Okiem na Horror

Okiem na Horror

sobota, 8 listopada 2014

Opowiadanie konkursowe 1 Urodziny Okiem na Horror. Zadanie nr2.

Życzę w imieniu Piotra i moim wspaniałej zabawy i powodzenia :)






Piotr Borowiec

Sprostowanie

Cmentarna brama prowadzi do innego świata. To jest granica, krawędź, a czasem bariera pomiędzy nami a królestwem spokoju. Ich królestwem, które ja mam zamykać i otwierać, gdy przychodzi odpowiedni czas.  Nad żeliwnymi okuciami bramy administratorzy umieścili tablicę informującą, iż cmentarz jest otwarty dla PT Publiczności w godzinach 9:00 – 17:00.  A co od piątej do dziewiątej? Ciemność i cień, beton i marmur, pomniki i krucyfiksy. Twarze ludzi na czarno-białych zdjęciach, wyglądających jakby byli w transie. Transie śmierci.
W którym świecie ja jestem? Sam już nie wiem. Mieszkam zaraz za ogrodzeniem, w domu przy cmentarzu.  Legenda mówi, że dom ten miał zbudować sam diabeł. Może coś w tym jest, niedaleko za terenem cmentarza jest wąwóz, który miejscowi nazwali Piekło. Lepiej tam nie chodzić. Tuz obok Piekła jest inny cmentarz, a w zasadzie smętarz. mniejszy, bardziej kameralny. Dzieciaki składają tam ciała swoich zwieżąt.
Diabła nie widziałem, ani nie słyszałem. Nawet w moim domu na granicy światów. Nigdy. Zmarłych, to co innego. Ich tutaj nie da się nie słyszeć, szczególnie w długie jesienne noce, gdy wiatr miota gałęziami starych wierzb, rosnących przy alejach nekropolii.  Giętkie jak trawa, nieustannie falują, sprawiając wrażenie, jakby cały teren poruszał się i żył. Z roku na rok ten szum jest coraz wyraźniejszy, coraz bardziej dla mnie klarowny. Oni opowiadają. Ciągle i bez ustanku.
Ja nie mogę tego nie słuchać.
U mnie za bramą są i żyjący, i zmarli, a nawet ci  pomiędzy. Żule, ćpuny, wariaci, dno. Już nie życie, jeszcze nie śmierć. Brama  do cmentarza to  ostatni przystanek, zaliczają go zaraz po tym, jak ochrona ich wyrzuci z galerii handlowych, a sokiści z dworca. Przychodzą żebrać, najliczniej na Wszystkich Świętych. Zazwyczaj to zwykli menele, takie  kurewskie zapijaczone łachudry. Jak pan Bóg kiedyś wysmarkał nos, to właśnie oni byli jego glutami. Wyglądają jak jacyś ludzie z bagien. Lata brania narkotyków, picia denaturatu, wegetacji w brudzie odcisnęły na nich przerażające piętno. Zniekształcone głowy i twarze. Nierównej długości ręce i nogi. Są, oczywiście wyjątki, takie jak Paweł. Inni żebracy zaczepiają ludzi, wyciągają ręce, wyuczonym błagalnym tonem pytają: „masz pan złotówkę?”, „wspomożesz pani potrzebującego”? Paweł nic, spuszczona głowa, tekturowy kartonik z prośbą o wsparcie kaleki.  Milczy. Siedzi zawsze tam, przy samym wejściu, jak jest grób pewnej kobiety, co to podobno zabiła pasierba aby jej własny syn mógł odziedziczyć majątek po ojczymie. Paskudna baba to była, ludzie mówią że widziała o losie chłopca więcej, niż chciała przyznać. A męża to sobie owinęła wokoło palca. Tak ludzie mówią. Ja tam nie wiem.

Tego akurat nie wiem.
Wiem dziesiątki innych rzeczy, których wiedzieć nie chciałem. Naprawdę. Ale ja nie miałem wyboru.
Paweł wie, na pewno wie, bo on miał dar. Prawdziwy i nadprzyrodzony, w przeciwieństwie do tych szarlatanów co to stawiają tarota albo wróżą w telewizji. Chociaż w tego tarota to bym  skłonny był uwierzyć. Jeden z tych, pożal się Boże, wróżbitów mi mówił, ze jedyne co w ich interesie może nie być ściemą, to właśnie tarot. Może tak, może nie.
Chłopak pochodził z dobrej rodziny. Ojciec był gliniarzem, dobrym i szanowanym, nie żadnym psem gończym którego można kupić za jakieś marne grosze. Facet miał sukcesy. Był tym komisarzem policji, który na niedostępnych bagnach zlokalizował i rozbił grupę sekciarzy składających ofiary okrutnym bogom.  Dla ludzi byli to zwykli szaleńcy, którzy najwidoczniej postradali zmysły twierdząc, że słyszą zew wielkiego Cthulhu. Tak samo sądził ojciec Pawła, dokonując aresztowań.
Ale on nie miał daru. Nie to co syn.
Matka miała zdolności innego rodzaju. Była świetną malarką, jej obraz przedstawiający samotne dziecko w łódce, patrzące się na opuszczony statek stał się jednym z najbardziej znanych dzieł sztuki współczesnej. Wspaniale, mówili ludzie. Malowała to ręka mistrza, zachwycali się  krytycy. Ta kobieta miała talent, to fakt.
Ale nie miała daru. Nie to co syn.
Albo ja.
Mieszkali w neogotyckim domu na wzgórzu, brzydkim, ale na pewno nie nawiedzonym. Paweł chodził do dobrej szkoły, w której nigdy nic się nie wydarzyło strasznego, może oprócz wypadku elektryka, który zginął montując tam instalację elektryczną. Nikt na Pawła nie miał złego wpływu, nie nękały go zagubione dusze, nie było to  przeklęte dziecię.
Dar uaktywnił się, gdy Paweł nauczył się czytać. W ich kościele, do którego chodził z rodzicami w każdą niedzielę, nad wejściem wikary umieścił cytat z Pisma: ŻADNEJ MUZYKI Z WYJĄTKIEM TEJ, KTÓRĄ TWORZY LUDZKI JĘZYK, RZECZE PAN. Jednak to nie muzyka stała się przyczyna szaleństwa Pawła, lecz właśnie ludzki język.
Szybko bowiem okazało się, że do Pawła przemawiają nagrobki. W ludzkim języku. Gdy tylko Paweł potrafił je przeczytać, te wszystkie „spoczywa w pokoju,” te „prosi o modlitwę”, tych „najukochańszych mężów”, i innych „najdroższych przyjaciół”, to nagrobki dopowiadały, jak to było naprawdę. Głosy w głowie, każdy jeden szepcący w ciemności samą prawdę. „Najukochańszy mąż”? Kłamstwo! Ten zmarły został wykończony we własnym domu przez żonę Sarę, kobietę od niego wiele lat starszą. „Najdroższy przyjaciel?”. Bzdura! Ten zmarły przed swoją śmiercią wstrzelił sześć kul w głowę człowieka którego nazywał najbliższym przyjacielem, i jeszcze śmiał twierdzić że go nie zabił. „Prosi o modlitwę?”. Łgarstwo! Ten zmarły diabłu pozwoliłby zgwałcić własną żonę, aby tylko zrobić karierę jako aktor.
Nagrobki szeptały, potem zaczęły głośno mówić, a w końcu wrzeszczeć. Paweł przestał więc odwiedzać cmentarze. Gdy w jego rodzinie miał odbyć się jakiś pogrzeb, gdy w pierwszy dzień listopada trzeba było pójść na groby wymienić zeszłoroczne sztuczne kwiaty na tego roczne sztuczne kwiaty, ten zachowywał się jak dziecko, które ma wejść samo w najciemniejszą cześć lasu. Wymyślał dziesiątki wymówek, znajdował setki powodów, byleby nie przejść przez cmentarną bramę, wejść w labirynt kamiennych płyt, białych napisów na ciemnym lastriko. Każda z nekropolii stała się dla Pawła jego osobistym złym miejscem. A złych miejsc należy unikać.
Paweł przez chwilę miał święty spokój. Niedługo.
Z czasem granice cmentarzy przestały chronić Pawła przed wrzaskiem, który wcześniej słyszał w swoje głowie, gdy tylko był na ich ziemi. Chłopak miewał koszmary. Umarli przychodzili do niego jak wojownicy nocy, przedstawiając w snach swoją prawdę. Miewał wizje, barwne i rozbudowane jak wielkie, sekretne widowiska tylko dla jednego widza.  Wrzask zamieszkał w nim na stale, chwytając jego umysł i dusze w nigdy nie ustępujących kleszczach lęku.
Paweł próbował z tym żyć,  ignorując  fakty, zaprzeczając prawdzie. Starał się przekonać samego siebie że jest co najwyżej bardziej niespokojny, szybciej się irytuje, jest czasem nieobecny, niekiedy roztargniony.  Obserwując swoje zachowanie i myśli,  stwierdził pewną nerwowość. Wmawiał sobie, że nie zauważa najmniejszych nawet zakłóceń wzroku czy umysłu, jak się tego można spodziewać. Stał się jednak bardziej zabobonny. Unikał w czasie podroży służbowych pokoi hotelowych z numerem 13. Swojego czarnego kota o imieniu Pluton oddał do schroniska. Przestał oglądać horrory.  Szukał pomocy u specjalistów, odnajdywał Boga.
I oczywiście nigdy już nie postawił stopy poza cmentarną bramą.
Wszytko na nic, sytuacja tylko pogarszała się. Wrzask nagrobków, na których wyryto nieprawdę stal się nie do zniesienia.  Miliony krzyków odpowiadały milionom kłamstw wyrytych w kamiennych płytach nekropolii całego świata. Zaczął się dziwnie zachowywać. Coraz ciężej przychodziło mu ukrywanie, iż widzi rzeczy i słyszy głosy. Leki uspokajające zmieniły się na ciężkie neuroleptyki, psychoterapeuci na psychiatrów, grupy wsparcia na oddziały zamknięte. Życie zaczęło się mu sypać po całości. Chyba punktem kulminacyjnym było odejście jego narzeczonej. Dziewczyna miała na imię Wilhelmina, kończyła właśnie kurs dla stenotypistek, pracowała jako nauczycielka. Swojego narzeczonego zostawiała dla jakiegoś prawnika z Londynu. Tamtego też porzuciła, tak na marginesie, dla emigranta z Rumunii.
Zobaczyłem go w tę noc, gdy nie był już w stanie okłamywać samego siebie. Wmawianie sobie, że wszystko w porządku, że da się z tym żyć jak z nie uleczalną migreną, stało się niemożliwe. Szedł drogą w świetle księżyca, a wyglądało to tak, jakby tu, na cmentarz, tą drogą nadchodził jakiś potwór. Przygotowywałem właśnie bramę  i ogrodzenie cmentarza na noc. Gdzieś podświadomie czułem, że akurat ta może być ostra. W monotonnej ciemności nocy chodziłem wokoło terenu z papierosem tkwiącym w kącikach ust. Nić dymu snuła się leniwie ponad moim ramieniem. Oglądałem każde okno, sprawdzając czy mocno tkwią w nich deski. Często deski pękały po gwałtownych atakach ze strony tych, którzy chcieli się wydostać i musiałem zastępować je nowymi. Nie znoszę tego zajęcia, ale muszę być skrupulatny. Podobno, dzięki dokładności, w swoim środowisku zawodowym jestem już legendą.
I w trakcie tego niezbyt ekscytującego zajęcia  zobaczyłem Pawła idącego na cmentarz.
Mamrotał coś pod nosem. Może próbował dyskutować, jakoś odpowiadać głosom w głowie. A najpewniej to prosił,  aby tamci przestali. My tak mamy, zawsze, do samego końca, zanim ostatnią myśl pożre szaleństwo, prosimy aby przestali. Musiał już długo się nie myć, zlepione brudem włosy wyglądały jak chitynowy pancerz jakiegoś gigantycznego insekta. Gdy na niego patrzyłem, miałem wrażenie iż jego ciało jest kruchą substancją, jakby zaraz się miał rozpaść na dziesiątki kawałków.  Pomimo to, znalazł dość sił, aby przyjść na cmentarz z gigantycznym, chyba ośmiokilogramowym młotem w ręku. Groźnie.
Jestem przygotowany na takie sytuacje. Każdy dozorca cmentarza ma jakąś kanciapę w której trzyma sprzęty potrzebne do swojej pracy. Moja mieści się w niewielkim pomieszczeniu gospodarczym na tyłach zakładu pogrzebowego „Nekroskop”. Konewki, miotły, kłódki, oraz metalowa szafa. W niej leżą rzeczy, których lepiej nie pokazywać ludziom. Jest breloczek, z zasuszoną małpią łapką, która spełnia życzenia, ale i przynosi nieszczęście. Na samym dnie szafy, pod stratami szmat i roboczych drelichów małe, żółte pudełko w kształcie serca. W środku świetnie zachowany, zawsze naoliwiony nagan i dziesiątki różnych pocisków. Wiele z nich to 7,62, pasowały idealnie. Raz tego musiałem użyć. Nie wobec tych, którzy w nocy chcieli się do cmentarza dostać. Wręcz odwrotnie, naprawdę dużo problemów może sprawić to, co chce się wydostać.
Wyszedłem na spotkanie Pawłowi, w ręku ściskając ciężki pistolet. Wiedziałem co go tu przygnało, nie wiedziałem co dokładnie chce zrobić. Młot był bardzo sugestywny, podobnie zresztą jak wyraz oczu szaleńca.  Gdy zbliżył się do mnie, z nieba zaczęły spadać pierwsze krople deszczu, które wkrótce zamienił się w rzęsistą ulewę.
- Wiem kim jesteś.  Ja też to słyszę, Paweł. Ten ich cholerny skrzek.
   Zanim powiedział cokolwiek, długo i starannie wycierał twarz mokrym rękawem. Nic to oczywiście nie dawało, skóra i tkanina jego zeszmaconej marynarki były tak samo mokre. Przestał dopiero po dwóch minutach, przerwał nagle, wyprostował się nieco. Przełożył młot do drugiej ręki, tej którą wcześniej walczył zawzięcie z deszczem zlewającym twarz.
- Ja je rozpieprzę. Mam młot, wiesz?
   Ach, o to mu chodzi.
- Widzę, Paweł, ciężko przeoczyć. Ale nie rozwalisz wszystkich nagrobków na których powypisywano bzdury o zmarłych. Nawet na tym cmentarzu. U nas, to wiesz, o zmarłych  dobrze albo wcale. O na tych cholernych płytach trzeba coś pisać.  Taki zwyczaj w naszym kręgu kulturowym. A jak ich to musi wkurwiać, to ja sobie potrafię wyobrazić. Dlatego wybierają czasem kogoś, kto jest dość wrażliwy, aby usłyszeć prawdę.  Być nawiedzonym przez koszmary, to znaczy ujrzeć prawdę, która powinna pozostać w ukryciu
   Mężczyzna upuścił młot. Wtedy zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę nie chciał nic nim rozwalić. Pewnie udawał przed samym sobą, że chce coś faktycznie zrobić. Tak jak wcześniej udawał, że może żyć z ciągłymi komunikatami z tamtej strony. Poczułem litość, albo nawet jakąś pogardę. Nie lubię takich szopek.
- To co... mam zrobić....?
- Oni czegoś zawsze chcą. Ja też to słyszę. Jestem dozorcą, pilnuje, aby tu nic nie weszło, nic nie wyszło. Oni się domagają pewnych rzeczy od ludzi którzy są wybrani.
- Czego wymagali od ciebie?
   Nie chciałem o tym mówić. Nie ma czym się chwalić, tak naprawdę.
-             Abym faktycznie był dozorcą. Pilnował granicy....
-             I co... jak dajesz im to czego chcą... to dają ci spokój?
Naprawdę nie chciałem o tym mówić. Facet może i był żałosny, ale nie miałem prawa odbierać mu resztek nadziei. Z drugiej strony, nie miałem też prawa go okłamywać.
-             Słuchaj...  Opowiem ci historię, taką upiorną opowieść. Było takich dwóch... lekarzy. Jeden to był jakiś Amerykanin, o imieniu Herbert. Drugi to Viktor, nazwisko jakoś tak z niemiecka brzmiało. Obaj mieli specyficzną obsesję, ożywania zwłok ludzkich. Wykradali ciała z kostnicy, albo nawet wykopywali świeżaków z grobów. Zanosili na opuszczoną farmę, niedaleko stąd i próbowali przywracać zmarłych do życia. Ten Wiktor to zszywał kawałki ciał, takie najświeższe, natomiast ten amerykaniec reanimował to, co tamtemu wyszło.... i wiesz... im się udało. A ja musiałem to posprzątać.  Razem z twórcami.
-             Tym gnatem który masz w ręku? 
   Tak, tym gnatem też. Oraz benzyną. Nie powiedziałem mu tego. Nie chciałem przywoływać słowem już więcej wspomnień ludzkich i nieludzkich wrzasków, jedynego dźwięku który zagłuszał groźby zmarłych. Bo to już  były groźby. Pozbawione subtelności ponaglenia, abym wziął się do roboty, i zrobił co do mnie należało.  Krzyki palonych były głośniejsze, a potem wszystko ucichło. Na chwilę.
   Skinąłem tylko głową.
- I co? Dali ci wreszcie spokój? - w glosie Pawła dała się słyszeć nadzieja, którą ja teraz miałem odebrać. Paskudna sprawa.
- Nie Pawle. Było jeszcze gorzej. Dostałem następne zadanie, potem kolejne a potem znowu następne. Wszystkie, oczywiście, jako dozorca.
-             Jakie to były zdania?
-             Gorsze.
   Widziałem jak nadzieja w nim gaśnie. Powracała desperacja, rozkwitając w oczach mężczyzny szkarłatnym blaskiem szaleństwa. Jeszcze kilka chwil się będzie trzymał, potem rozpadnie się faktycznie. Psychika zburzy się jak domek z kart, zrujnowana przez prawdę: oto nie ma ucieczki.
- Czego... oni.... chcą?!
- Nie wiesz? Ja jestem dozorcą, a ty?
- Prawnikiem...
- I oni chcę tego kim jesteś, niczego innego. Masz być ich adwokatem albo prokuratorem. Masz występować w ich imieniu. Masz prostować każde kłamstwo które o nich napisano. A im więcej sprostujesz, tym bardziej będą się tego domagać. Oni chcą twojej gęby, chłopcze. Abyś za nich gadał. Twój język, nie serce czy rozum, ma być oskarżycielem w ich imieniu.
Mój rozmówca nic nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa, w spokojną noc. Byłem pewien, że nie zrobi już nic. Popadnie w szaleństwo, w ciemną rozpacz. Nie podda im się, ani nie będzie się już bronił, a resztę życia spędzi gadając do sufitu w psychiatryku. Pomyliłem się co do niego. Miałem też rację, co najśmieszniejsze.
Nie doceniłem chłopaka, to był naprawdę twardy skurwiel. Ale poskutkowało, teraz dali mu spokój.
 Godzinę później stacja pogotowia ratunkowego otrzymała wezwanie. Młody mężczyzna, ofiara samookaleczenia, adres mieszkania Pawła. Sanitariusze znaleźli otworzone drzwi, i faktycznie, rannego człowieka. 
Paweł siedział w kucki w salonie swojego drogiego mieszkania na strzeżonym osiedlu. Podłoga wyłożona dębowymi klepkami była zalana krwią. Młody prawnik uśmiechał się do pracowników pogotowia., jednak o tym że był to uśmiech ulgi wiem tylko ja. Sanitariusze zapewne nie mieli tak pozytywnego odbioru, patrząc się w postrzępioną, upiorną ranę.
Wszytko co Paweł wydarł, wyciął, wyszarpał ze swoich ust leżało równo ułożone przed nim. Także narzędzia potrzebne do tej, w sumie prymitywnej, operacji. Nożyce. Cęgi. Skalpel. Gaza. Środek dezynfekujący. Trzydzieści dwa białe, zadbane, świetnie utrzymane zęby. Język, wyglądający jak tłusty, bordowy ślimak. Ludzki język. Jego język
Ten, którego tak bardzo pragnęli zmarli do swoich celów, a bez którego facet był dla nich bezużyteczny. Więc dali mu spokój.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz