Okiem na Horror

Okiem na Horror

poniedziałek, 25 stycznia 2016

HORROR MAGLOWNICA. Cykl wywiadów Magdaleny Ślęzak #1

Z przyjemnością przedstawiam pierwszy z cyklu wywiadów z działaczami polskiej sceny grozy. Przemagluję niektórych wydawców, blogerów, pasjonatów, redaktorów czasopism i twórców portali tematycznych. Porozmawiamy o kondycji rodzimego horroru; o tym, czego w fandomie jest za dużo i o tym, czego brakuje. 

Na pierwszy ogień zgłosił się Mariusz „Orzeł” Wojteczek – recenzent na blogu Co przeczytać? – subiektywny blog literacki. Pisze regularnie dla Grabarza Polskiego (od momentu jego powstania), także recenzent Działu Literatura w serwisie Paradoks.net. Twórca projektu Oficyna Wydawnicza Literat.

 Magdalena Ślęzak. Na rozgrzewkę powiedz proszę kilka słów o sobie. Kim jesteś i jak myślisz, dlaczego właściwie z Tobą rozmawiam?

Mariusz Wojteczek. Kim jestem? Miłośnikiem grozy wszelkiej. Propagatorem horroru. Czasem też twórcą. Częściej recenzentem. A czemu rozmawiamy? Hm, to już ty wiesz lepiej! (śmiech) A na serio, to rozmawiamy, by się przyjrzeć polskiej grozie. Jak to z nią jest. Jak ją widzą ci, którzy żyją nią, niejako na co dzień. Tak myślę.

M.S. Ok, dzisiaj nie będziemy zawracać głowy twórcy, skupimy się na Mariuszu - działaczu. Z tej perspektywy będziesz mi mógł powiedzieć więcej o środowisku.

M.W. Bardzo chętnie.

M.S. Jesteś publicystą, recenzentem, ale też wydawcą. Które z tych zajęć cenisz sobie najbardziej?

M.W. Hm, wiesz, nie umiem wybrać. Każde ma swój "ciężar", swoje znaczenie. I przynosi inna satysfakcję.
Recenzentem jestem najdłużej. I regularnie. Grabarz, Paradoks, RzeczGustu. Publicystą - czasami. To cieszy, że można podzielić się opinią, że ktoś chce ją przeczytać, liczy się z moim zdaniem, publikuje recenzje. Z wydawaniem jest inaczej. To inna praca, inne działania. I radość opiera się na tym, że wydana przez ciebie pozycja nie tylko stanie na twojej półce, ale i dotrze do kilku nowych osób.



M.S. Mówisz o recenzjach, o artykułach, a co z OW Literat? Skąd pomysł na wydawnictwo?

M.W. OW Literat to na razie projekt w powijakach, choć rozwojowy. Wszystko rozbija się o czas i fundusze. Podziwiam ogrom pracy Tomka Siwca − kiedy on to daje radę ogarnąć?! My zaczęliśmy skromnie, od kooperacji z BHO („Bóg, horror, ojczyzna” – przyp. red.) Łukasza Radeckiego. Potem udało się, już na dużo lepszym poziomie ( w czym zasługa Bogdana Ruszkowskiego i Wojtka Pawlika), wydać „Horror klasy B”. W przygotowaniu jest ebook pewnego debiutanta, który mnie samego zaskoczył. I książka znanego krakowskiego twórcy.

Pomysł na wydawnictwo... Chciałem zobaczyć, czy się uda. Wiesz, to było tak, że zawsze chciałem coś swojego opublikować i pomyślałem, że lepiej, niż płacić jakimś vanity-publisherom, możnaby stworzyć coś swojego. Od dawna działałem przy jakichś broszurowych gazetkach, zwykle o kulturze niezależnej. Cała szkoła na tym mi zeszła. A kiedy przeczytałem ebook BHO Radeckiego, pomyślałem: „Chcę to mieć na papierze!”. Nikt się nie kwapił do wydania, to pomyślałem, ze ja spróbuję. Tak się zaczęło. Ale to był raczej proces, niż nagły impuls

M.S. A dlaczego akurat groza? Czemu nie jakiś modny gatunek z dużą siłą rażenia?

M.W. Wiesz, to proste. Chcę wydawać coś, co sam z chęcią przeczytam. To jest dla mnie dzielenie się książkami. I ważne jest dla mnie, abym sam cieszył się, że mam tę pozycją na półce. Z grozą jest mi najbliżej, poza tym - według mnie to ona ma największą siłę rażenia. Czytałaś Ketchuma? O tym gościu sam King mówi, że ”jego proza urżnie ci nogi" (śmiech).

M.S. To prawda, ale czy my mamy na swoim podwórku jakiegoś Ketchuma?

M.W. Zależy, w jakim sensie. Jeśli chodzi o bezkompromisowe podejście i brak jakichkolwiek tabu to znalazłby się pewnie niejeden. Ale by umiejętnie to wypośrodkować, nadać temu głębię, połączyć z odpowiednio wysokim poziomem w warstwie stylu... tu by było trudniej.
Zauważ, że Ketchum w swoim najwyżej ocenianym zbiorze – „Czas zamykania” - bliższy jest prozie mainstreamowej. Tak, jak zresztą i sam King w „Bazarze...”. W Polsce autorem, który świetnie radzi sobie z łączeniem grozy i mainstreamowej powieści jest Orbitowski, który od grozy zaczynał. Ale jest też przecież Stefan Darda, który mistrzowsko buduje atmosferę, w cudowny sposób snuje opowieść. Z młodych twórców - Piotrek Borowiec czy Maciek Kaźmierczak. U nich groza to nie flaki i krew. Choć czasem i taka proza nie jest zła.

M.S. A jest jakieś nazwisko na rynku, które chciałbyś wydać?

M.W. Jest, jest i to nie jedno. Ale wiesz, nie mam marzeń by wydawać tych z pierwszej ligi, którzy są już obecni na rynku. Ż chęcią bym wydawał debiutantów, którzy gdzieś tam są, piszą do szuflady, czasem publikują pojedyncze opowiadania. A wydawcy nie chcą zbiorów opowiadań od debiutantów. Moim zdaniem niesłusznie - co potwierdzają wywołani wcześniej już Borowiec i Kaźmierczak, albo Grzesiek Kopiec. Oni świetnie radzą sobie w opowiadaniach i ich książki bronią się właśnie krótkimi formami. Nie wiem, jak by wypadli z powieścią. Chętnie się przekonam.

Ale - wracając do Twojego pytania - nie myślę o konkretnych nazwiskach, choć Agnieszka Kwiatkowska mi przychodzi na myśl przede wszystkim. I Dominik Derkacz, laureat jednego z konkursów Histerii (z nim już pracujemy nad czymś).

M.S. Wspominałeś o tym, że Literat to inicjatywa rozwojowa. Masz jakiś plan minimum na najbliższy rok czy dwa?

M.W. Hm, planów jest dużo, a życie układa własne. Będę się starał na pewno doprowadzić do końca rozpoczęte projekty. W najbliższym czasie sfinalizować już na ostatecznie ebook wspomnianego Dominika Derczaka (już jest w składzie dtp u niezastąpionego Bogdana Ruszkowskiego), następna w kolejce jest książka znanego krakowskiego twórcy (jeszcze nie zdradzę szczegółów). I kontynuacja cyklu BHO Radeckiego, który szlifuje już n-ty raz tom III (śmiech). To minimum, na ten rok. Ale liczę na więcej. Zobaczymy.

M.S. Własne wydawnictwo to kupa pracy. Ogarniasz wszystko sam jak duet Gmork czy współpracujesz ze sztabem speców?

M.W. Pracuję z pomocą ludzi, którym się chce wesprzeć inicjatywy non profit. Bo prawda jest taka, że OW Literat nie przynosi dochodu, a zarabiamy na koszty, coś tam jeszcze się uda autorowi odpalić. Więc pomagają nam przyjaciele, jak właśnie Bogdan R., Wojtek Pawlik, Łukasz Zawłocki (okładka do BHO II), czy Agnieszka Kwiatkowska (wsparcie redaktorskie). To mój sztab speców, którzy pomagają społecznie, na ile mają czas i możliwości. I za to, przy okazji, chciałbym im podziękować. Robię to z pasji, a oni wspierają te pomysły swoją pasją. I jakoś pchamy to do przodu.

M.S. Chęci chęciami, a przecież każdy ma apetyt na sukces. Masz choćby cień planu na to, jak to zrobić, żeby móc konkurować z gigantami na rynku?

M.W. Ech, nie, bądźmy realistami. Na to nie ma szans. Sukcesem dla mnie jest pokazać paru autorów na tyle ciekawych, by zainteresowali się nimi ci wspomniani przez Ciebie giganci i zaczęli ich publikować w większych nakładach. Tu przywołam przykład Adriana Bednarka. Zaczął od publikacji vanity w Novae Res, a drugą książkę wydał już w Zysk i S-ka. Ja chciałbym być dla młodych autorów taką trochę trampoliną, pomocą do wybicia się. Na to mam możliwość. I to będzie mój osobisty sukces i jako fana, i jako promotora, i wydawcy.

M.S. Pięknie powiedziane. A teraz z innej beczki. Powiedziałeś mi kiedyś, że wolisz koty od ludzi. To prawda? 

M.W. Poniekąd. Jestem raczej domatorem. Wolę wieczory spędzać z partnerką w domu, kotami na kanapie i książką/filmem. Lubię samotność. W samotności lepiej się myśli. I może czuje się też bezpieczniej, bardziej komfortowo? Nie wiem sam. Coś w tym jest, koty zawsze przy mnie były, a ludzie niekoniecznie. Można powiedzieć, że koty wyboru nie miały. Ale ludzie mieli, i co?

M.S. Ok, to wiemy już, że społeczeństwa całościowo nie lubisz. A co z kolegami z branży? Czujesz się w fandomie jak w domu?

M.W. Raczej tak. Wystarczy wspomnieć Kfason, kiedy była okazja spotkać się z wieloma z kolegów i koleżanek i nikt przede mną nie uciekał (śmiech). Nie mam tak, że kogoś lubię, a kogoś nie, bo nie w moim klimacie pisze. A polski fandom grozy ma ten problem dość często.

M.S. Masz na myśli jakieś konkretne sytuacje?

Ech, znalazło by się, choćby za przeproszeniem "gównoburze” przy okazji każdej edycji Nagrody Grabińskiego. Ale myślę raczej ogółem. Horrorowy fandom jest mocno podzielony - choć udaje, że nie jest - a podziały opierają się w dużej mierze na dwóch kwestiach:
Po pierwsze grupy utrzymujące, że to ich koncepcja grozy jest jedyna słuszna, a reszta to bzdura, chłam i pomyje. Druga rzecz to polscy twórcy, z których większość uważa, że jest najlepsza. I dziwi się, że wszyscy inni tak nie uważają. I wychodzi z nich zazdrość, jak komuś coś się uda. Często zazdrość szeptana w kuluarach, za plecami. Ale tym gorzej.

M.S. Domyślam się, że nie podasz nazwisk i nie powiesz, kto konkretnie puszcza w środowisku brzydkie bąki?

M.W. Wolę nie. No, ale to wystarczy popatrzeć na forach, posłuchać rozmów/dyskusji. W dobie internetu to się dość szerokim echem odbija, bo każdy chce ciągnąc i zgarniać pod siebie. I tworzą się podziały, zupełnie zbędne.
Moim zdaniem groza to szerokie spektrum podgatunków, z których każdy ma swoje znaczenie i swoich twórców oraz odbiorców. A - co należy podkreślić - twórcy, jak wszędzie, są lepsi i gorsi.

M.S. A może problem w tym, że pisać każdy może; że wypływa coraz więcej inicjatyw, a z nimi coraz więcej tekstów, z których nie wszystkie powinny wyjść poza dysk autora? Stąd zazdrośnicy i przepychanki, jak myślisz?

M.W. No właśnie w tym rzecz. W dobie internetu pisać i, niejednokrotnie publikować, może każdy. A twórca opublikowany już uważa, że jest świetny, a kto twierdzi inaczej - myli się albo zazdrości. A problem jest innej natury. Trzeba pamiętać, że są trzy rodzaje tekstów:
wybitne, świetne, ponadprzeciętne. Nie tylko wybijające się pomysłem, ale też stylem, wykonaniem. Nie tylko napisane poprawną polszczyzną, ale mające owa iskrę;

średniaki - których jest ogrom. Teksty nie złe, ale niezłe. Fajne pomysły, sprawnie napisane. Jednak bez iskry, która by je czyniła ponadprzeciętnymi. Tych - co tu kryć - mamy ogrom na naszej scenie grozy. I to nie wada, nie potwarz dla autorów. Spojrzeć wystarczy na rynki zachodnie, na USA. Jest King. I długo, długo nic... Tylko, że u nas każdy piszący uważa się za takiego Kinga;

kategoria trzecia to teksty słabe, nijakie, które bronią się czasem - ale nie zawsze - pomysłem. Ale wykonanie nie tyle niegramatyczne, co średnie, tendencyjne, bez polotu. To teksty nijakie, które ukazują się... bo tak chyba wyszło, trzeba było czymś wypełnić nowy, pierwszy numer magazynu. Oczywiście w pdf.

A ja np. pamiętam, jak gdzieś dwa lata temu wysłałem swoje opowiadania do Grabarza. Współpracuję z nimi już od ponad pięciu - co podkreślam. I jak się to skończyło? Bartek Paszylk mi odpisał, że dzięki, ale za słabe, by przyjąć do publikacji. Coś w nich jest, ale jeszcze nie to. Abym się nie zrażał i pisał dalej..., ble, ble ble... I co? MIAŁ CHOLERNĄ RACJĘ! (śmiech) I nie zraził mnie wtedy, ale zmotywował. I uczyłem się, próbowałem. A teraz jestem po kilku - nieźle przyjętych publikacjach. O co mi chodzi? Tak powinny działać redakcje magazynów. Nie bać się odrzucać teksty nie tylko koszmarne, ale i słabe, i przeciętne. Wtedy polska groza będzie miała poziom. I tak, wiem, że wiele z moich tekstów wtedy może odpaść. Ale o to chodzi. Grabarz podszedł poważnie do tematu i odrzucili redakcyjnego kolegę, bo zaniżyłby poziom. Za to ich szanuję.

M.S. No, jako wydawca i recenzent z pewnością wiesz, o czym mówisz, ale zostawmy to, a wróćmy jeszcze na moment do Kfasonu. Wielu z kolegów i koleżanek poznałeś właśnie tam. Więcej było rozczarowań czy miłych niespodzianek?

M.W. Nie, nie było rozczarowań, wiele znajomości to tylko znajomości, koleżeństwo redakcyjne i nieredakcyjne, ale kilka to też bliższe przyjaźnie. I to zawdzięczam grozie właśnie. I Grabarzowi.
Oj, tak, powiem ci, że moja mocna obecność w fandomie grozy to zasługa właśnie Grabarza. Pierwszym autorem poznanym osobiście ( i chyba pierwszy autograf) był Kazek Kyrcz Jr., którego czytam nadal z przyjemnością i widzę progres, jaki zrobił. Już jako pisarz, ale też - dzięki Grabie poznałem Stefana Dardę, Aleksandrę Zielińską, Dawida Kaina, Łukasza Radeckiego... i wielu, wielu innych.

M.S. Czyli nie jest tak, że w polskiej grozie same buce i buractwo? (śmiech)

M.W. Nie no, to nie o to chodzi (śmiech).

Problem jest w tym, że wielu twórców ma za mało pokory i wyolbrzymia swój talent i pozycję. Jak wspomniałem - nie każdy jest Kingiem, ale każdy chce nim być. U nas wielu myśli, że już jest. Ale pomijając tę kwestię, to często fajni ludzie. Czasem wyłazi z nich zawiść, czasem dogryzają kolegom. To nie neguje jednak ich jako takich - bo to typowo ludzkie zachowania, choć niepożądane, bo jednak osłabiające fandom. I to jest smutne.

M.S. Smutne, prawda. Ale może jeszcze z tego wyrośniemy, bo fandom jest młody i chyba dużo jeszcze przed nami.

M.W. Mam nadzieję (śmiech).
M.S. I na koniec: czego życzyłbyś sobie i kolegom na najbliższą, grozową przyszłość? Komu kibicujesz? Czego wypatrujesz? Możesz też wieszczyć, nie krępuj się (śmiech)!

M.W. Co mogę powiedzieć. Musimy nauczyć się rozmawiać o polskim fandomie bez przekrzykiwania swoich racji, bez brania do siebie wszystkiego tak serio, bez obrażania się. Polska groza ma potencjał, ale skoro sami nie potrafimy w to uwierzyć, jak ma uwierzyć w to rynek i wydawcy?

Czego wypatruję? Zmian w sposobie głosowania na Nagrodę Grabińskiego. Do Kapituły włączyłbym przedstawicieli najważniejszych portali/magazynów o grozie. Oni w końcu są główną siłą napędową działań promocyjnych. I znają temat niejako zawodowo.
Komu kibicuję? Ogólnie, polskiej grozie. Mam swoich ulubionych twórców, których czytuje z chęcią, o czym mówię niejednokrotnie, choć w polskiej grozie to będzie dość długa lista, mimo wszystko.
Czego wypatruję? Pierwszego numeru Okolicy Strachu. I im kibicuję najmocniej, bo wierzę w Sebastiana i jego Okiem na Horror. Wypatruję też nowego numeru Grabarza (który już się składa) i kilku premier książkowych, choćby „Zombie PL”  Cichowlasa i Radeckiego...

M.S. W takim razie nie pozostaje mi nic innego, jak tylko przyłączyć się do życzeń i zaciskania kciuków. Wielkie dzięki za rozmowę i za to, że nie bałeś się, jako pierwszy zabrać głos w tej, mam nadzieję, wielowątkowej dyskusji.

M.W. To ja dziękuję. Powiedziałem wreszcie na forum, co myślę o polskim fandomie. Może mnie nie zjedzą teraz... (śmiech)!

M.S. To się okaże (śmiech)!

Mariusza przepytała Magdalena Ślęzak.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz