lepszych horrorów 2020 roku.

 

sobota, 29 sierpnia 2020

"Dracul" Wampir wiecznie żywy. Recenzja

Dracul – mroczna biografia łowcy wampirów

 

Mając w pamięci koszmarnie nieudany twór powieściowy Dacre Stokera - „Dracula. Nieumarły” (napisany wspólnie z Ianem Holtem), bardzo obawiałem się tej książki. Jednak zaintrygowany udziałem w projekcie J.D Barkera – całkiem sprawnego autora powieści z pogranicza thrillera i horroru – postanowiłem sprawdzić, co tym razem chce – w towarzystwie – zaserwować nam potomek autora „Draculi”.


„Dracul” powstał na bazie ponad stu stron notatek, jakie Dacre Stoker miał przypadkiem odnaleźć w spuściźnie po swoim sławetnym przodku. Cóż, dość naciągane wydaje mi się to twierdzenie o „odkryciu”, śmiem poddawać w wątpliwość autentyzm owych notatek, które są wg mnie tylko zabiegiem marketingowym, mającym usprawiedliwiać powstanie tej powieści…

Nie zmienia to faktu, że „Dracul” to pozycja zaskakująco udana. Sprawnie napisana, umiejętnie odświeżająca motyw wampira, z jednoczesnym dość konsekwentnym trwaniem przy wampirycznej konwencji. Uczynienie głównym bohaterem samego Brama Stokera dodaje smaczku i pozwala nam nieco więcej dowiedzieć się o samym legendarnym autorze, a całość solidnie osadzona jest w historycznych realiach Irlandii.

I to – trzeba przyznać – eksperyment, który się udał.

 Główną zaletą tej książki jest obszerne czerpanie z życiorysu Brama Stokera, będącego, jak wspomniałem, głównym bohaterem całej historii. Fabuła zaczyna się już w czasach jego wczesnego dzieciństwa, kiedy to Bram trawiony był licznymi chorobami, praktycznie wykluczającymi go z życia społecznego i uniemożliwiającymi normalne funkcjonowanie, poprzez przykucie do łóżka, co przekształca się w pewnym momencie w formę fobii społecznej i przestrzennej. Sam okres ten –  przypadający na bolesną dla Irlandii falę głodu, wyniszczającą kraj – jest ciekawie zaimplementowany w realia historyczne.

Opowieść wampiryczna jest tu, rzecz jasna, obecna. I to mocno zarysowana, w postaci tajemniczej opiekunki małego Brama oraz dwójki z jego rodzeństwa – Ellene Crone. Jej przybycie do posiadłości państwa Stokerów zdaje się szczęśliwym zrządzeniem losu, jednak jej rola w opiece nad dziećmi szybko okazuje się nieoceniona i niezbędna wręcz, przez co opiekunka zyskuje znaczącą dozę zaufania.

Kiedy w okolicznym miasteczku dochodzi do fali tajemniczych zbrodni, nikt nie wiąże tego z pracownicą Stokerów, jednak zagadkowe i cudowne wręcz uleczenie małego Brama, będącego na granicy śmierci, przed nim samym stawia wiele pytań i rodzi wątpliwości. Chłopca prześladują koszmary, związane z Ellen właśnie i choć z początku sam nie umie odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile to, co pamięta, było prawdą, na ile majaczeniem osłabionego gorączką umysłu, to jednak przemiana, jaka w nim powolnie następuje budzi w nim pragnienie rozwikłania zagadki. Jego próby odkrycia, co ukrywa opiekunka rodzą kolejne pytania, a cała historia okazuje się o wiele mroczniejsza niż Bram i jego siostra Matylda, która szybko stała się wspólnikiem w śledztwie, mogliby przypuszczać. 

To powieść która udanie odwołuje się do literackiej klasyki, będąc rzecz jasna tylko ich uwspółcześnioną wersją. Stylizacja językowa jest tu nieprzesadzona, co czyni powieść przystępniejszą dla współczesnego czytelnika. Owszem, nie do końca może zadowolić miłośników  wiktoriańskich powieści grozy, jednak nieobytego w klasyce czytelnika może zaintrygować i zachwycić na tyle, że stanie się dobrym punktem wyjścia do sięgnięcia po inne powieści z tamtego okresu.

Grozy jest tu mnóstwo, jednak nie jest to dynamika, do jakiej przyzwyczaił nas współczesny horror. Powieść bardziej gra klimatem, nastrojem, historycznym tłem i całościową oprawą opowieści, osadzoną mocno w realistycznej historii samego Brama Stokera, stopniowo, krok po kroku odrealnianej przez wprowadzenie wątków nadprzyrodzonych. Tych, które w efekcie miały pchnąć pisarza do stworzenia najważniejszego dzieła w swoim życiorysie – „Draculi”.

Mam wrażenie, że nazwisko Dacre Stokera jest tu tylko ze względu na prawa do czerpania ze spuścizny legendarnego autorami, bowiem jego współczesny potomek, mimo wielkich chęci, nie jest przesadnie dobrym pisarzem. Tu, mam wrażenie, oddał pola dużo sprawniejszemu w pisarskim rzemiośle koledze po fachu, co niewątpliwie wyszło powieści na dobre. Wybór J.D. Barkera też zapewne przesądził o powodzeniu przedsięwzięcia, bowiem pierwsza książka, którą Dacre Stoker pisał wraz z Ianem Holtem okazała się niestety koszmarnym warsztatowo paszkwilem, chcącym udawać sequel legendarnej powieści. Tutaj, w „Draculu” mamy i lepszy pomysł wyjściowy i zdecydowanie lepsze wykonanie, które plasuje nową powieść Stokera i Barkera na pozycji może nie literatury wybitnej, ale jednak interesującej. To dobrze napisana literatura popularna, która sięga po ograny motyw, ale wykorzystuje go sprawnie, przetwarzając w intrygującą opowieść.


Polecam tym, którzy kochają nieprzemijającą miłością klasyczne wyobrażenie wampira oraz tym, którzy cenią sobie nastrojowe, klimatyczne, mroczne, aczkolwiek dość stateczne opowieści.

 

 

Mariusz Wojteczek

czwartek, 16 lipca 2020

Robert Mason "Powiedz, że się boisz"


„Powiedz, że się boisz”  Roberta Masona ponownie ukazało się na rynku. To bodaj drugie wydanie Vespera tej książki. Pierwsza swego czasu na aukcjach internetowych osiągała „nieprzyzwoite”,  jak na książkę ceny.

„Powiedz, że się boisz” to wspomnienia pilota śmigłowca Huey, który zaraz po szkoleniu, w 1965 roku znalazł się w Wietnamie, wraz z nowo utworzoną 1. Kawalerią Powietrzną. To jedna z najbardziej charakterystycznych jednostek wojny wietnamskiej, a dzięki filmowi Coppoli „Czas apokalipsy” także jedna z najbardziej znanych.  Któż nie zna hasła „Lubię zapach napalmu o poranku”. 

„Powiedz, że się boisz”, to obraz kilku lat wojny wietnamskiej (1965-1968) widziany oczami żołnierza. I koncentrujący się na własnych wspomnieniach. Nie znajdziemy tutaj analizy sytuacji politycznej, jak chociaż by w rewelacyjnym „HUE 1968. Wietnam we krwi”. Po dość ogólnym zaznaczeniu tematu zaciągu do armii i kilkumiesięcznego szkolenia, trafiamy w sam początek wojny. 

środa, 15 lipca 2020

Stefan Darda "Jedna krew"


Z prozą Stefana Dardy zetknąłem się... już nie pamiętam kiedy. Na pewno dobrych kilka lat temu, gdy na nowo zaczynałem swoją przygodę w literackim horrorem, a na bok odłożyłem inne gatunki. Jakoś tak coś mnie szarpnęło i po złotej erze horroru w Polsce powróciłem do grozy. Mniej więcej w jednym czasie przeczytałem „Miasteczko Nonstead” Marcina Mortki, którą to powieść uważam do dzisiaj za fenomenalną, „On” Łukasza Henela i „Dom na Wyrębach” właśnie Stefana Dardy. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że klimat w jakim obraca się Darda to tzw. „village horror”, czyli upraszczając (bardzo) horror z wiejskimi klimatami, o pewnych charakterystycznych chwytach. Ale to nie ważne. 
Od czasu „Domu na Wyrębach” stałem się fanem Dardy, po kolei pochłaniałem jego kolejne powieści, aż do ostatnich dwóch, gdzie autor odszedł bardziej w kierunku kryminału, czy powieści obyczajowej. Niestety nie poradził sobie tam dobrze, dlatego z niecierpliwością oczekiwałem nowego horroru autora, który kilka tygodni wcześniej zapowiedział Videograf.

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

Dom między chmurami - C. Klobuch


„Dom między chmurami” to pierwszy tom nowego cyklu fantasy. I jak podchodzę do powieści z tego gatunku ( zwłaszcza seryjnych) z dużą dozą ostrożności (bowiem rzadko udaje im się przykuć na dłużej moją uwagę, nie męcząc w trakcie lektury), tak tutaj, na wstępie przyznaję, że jestem bardzo pozytywnie zaskoczony.

O autorze nie wiem zgoła nic. Niniejsza książka to jedyna pozycja spod jego pióra, jaką udało mi się odnaleźć w czeluściach internetu, a zapis imienia jako inicjał sugeruje, że  być może jest to pseudonim. Przyznaję szczerze – nie wiem.  Podjąłem się więc lektury z czysta karta, zupełnie nie wiedząc, czego się spodziewać, czego oczekiwać. Może to i dobrze? Od początku zakładałem debiut literacki, jednak – jeśli tak jest rzeczywiście – to mamy do czynienia z zaiste znakomitym warsztatowo debiutantem, który nie tylko doskonale panuje nad formą, ale też świetnie radzi sobie z treścią.
Powieść kryje w sobie wiele elementów bardzo dla fantasy charakterystycznych, jednak dawkowanych w zupełnie zaskakujących proporcjach. Cała opowieść toczy się zresztą nie na królewskim dworze, a rzecz nie idzie o wielkie, epickie bitwy wielotysięcznych armii, a wręcz przeciwnie. Mamy odległą, względem stolicy Wielkiego Księstwa Ostrowu, prowincję i skromnego, przygranicznego namiestnika Derwana, który zresztą nie dysponuje zbyt licznymi siłami do obrony wzmiankowanej granicy.

piątek, 3 kwietnia 2020

Imię Boga - Michał Dąbrowski


Nadszedł czas spełnić wolę Boga. Nadszedł czas wypełnić przeznaczenie.
W Aazh, stolicy rozciągającego się na pół kontynentu Cesarstwa, toczy się niebezpieczna gra pomiędzy różnymi siłami władającymi miastem. Cesarz, potężne Kolegium Kościoła, tajemniczy szpiedzy i gildie złodziei prowadzą swoją walkę zarówno w pałacowych korytarzach i okazałych świątyniach, jak i w mrocznych i ciasnych tunelach Podmiasta.

Ethon i Lheiam, młodzi adepci sztuki medycznej, przeprowadzają zakazane badania pod okiem ich mistrza i jego tajemniczych mocodawców. W trakcie swoich eksperymentów napotykają coś, co może wstrząsnąć miastem i całym krajem. Niespodziewanie znajdą się w samym środku niebezpiecznych intryg.

Pierwsze co, gdy dotarło w moje ręce „Imię Boga” pomyślałem „O Jezzzzu, co za cegła, ale będę brnął” :D 
Dlatego też z pewnym oporem zabrałem się za lekturę, bo nie miałem jakieś szczególnej ochoty pogrążyć się w kolejnym tomiszczu. 
Jednak ku mojemu zaskoczeniu, nim się obejrzałem byłem na setnej stronie i nie w głowie było mi odłożyć ten tytuł na półkę. Akcja książki może nie pędzi ekspresowo, jednak wciąga. Mamy kilku bohaterów, którzy zbudowani są bardzo ciekawie, nie sztucznie, nakreśleni są bardzo dobrze, a z czasem autor odkrywa coraz więcej kart z ich przeszłości i zapętla wątki w jeden główny, prowadzący.  Dąbrowskiemu udało się uniknąć „bałaganu” co jak na debiut autora należy uznać za duży plus.

Imię Boga - Michał Dąbrowski - reagment powieści

Lori westchnęła ciężko. Założyła czarny kapelusz z szerokim
rondem i białym piórem, a do pasa przypięła pistolet
i szablę. Rzuciła jeszcze tęskne spojrzenie na łóżko,
a w zasadzie na stojącą pod nim skrzynię, po czym wyszła,
wiedząc, że nigdy już tu nie wróci.
Ciasnymi uliczkami, wciśniętymi między rozsypujące się
kamienice, zmierzali w stronę Starego Portu. Jakieś dwieście
lat wcześniej Aazh wciąż leżało nad morzem, a Stary
Port, wówczas nazywany po prostu portem, był dumą
i chlubą Północy. Z czasem, i wraz z cofającym się morzem,
cała żegluga przeniosła się do Nowego Portu nad rzeką
Nherią, po drugiej stronie miasta.
Stary Port, oddalony teraz dziesiątki kilometrów od morza,
został w części wyburzony, a na jego miejscu najbogatsi
mieszkańcy miasta – arystokracja, duchowieństwo i potężni
kupcy – postawili pałace otoczone ogrodami i parkami.
Pozostał jednak spory fragment dzielnicy, wysunięty
najdalej na północ, gdzie niegdyś tętniły życiem składy
i faktorie handlowe, a który teraz był azylem dla biedaków
i przestępców.

czwartek, 5 marca 2020

Jozef Karika - Ciemność

„Ciemność” to trzecia wydana w Polsce książka słowackiego mistrza horroru. Poprzednie tytuły spotkały się z bardzo dobrym przyjęciem, a na blogu Oka lądowały zawsze wysoko w rocznych podsumowaniach.

I tym razem Karika zabiera nas w słowackie góry, znowu mamy zimę. Tym razem wzięty scenarzysta, któremu sypie się życie osobiste, postanawia na święta wyjechać z domu do samotni w górach. Trafia do starej rodzinnej chaty, którą zbudował jego ojciec. Bez zasięgu, bez prądu, z prowiantem ledwo na trzy dni postanawia odreagować codzienne życie.
Sam pomysł na fabułę wydaje się już znany i z pewnością pojawiał się w innych powieściach. Z początku wszystko dzieje się zgodnie z planem, jednak aby ulżyć zmęczonym oczom wkrapia sobie krople i zaczyna się dramat. Ślepnie.

„Ciemność” to świetna powieść o strachu, samotności i walce z wydawałoby się normalnymi sytuacjami. Niewidomy bohater musi przetrwać i znaleźć pomoc. Jednak okazuje się to bardzo trudne, tym bardziej, gdy przypomina sobie o legendzie człowieka w żółtym płaszczu, a w chacie słychać odgłosy kroków.

wtorek, 11 lutego 2020

Mark Robert Bowden - Hue 1968. Wietnam we krwi


Tradycyjnie wietnamskie święto Tet  było okazją do zawieszenia broni. Respektowały to obie strony, zarówno Viet Cong jak i armia południowo wietnamska. Była to okazja do świętowania i radości – jakby to nie zabrzmiało. Niebo zdobiły przemieszczające się po nim lampiony i wybuchały fajerwerki. Rodziny spotykały się w domach i świętowały.
Jednak nie w roku 1968.

Plan północno wietnamskiej operacji Tet zakładał ofensywę niemal na całym froncie, wybuch rewolucji i zajęcie kilku głównych miast, które dotychczas były w rękach armii amerykańskiej i jej sojuszników. Przygotowania zaczęły się dużo wcześniej i wiedziało o nich CIA, jednak naczelne dowództwo amerykańskich wojsk bagatelizowało te raporty. Oczywiście Amerykanie spodziewali się ataku, jednak nie na taką skalę i w innym rejonie. 
Od kilku tygodni wojska rewolucyjne i Viet Cong przemieszczały się w okolice miasta Hue. Często był to długotrwały i trudny masz, nocami, przez zalesione tereny i pola ryżowe. Unikano otwartych szlaków, aby jak najdłużej zachować w tajemnicy plany operacji.

poniedziałek, 3 lutego 2020

Hanna Jameson "Ostatni". Pomysł na nowe postapo?


„Ostatni”, ten tytuł siedział mi w głowie od grudnia 2019 jak, tylko dotarł w moje ręce. Z jednej strony miałem ochotę na coś nowego, innego niż dotychczasowe moje lektury. Z drugiej pojawiały się reklamy, że mamy tutaj klimat jak w „Lśnieniu” Kinga i od razu zapaliła się mi lampka ostrzegająca, a więc należy sprawdzić. Znowu gdzieś w notce wydawcy przeczytałem, że to świetny thriller z morderstwem w tle, w klimacie postapokalipsy, końca świata, wojny atomowej, zagłady ludzkości itd. 
Hmmm. No intrygujące.

No i co począć? Taki miszmasz w jednej powieści, mógł oznaczać, że będzie bardzo ciekawie lub, że czeka mnie kompletna klapa i kolejny przereklamowany tytuł.

Zacznijmy jednak po kolei.

„Barbarzyńskie morderstwo, jeden hotel i dwudziestu ocalałych. Jak można czuć się bezpiecznie, gdy morderca jest wśród nas?
Amerykański historyk – Jon Keller – jedzie na konferencję naukową do Szwajcarii. W trakcie dowiaduje się, że świat się kończy. W Waszyngtonie i kilku światowych stolicach doszło do ataku nuklearnego. Podczas gdy gasną światła cywilizacji, mężczyzna zastanawia się, czy jego żona Nadia i ich dwie córki wciąż żyją. Jon żałuje też, że zignorował ostatnią wiadomość od Nadii.
Oprócz Jona w hotelu znajduje się dwudziestu ocalałych. Z dala od najbliższego miasta walczą o przetrwanie. Pewnego dnia w zbiorniku na wodę pitną znajdują ciało dziewczynki. Oczywiste jest, że została zamordowana. Ktoś z mieszkańców hotelu jest zabójcą.
Jon zaczyna popadać w paranoję. Na własną rękę stara się prowadzić dochodzenie, aby odnaleźć mordercę. Seria dziwnych samobójstw, tajemnicze zaginięcia i nadprzyrodzone zjawiska nie są sprzyjającymi okolicznościami. Czy powinien zaryzykować wydostanie się z hotelu? Można tylko mieć nadzieję, że apokalipsa będzie mniej przerażająca…”
Opis wydawcy.

niedziela, 19 stycznia 2020

Tim Lebbon - Milczenie



Zacznę inaczej niż dotychczas. Jeszcze w starym, 2019 roku, otrzymałem z Zyska książkę w pdfie z prośbą o recenzję na blogu oraz propozycją napisania blurba na okładkę. Przystałem na to, bo zapowiedź dołączona do grafiki okładki wydała się mi bardzo interesująca. W końcu nie często na rynek literackiego horroru trafia historia o apokalipsie, którą zgotowały człowiekowi zwierzęta. W tym przypadku latające, niemal bestie z piekła rodem, hybrydy dinozaurów i nietoperzy, które przez miliony lat ewoluowały w zamkniętym systemie jaskiń i gdy tylko otrzymały „oddech świeżego powietrza” ruszyły na żer.
Wrzuciłem zapowiedź na fanpejdż Okiem na Książki, na FB, i od razu pojawiły się głosy, że jeżeli powieść trzyma poziom ekranizacji, to wyszło średnio. Ha! Pojęcia nie miałem, że „Milczenie” zostało zekranizowane i można na jednej z platform obejrzeć je pod tytułem „Cisza”. Gdy tylko skończyłem lekturę, wrzuciłem sobie film i…..
Rozczarowany dziełem filmowym byłem sromotnie. Film zachowuje oczywiście szkielet powieści. Mamy tych samych bohaterów, te same monstra-potwory, bez zmian pozostaje także cel naszych bohaterów, pojawia się sporo scen z książki i to wszystko. Mało czy dużo, pewnie z czasem ocenicie sami.

wtorek, 17 grudnia 2019

Najciekawsze horrory 2019 roku


Zastanawiałem się, czy w robić podsumowanie najlepszych książek, które przeczytałem w tym roku. Powodów było kilka. Po pierwsze, z powodu braku czasu w codziennej gonitwie nie przeczytałem tyle tytułów, ile bym sobie życzył. Do kilku książek należałoby wrócić, ponieważ odstawiłem je po kilkudziesięciu stronach, czekając na „ten czas”. Znowu tradycyjnie nie skupiałem się tylko na horrorze, jak to bywało ostatnimi laty. Więc gdzieś tam kiełkowała myśl, aby zrobić podsumowanie najlepszych powieści i zbiorów opowiadań, nie patrząc na ich gatunkowość. Rok 2019 to także rok, pięknie wydanych książek, gdzie walory estetyczne zachęcały do lektury (tak jestem też wzrokowcem i zdarza się mi kupić książkę dla okładki). Wyszło ich tak wiele, że próba podsumowania tej kategorii skończyłaby się na kilkunastu (przynajmniej) tytułach. 

poniedziałek, 16 grudnia 2019

John Boyne - Nawiedzony dom


Nie będę ukrywał, że historie o nawiedzonych domach należą do moich ulubionych, dlatego też z wielkimi nadziejami czekałem na premierę „Nawiedzonego domu” Boyne`a , który właśnie ukazał się nakładem wydawnictwa Stara Szkoła. Tym bardziej, że autor znany jest raczej z zupełnie innej literatury. Przecież „Chłopiec w pasiastej piżamie”  to książka znana i uznana na całym świecie. Bardzo byłem wiec ciekawy, jak autor poradził sobie z typowym ghost story. Od razu napiszę, że wyszło świetnie i książka z pewnością jest jedną z ciekawszych pozycji, które przeczytałem w tym roku i chyba jednym z najlepszych horrorów ostatnich lat.

Dodatkowo moje oczekiwania odnośnie „Nawiedzonego domu” wzmógł blurb Jakuba Bielawskiego, autora rewelacyjnej „ĆMY” i zbioru opowiadań „Słupnik”. Zwyczaj z dystansem podchodzę do polecajek na okładkach książek, jednak tym razem, postanowiłem zaufać. No i się nie zawiodłem!

sobota, 14 grudnia 2019

Nawiedzenia w literaturze grozy. Szybki przegląd


Nawiedzone dwory, domy, posesje, to sztandarowy element literackiej grozy. Duchy, buszujące po schodach zamczysk straszyły nas – czytelników – już od XIX wieku. Mam wrażenie, że w całym repertuarze horrorowych możliwości, poczynając od: psychopatycznych morderców, indiańskich demonów, zabójczych aligatorów, aż po cały asortyment potworów Cthulhu, to nawiedzenia miejsc są jakby zapomniane. Oczywiście zgoła inaczej jest w horrorze filmowym, tam co chwila otrzymujemy kolejne rodziny, muszące poradzić sobie ze skokami temperatur, samo jeżdżącymi zabawkami, otwierającymi się oknami, zgrzytami, jękami i zawodzeniami, aż w końcu atakami istot, czy nadnaturalnych bytów. Można pisać i pisać, a raczej oglądać i oglądać. Ale wracamy do literatury.

wtorek, 10 grudnia 2019

Radtka Trestikova - Osiem


Jak dotąd czeskie kryminały nie były  zbyt popularne wśród polskich czytelników, nie były też jakoś specjalnie promowane Na szczęście ten trend zmienia się bardzo na plus dla naszych południowych sąsiadów. Dzięki Wydawnictwu Stara Szkoła mamy wspaniałą okazję poznać literaturę inną ta, do której przywykliśmy.
Mamy to! 
Jest Radtka  Trestikova i jej Osiem, książka sprzedana w nakładzie 100 000 egzemplarzy tylko w samych Czechach!

Młoda kobieta zostaje znaleziona w Lasku Diablickim. Okazuje się, że ktoś ją postrzelił, nieprzytomna zostaje przewieziona do szpitala. Wśród podejrzanych są osoby z jej najbliższego otoczenia. Na liście jest były narzeczony, rodzina u której pracowała jako opiekunka do dzieci oraz jej przyjaciółka. Policja nie ma punktu zaczepienia, piękna Misza leży na szpitalnym łóżku, a jej stan nie ulega poprawie.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Osada - Camilla Sten


Wszystko ma swój początek sześćdziesiąt lat temu, gdy w tajemniczych okolicznościach, w ciągu jednego dnia znika populacja niewielkiego górniczego miasteczka. Kilkaset osób zapada się pod ziemię i do dnia dzisiejszego nikt nie wie, co tam się wydarzyło. Policyjne śledztwa utknęły w martwym punkcie, wszelkie próby rozwiązania tej zagadki spełzły na niczym.
Aż do dnia, w którym do Silvertjarn przyjeżdża wraz z czteroosobową ekipą filmowców młoda dokumentalistka. Alice zebrała fundusze na nakręcenie materiału o wydarzeniach z przeszłości i zamierza poznać przyczynę zniknięcia mieszkańców osady. Wychowana na opowieściach swojej babci, młoda kobieta już od pierwszego dnia zagłębia się w historię tego miejsca.
Ekipa ma pięć dni, a czas ucieka nieubłaganie...
Od samego początku ta historia jest pełna napięcia i mrocznych sekretów.
Osada jest tak świetnie napisana, że po zakończonej lekturze pomyślałam o jej ekranizacji. Oczyma wyobraźni już widziałam jej bohaterów na dużym ekranie. Camilla Sten rewelacyjnie połączyła klimat z książek Stephena Kinga z motywami  Blair Witch Project. Atmosfera opuszczonego i zapomnianego przez wszystkich  miasteczka przenika czytelnika przez całą opowieść. Niebezpieczne wydarzenia, zwidy i pełne napięcia relacje między bohaterami książki wspaniale komponują się z obrazem tak nagle porzuconego miejsca. Wśród walących się budynków, wysokich i złowrogo szumiących traw czai się zło, któremu ktoś wreszcie musi stawić czoło.
Fenomenalnym zakończeniem autorka pokazała, że potrafi wprowadzić czytelnika w osłupienie.
Moje pierwsze spotkanie z córką słynnej brytyjskiej pisarki uważam za jak najbardziej udane. Polecam!

Beata Sokołowska - 100kiloksiazek

czwartek, 14 listopada 2019

Gałęziste - Urbanowicza w tle kilku zdań





W 2016 roku na rynku polskiego horroru pojawia się Artur Urbanowicz ze swoją powieścią „Gałęziste”. Książka ukazuje się w modelu vanity, co u wielu czytelników dyskwalifikuje ją od razu. Model wydawania książek przy współudziale finansowym autora, gdzie często redakcja i korekta kuleje, lub niemal wcale jej nie ma, utkwił w świadomości czytelnika, jak papierowy kicz. Oczywiście, od każdej reguły są wyjątki ,zarówno na rynku polskim jak i zagranicznym. Wielu uznanych dzisiaj autorów zaczynało publikować w ten sposób. Zresztą temat wraca jak bumerang przynajmniej kilka razy do roku i zawsze robi się dym na grupach w mediach społecznościowych.

niedziela, 27 października 2019

Michał Gołkowski - Świątynia na bagnach, Złote miasto


Kolejna seria, kolejny świat czy uniwersum Michała Gołkowskiego wskoczyło do mojej biblioteczki. Mam na myśli pierwsze dwa tomy: „Świątynia na bagnach” i „ Złote miasto” trylogii Bramy ze złota, która znowu wchodzi w większy cykl Siedmioksiągu Grzechu. Skomplikowane? Pomimo, że tak się wydaje, to uspokajam nie ma tragedii.

Wracając do Michała Gołkowskiego. Odbiłem się niczym płaski kamień od tafli wody, gdy sięgnąłem po cykl (?) Komornika, a dokładnie pierwszy tom i powiedziałem sobie, nie, nie, nie. Nie mam pojęcia czy to kwestia mojego nastawienia, czy po prostu ta apokaliptyczna historia kompletnie mnie nie zainteresowała. Znowu nie jestem także fanem postapo, którym chyba Gołkowski wbił się na stałe do stajni Fabryki Słów. Za to uwielbiam cykl Stalowe Szczury, czytać, słuchać i patrzeć z jaką charakterystyczną dla siebie werwą, popularny "Misza" opowiada, moim zdaniem o jednym z najwspanialszych uniwersów, jakie stworzyła ludzka fantazja. Uwielbiam i czekam z utęsknieniem na kolejne tomy. Mają być, to dobrze. 

Więc wracając do Bram ze Złota, podszedłem do nich ze spokojem, dystansem i pewną dozą nieufności. Wiecie jak to jest. Uważam, że jak ktoś pisze o wszystkim, to o tym wszystkim nie pisze dobrze. W sumie na razie jest przecież 1:1.

poniedziałek, 14 października 2019

Algis Budrys - Ten cholerny księżyc



 Ostatnio kompletnie nie mam czasu na czytanie. Dlatego też każdą lekturę staram się dobierać starannie, aby nie zmarnować czasu, aby klimatem trafić w swoje oczekiwania, aby to co znajdę na kartach powieści pochłonęło mnie, zainteresowało i w końcu, abym dotrwał do końca (hahahaha)

„Ten cholerny księżyc” czekał na mnie dość sporo czasu. Książka ukazała się w okresie, gdy obchodziliśmy okrągłą, pięćdziesiątą rocznicę lądowania człowieka na księżycu. Jednak to nie był dla mnie powód, aby sięgnąć po powieść Algisa Budrysa. Musiała po prostu swoje odleżeć w biblioteczce i nabrać odpowiedniej ilości kurzu. Ta czerwona okładka z minimalistyczną w sumie grafiką, jednak cały czas siedziała gdzieś w pamięci i na stosie książek do przeczytania w najbliższych dziesięciu latach, była dość wysoko.

czwartek, 22 sierpnia 2019

Alvin Schwartz - Upiorne opowieści po zmroku

Kompletnie nie wiedziałem czego się spodziewać po najnowszej pozycji Zyska. Myślałem, że to będą opowiadania, historie mroczne, straszne. Pełne krwi, nawiedzonych domów, szalejących po leśnych ostępach psycholi. Mówiąc krótko myślałem, że to zbiorek opowiadań w klimatach kinowych, amerykańskich slasherów. No i się rozczarowałem, ale zacznijmy od początku.

Książka jest naprawdę ładnie wydana, na porządnym papierze, w twardej oprawie, zaś okładkę zdobi filmowa grafika. Film możecie już zobaczyć w kinach. I tak mając w pamięci trailery filmu, wydaje się mi (jeszcze go nie widziałem), że kinowa wersja „Upiornych opowieści po zmroku”  może wydawać się mocniejsza, właśnie bliżej jej do często kultowych już horrorów niż książka.