Okiem na Horror

Okiem na Horror

środa, 7 lutego 2018

Wywiady OkoLicy Strachu - Krzysztof Azarewicz

Krzysztof Azarewicz – z wykształcenia politolog, z zawodu tłumacz i wydawca. Założyciel oficyny Lashtal Press, redaktor pisma „Tarocista”. Od kilkunastu lat współtworzy liryki i merytoryczną oprawę albumów zespołu Behemoth. Współautor Spowiedzi heretyka,
wywiadu-rzeki z Adamem „Nergalem” Darskim. Podróżuje wraz z żoną Anią i eksploruje magiczne wymiary Wyżyny Tybetańskiej, piramid i pustyń Północnej Afryki, a także okultystycznych scen Berlina, Londynu i Nowego Jorku.

OkoLica Strachu: Cześć. Bardzo się cieszymy, że znalazłeś trochę czasu, aby odpowiedzieć na kilkanaście pytań. Szukałem wywiadów z Tobą w internecie, lecz jest ich bardzo mało, znalazłem jeden i dotyczył tylko Twojej przygody z muzyką metalową, wiec postaramy się dowiedzieć o Tobie jak najwięcej.
W tych dawnych czasach, można chyba tak o nich powiedzieć (śmiech), współpracowałeś z magazynem muzycznym „Thrash’emAll” i pisałeś tam recenzje, o ile dobrze pamiętam. Działałeś również z muzykami sceny metalowej jako autor tekstów i, nazwijmy to, konsultant − zgadza się?
Nadal współpracujesz z muzykami z tego środowiska?
Czy uważasz, że muzyka metalowa to dobry nośnik dla idei okultystycznych?

Krzysztof Azarewicz: Muzykę odkryłem
w 1986 roku, zaś na przełomie lat osiemdziesiątych
i dziewięćdziesiątych zaangażowałem się w działalność
tak zwanej metalowej sceny podziemnej.
W tamtym okresie nie było Internetu ani profesjonalnych
pism. By dowiedzieć się czegoś więcej
o swoich ulubionych zespołach i śledzić ich karierę,
trzeba było naprawdę się wysilić. „Podziemie” dawało
możliwość bycia na bieżąco z wydarzeniami.
Wielu ludzi nie poprzestało na samym słuchaniu,
lecz chwytało za instrumenty bądź zasiadało przed
maszynami do pisania typu Łucznik i zabierało się
za tworzenie niezależnych magazynów. Przypominało
to w jakimś sensie to, co w swej młodości
robił Lovecraft, który redagował amatorsko powielane
pisma. Ja również stosunkowo wcześnie złapałem
bakcyla i zacząłem pisać recenzje, a następnie
prowadzić własny fanzin. Nie tak dawno temu po
kilkunastu latach powróciłem do Polski. Ponowne
odkrycie archiwów zgromadzonych w okresie zaangażowania
w scenę muzyczną było istną przygodą.
Zachowałem z tamtego okresu setki listów i tyleż
samo – jeśli nie więcej! – kaset magnetofonowych.
Jeśli chodzi o współpracę z muzykami, od 1998
roku tworzę teksty dla grupy Behemoth. Kooperacja
trwa po dzień dzisiejszy i na razie nie zamierzamy
jej zakończyć.
Trudno mi powiedzieć, czy taka muzyka to
dobry nośnik dla idei okultystycznych. Wydaje
się, że metal i okultyzm znalazły wspólny mianownik,
ale z drugiej strony wiele docierających
do mnie dokonań zahacza o kicz, przynajmniej
w mojej subiektywnej ocenie. Osobiście nie piszę
tekstów by szerzyć jakiekolwiek idee, lecz by
wyrazić siebie.


OLS: Pod koniec lat 90-tych XX wieku działało
prężnie pismo „Wiedza Tajemna” z redakcją
we Wrocławiu. Pojawiałeś się w nim jako autor
artykułów. Jak wspominasz te czasy i ten boom na
wiedzę ezoteryczną w Polsce? Czy nie myślisz, że
w pewien sposób powtarzał się fin de siècle sprzed
stulecia?

K.A.: „Wiedza Tajemna” powstała jako wynik
współpracy kilku osób o kreatywnym potencjale
i biznesmena, który wiele obiecywał i nakłaniał
do działania. Jeśli chodzi o pozytywną stronę
tamtych czasów, pamiętam doskonale wspólne
spotkania we Wrocławiu i różnego rodzaju magiczne
happeningi z przyjaciółmi. Łączył nas
szczery entuzjazm.

OLS: „Wiedza Tajemna” jako pismo koniec
końców nie miało najlepszej opinii wśród części
współpracowników i odbiorców, przynajmniej
w ostatnich momentach działalności. Czym mogło
być to spowodowane?

K.A.: Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie,
ponieważ w ostatnich latach działalności „Wiedzy
Tajemnej” mieszkałem już w Anglii. Z tego,
co mi wiadomo, problem mógł dotyczyć niewypłacanych
honorariów za teksty i tłumaczenia.

OLS: Organizujesz czasami wykłady z myśli
okultystycznej oraz prowadzisz kursy jako instruktor
systemów tarota (chyba najbardziej cenisz
sobie tarot Thotha Crowleya?). Posługujesz
się tarotem przy planowaniu kolejnych etapów życia?
Czy wykorzystanie tej „ścieżki”, jak nazywają
ją niektórzy, pozwala człowiekowi osiągać lepszą
efektywność życia, czy jest też swoistym psychologicznym
placebo?

K.A.: Tarotem interesuję się od ponad dwudziestu
lat. Nie służy mi do wróżenia, lecz jako
mandala, pozwalająca kontemplować związki
pomiędzy człowiekiem a otaczającym go środowiskiem
i kosmosem. Podam przykład. Talia
zawiera trzydzieści sześć tak zwanych Małych
Kart, zaś koło zodiakalne ma trzysta sześćdziesiąt
stopni. W XIX wieku karty te przyporządkowano
do dekanatów koła. Innymi słowy, jedna
Mała Karta to dziesięć stopni, czyli mniej więcej
dziesięć dni. Kiedy rozłożymy te karty jako mandalę,
zobaczymy, że ich symbolika oraz ikonografia
odzwierciedlają to, co dzieje się w naturze.
Medytuję nad daną kartą przez jeden dekanat
i staram się pojąć, co przekazuje w kontekście
wydarzeń mających miejsce w przyrodzie. Przez
następnych dziesięć dni pracuję z kolejną kartą
i tak dalej. Kiedy stoję przed rozwiązaniem problemu,
zamiast wróżyć z tarota mogę rozpoznać
naturę trapiących mnie zmartwień i utożsamić je
z daną kartą. Mając symboliczny obraz sytuacji,
jest nam o wiele łatwiej się z nią uporać. Znamy
jej wzór. Innymi słowy, tarot jest kartografią psyche.
Stara się zawrzeć obraz mikro- i makrokosmosu
w siedemdziesięciu ośmiu obrazkach, na
które składa się talia. Nie ma tu żadnego hokus-
-pokus, lecz elegancko uporządkowany, wręcz
matematyczny system klasyfikacji zjawisk. Tarot
Thota Aleistera Crowleya i Friedy Harris jest
zwieńczeniem ewolucji systemu. Obecnie pracuję
nad własną talią, zwaną Tarotem Nowego
Eonu. Opracowuję koncepcję i symbolikę kart,
które maluje niezwykle utalentowana Agnieszka
Skatuła.

OLS: Taki prawdziwy boom na tematykę okultystyczną (mam tu na myśli książki, muzykę, poezję, czasopisma) miał w Polsce miejsce w latach dziewięćdziesiątych. Byłeś współtwórcą tego zjawiska wspólnie z kilkoma innymi osobami, jak choćby Dariusz Misiuna (wyd. Okultura). Czy uważasz, że obecnie zainteresowanie tematem jest
podobne wśród młodych ludzi? Widać bowiem, że wydawane są coraz to nowe książki, powstają nawet nowe wydawnictwa, ale czy ludzie równie chętnie po nie sięgają, czy teraz jest trochę inny odbiorca, do którego trzeba docierać w bardziej wyrafinowany sposób?

K.A.: Jako wydawca mogę z dumą powiedzieć, że wśród naszych czytelników mamy zarówno osoby starsze, które były z nami od samego początku istnienia Lashtal Press, czyli od 2003 roku, jak i nowe rzesze młodych, entuzjastycznych ludzi.

OLS: Co jakiś czas organizowane są konferencje i spotkania dotyczące tematyki ezoterycznej. Udaje Ci się w nich brać udział, śledzisz to, co w chwili bieżącej dzieje się w tym środowisku? Są obecnie jakieś nadchodzące wydarzenia warte
uwagi?

K.A.: Staram się aktywnie uczestniczyć we
wszelakiej maści konferencjach jako prelegent
i organizator. Miałem okazję dawać wykłady
i prowadzić warsztaty w takich krajach jak: USA,
Anglia, Norwegia, Niemcy czy Chorwacja. Pozyskane
doświadczenie wykorzystuję na gruncie
rodzimym. Mogę szczerze polecić coroczne
konferencje organizowane przez Lashtal Press.
Współpracuję również z pismem „Tarocista”,
które regularnie organizuje ciekawe imprezy
w Warszawie.

OLS: Obecna sytuacja na świecie i radykalizujące
się, walczące ze sobą ruchy religijne to chyba
nie najszczęśliwsza chwila dla filozofii okultystycznej.
Czy obawiasz się, że zainteresowanie radykałów
może zagrozić osobom zainteresowanym
tą tematyką i doprowadzić do, może nie prześladowań,
ale niebezpiecznych sytuacji dla sympatyków
tych poglądów?

K.A.: Taka filozofia zawsze trzyma się z boku
głównych nurtów. Można powiedzieć, iż dzięki
temu urzeczywistnia swoją naturę. W końcu słowo
occultus oznacza „ukryty”. Jej przedstawiciele
zawsze byli prześladowani i szykanowani. Osobiście
nie oceniam ludzi na podstawie ich przekonań,
lecz kim są względem innych. Miałem
okazję poznać dwulicowych, fałszywych i wrednych
plotkarzy zajmujących się okultyzmem, jak
i chrześcijan o podobnych cechach charakteru.

OLS: O ile mi wiadomo, bierzesz czynny udział w zakonie Ordo
Templi Orientis. Czy istnieje jego formalna
komórka w Polsce? Znalazłem informację,
że w 2008 roku to Ty wprowadziłeś do Polski
Kalifat O.T.O. Czy ludzie znajdujący się
w tym zakonie muszą uzyskać specjalne
zaproszenie, czy można zadeklarować chęć
wstąpienia i skontaktować się z przełożonymi zakonu?

K.A.: Nie wprowadzałem
żadnego „kalifatu”. Nie wiem, kto
i w jakim celu dezinformuje ludzi, używając tego
określenia. Jestem natomiast przedstawicielem
organizacji o nazwie Ordo Templi Orientis, która
istnieje od początku dwudziestego wieku. O.T.O.
jest oddane zabezpieczaniu i poszerzaniu wolności
jednostki. Edukuje, jak stać się bardziej świadomą
istotą i jak pełniej korzystać ze swobód
gwarantowanych przez  Prawa Człowieka.
Członkiem O.T.O. może zostać
każda osoba, która chce urzeczywistnić swój potencjał.
Nie wymagamy żadnej wiedzy, a jedynie
szczerej motywacji do wewnętrznej pracy.

OLS: Jeśli O.T.O. jest oficjalną
nazwą, czy nie istnieją obawy, że będzie w obecnych
czasach na celowniku radykalistów?

K.A.: Nasza organizacja jest zarejestrowana
pod nazwą Ordo Templi Orientis i w taki sposób
należy o niej mówić. Jesteśmy również zarejestrowani
w Polsce i działamy zgodnie z obowiązującym
nas prawem. To prawo również nas
chroni przed wszelkimi próbami wystawienia na
„celownik”.

OLS/: Czy podobnie jak Grof uważasz, że dzięki stymulacji mózgu odpowiednimi środkami można uzyskać dostęp do szerszej wiedzy o świecie, a nawet do wiedzy o przeszłości i przyszłości?

K.A.: W Przygodzie odkrywania samego siebie Grof zaprezentował metodę zwaną oddychaniem holotropicznym – technikę hiperwentylacji, za pomocą której używająca ją osoba doświadcza poszerzonego stanu świadomości. Warto podkreślić, że Grof był psychiatrą pracującym przy użyciu niekonwencjonalnych środków stosowanych w czysto terapeutycznym kontekście. Stan
umysłu, w którym znajdował się pacjent, umożliwiał
osiągnięcie transpersonalnego doświadczenia
pozwalającego rozwiązać problemy i traumy
z okresu okołonatalnego. Jego podejście do środków
psychoaktywnych nie ma nic wspólnego
z ich rekreacyjnym używaniem. Mają one służyć
jako narzędzia, dzięki którym można zrozumieć
psyche i świat, odnaleźć cel w życiu i stać się lepszym,
wrażliwszym człowiekiem.
Jako ciekawostkę dodam, że w latach dziewięćdziesiątych,
kiedy pracowałem nad przekładem
tej książki, byłem biedny jak mysz kościelna.
Nie miałem nawet komputera, więc tłumaczenie
spisywałem ręcznie w zeszytach. Następnie, by
zaprezentować materiał wydawcy, musiałem
wklepać go do komputera. Robiłem to u znajomego,
który zostawiał mi pod opieką mieszkanie,
kiedy sam wychodził do pracy. Komputer kupiłem
za pieniądze zarobione dzięki tej właśnie
książce. Zeszyty przechowuję do dziś, albowiem
stały się dla mnie osobistym symbolem wytrwałości.

OLS: Jak odbierasz obecnie powszechny dostęp
do środków psychodelicznych, szczególnie wśród
młodych ludzi? Czy uważasz, że jest on pozytywną
rewolucją czy jednak ciągle zagrożeniem
pewnego tzw. „ładu społecznego”, a jednocześnie
zagrożeniem dla samych amatorów takich metod
stymulacji mózgu?

K.A.: Wszystko zależy od tego, kto i w jakim
celu używa takich środków. Intencja, motywacja,
introspekcja, tolerancja i konstruktywna krytyka to
wyznaczniki, pozwalające osiągnąć sukces nie tylko
podczas „tripu”, ale w życiu ogólnie.

OLS: W takim razie przejdźmy może do Lovecrafta.
Nie będę ukrywał, że właśnie z samotnikiem
z Providence kojarzysz się mi najbardziej. Może po
części z powodu artykułów, ukazujących się na ten
temat w „Wiedzy Tajemnej”, czy choćby dlatego, że
przetłumaczyłeś Necronomicon. Kiedy pierwszy raz
zetknąłeś się z prozą Lovecrafta?

K.A.: To było gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych. Poszukując informacji na temat Nekronomiconu, natrafiłem na zbiór Zew Cthulhu w przekładzie Ryszardy Grzybowskiej. Byłem pod wielkim wrażeniem filozoficznego ciężaru gatunkowego tych opowiadań. Lovecraft w niezwykle elegancki sposób ukazał znikomość człowieka w obliczu nieskończoności kosmosu.

OLS: Przełożyłeś na język polski Necronomicon, który wydało wydawnictwo FOX, wydawca również magazynu „Wiedza Tajemna”. Na jakim wydaniu
Necronomiconu się opierałeś i dlaczego wybrałeś właśnie ten Necronomicon? Na Zachodzie znanych jest chyba kilkanaście wersji tej księgi. Maczało w tym
palce kilku pasjonatów, fantastów-okultystów, jak
choćby największy z nich, Lyon Sprague de Camp,
choć najczęściej mówi się o wydaniu tzw. Simona. Jak
sam podchodzisz do tego tekstu?

K.A.: Szczerze mówiąc żałuję, że doszło do
współpracy z FOX-em. Wydawca obiecywał zupełnie
inną, godną tego woluminu oprawę. W środku
pojawiły się nieplanowane przeze mnie grafiki…
Wizualny efekt finalny jest doprawdy żenujący. Nie
będę również ukrywał, iż zostałem oszukany finansowo.
Niestety, ze względu na mój pobyt za granicą
sprawa sądowa nie wchodziła w grę.
Przygotowując książkę, bazowałem na edycji
opublikowanej w 1978 roku przez wydawnictwo
Neville Spearman. Odnośnie edycji Simona, planuję
jej wydanie pod szyldem wydawnictwa Lashtal
Press. Gwarantuję, że książka będzie wydana w odpowiedni
sposób.

OLS: Kiedy możemy się spodziewać Necronomiconu
w wyjątkowej, charakterystycznej dla
Lashtal Pressu oprawie graficznej?

K.A.: W tej chwili trudno mi podać dokładną
datę. Mam nadzieję, że książka ukaże się jeszcze
w tym roku.

OLS: Mnie twórczość Lovecrafta zawsze wydawała
się tajemnicza, wręcz zarezerwowana dla
wybranych. Dopiero w latach dziewięćdziesiątych
XX w. została szerzej zaprezentowana czytelnikom
za sprawą nieistniejącego już Wydawnictwa
SR. Nie masz wrażenia, że dzisiaj HPL jest typowym
produktem popkulturowym, że utracił tę
swoją wyjątkowość? Nie przeszkadza Ci to?

K.A.: Myślę, że wrażenie tajemniczości tworzą
nie tylko opowiadania Lovecrafta, lecz przede
wszystkim dialektyka pomiędzy tekstem i czytelnikiem.
Niektórych ludzi jego dzieła w ogóle nie
poruszają. Lovecraft zwracał uwagę w eseju Nadnaturalna
groza w literaturze, że literatura niesamowita
przemawia tylko do części czytelników,
albowiem wymaga wyobraźni i oderwania się od
codzienności. W tym kontekście w pewnym sensie
jego twórczość nadal pozostaje przeznaczona
dla elit. Kiedy kilka lat temu udałem się do Providence,
by odwiedzić grób Lovecrafta, ozdabiały
go muszelki oraz wszelakiej maści pluszowe
i gumowe maskotki Cthulhu. Nie przeszkadzało
mi to, lecz dodawało swoistego uroku. Wielcy
Starożytni wydają się mieć poczucie humoru
(śmiech).

OLS: Ostatnio Lashtal Press wydało Grzyby
z Yuggoth, to pozycja wyjątkowa w Polsce. Dotychczas wszyscy znali Lovecrafta z jego niesamowitych opowiadań, na rynku można ponadto dostać jego biografię czy listy i eseje wydane przez SQN, ale nie poezję. Jest coś jeszcze, czym HPL może nas zachwycić?

K.A.: Być może któregoś dnia nawiedzi nas
zza grobu (śmiech).

OLS: Skąd pomysł, aby założyć wydawnictwo,
wydające pozycje okultystyczne, ezoteryczne i klasyczne, do tego
pięknie wydane, ale o małym nakładzie? To chyba nie jest sposób na biznes?

K.A.: Dla mnie książka jest czymś magicznym w każdym
calu. Powinna jej towarzyszyć odpowiednia oprawa. Zwiększenie
walorów estetycznych wzmagaw czytelniku poczucie obcowania
 z Niesamowitym. Przedmiot staje
się fetyszem, żywym talizmanem, zmieniającym życie na zawsze. 
Jeśli chodzi o nakłady, Lashtal Press
istnieje od trzynastu lat, a liczba wiernych czytelników stale się powiększa. 
Wychodząc naprzeciw ich potrzebom, postanowiliśmy wydawać 
książki w większych nakładach
i w bardziej przystępnych cenowo edycjach. Ten kompromis
był niezwykle istotny w trudnych
ekonomicznie czasach. Niemniej jednak nie zrezygnowaliśmy
z bardziej ekskluzywnych edycji.
Grzyby z Yuggoth i inne poematy niesamowite
są tego dobrym przykładem. Kiedy ogłosiliśmy
przedsprzedaż książki, poczęły dochodzić do nas
krytyczne głosy osób narzekających na cenę. Ale
kiedy wreszcie dotarła ona do ich rąk, pochwałom
nie było końca. Nigdy wcześniej nie otrzymaliśmy
takiej ilości spontanicznie pisanych
maili od zachwyconych czytelników. Odbiorcy
z tych kręgów nie byli przygotowani na estetykę
tak wysokich lotów. Dziś „ekskluzywna twarda
oprawa” jest często godna jedynie kalendarzy,
przypisy mające na celu ułatwić odbiór tekstu są
tak małą czcionką, że ich lektura wymaga użycia
lupy, zaś specjalnym bonusem, mającym zachęcić
odbiorcę do wczesnego zakupu produktu, jest
pocztówka z ekstra zdjęciem autora, które i tak
wydrukowano w książce. To kpina. Opakowanie
staje się coraz tańsze, ale ludzie z branży nadal
posługują się językiem mającym na celu przekonać
kupujących, że mają do czynienia z czymś
wyjątkowym. To niskie, marketingowe sztuczki.
Mam nadzieję, że nasze wydawnictwo oferuje
coś na znacznie ciekawszym poziomie.

OLS: Jaki jest Twój pogląd na temat miejsc
nazywanych nawiedzonymi? W ostatnich czasach
stały się one bardzo popularne, poświęcono
im wiele programów telewizyjnych, ciągle są gorącym
tematem dla twórców horrorów. Ile w tym
wszystkim może być prawdy? Czy są to tylko miejskie
legendy, czy raczej bywają miejsca, w których
zachodzą zjawiska, których nauka nie potrafi na
razie wyjaśnić? Czy nauka będzie według ciebie
kiedykolwiek na tyle rozwinięta, aby wyjaśnić zjawiska
nadprzyrodzone?

K.A.: Nigdy nie interesowałem się takimi
miejscami i nie mam na ten temat zdania. Wbrew
wszelkim pozorom mocno stąpam po ziemi i nie
przepadam za spekulacjami. Towarzyszy mi coś,
co nazywam magicznym pragmatyzmem .

OLS: To może tak. Jak odbierasz bardzo popularne
ostatnimi laty teorie spiskowe? Wiele z nich
za wszelkie nieszczęścia świata obarcza legendarną
masonerię. Ostatnio na temat masonerii pojawiło
się w Polsce kilka wydawnictw, jak nr 4 pisma
„Hermaion”, czy książka Tomasza Kroka Antymasońska
komórka Episkopatu Polski w świetle
badań i dokumentów (1946-1952). Czy materiały
te mogą rozjaśnić sprawę, czy stać się pożywką
dla przeciwników tajnych organizacji?

K.A.: Nie czytałem tych publikacji, więc nie
mogę odpowiedzieć na to pytanie. A teorie spiskowe
po prostu mnie nie interesują.

OLS: Nie przesadzę chyba, jeżeli powiem, że
jesteś obywatelem świata. Odwiedzasz miejsca
związane z okultyzmem, magią i niesamowitością,
od Tybetu po współczesne metropolie. Jest
takie miejsce, które wywarło na Tobie największe
wrażenie, zaszokowało, a może zachwyciło?

K.A.: Jest wiele takich miejsc. Trudno zapomnieć
o tybetańskich „skyburials”, czyli „pochówkach”
pod gołym niebem, gdzie zmarłemu
łamie się kości i zostawia na pożarcie sępom. Ich
sylwetki, wzbijające się coraz wyżej z dolin, przypominają,
że wszyscy umrzemy, że warto żyć tu
i teraz, bo jutra może nigdy nie być. Piękno ogrodów
Quinta de Regaleira w Portugalii wprawia
w niemożliwe do opisania uniesienie, zaś wschód
krwawego słońca, oglądany wewnątrz kręgu kamiennego
Sunkerkirk w dniu jesiennego zrównania,
sprawia, iż łzy wzruszenia same napływają
do oczu. Żyjemy na pięknej planecie.

OLS: Wiem, że zbierasz książki, dużo czytasz.
Masz jakieś wyjątkowe w swoim zbiorze?

K.A.: Kilka (śmiech). Ale tak na poważnie,
staram się trzymać snobizm na wodzy, zaś swą
bibliotekę organizować w taki sposób, by była
użyteczna. Najbardziej wyjątkowe, albowiem
mi najbliższe, są książki Lashtal Press. Wprawia
mnie w zdumienie, jak wolno kiełkująca, niewielka
idea zamienia się w coś trwałego. W coś,
co wchodzi w relacje ze światem, spotyka innych
ludzi, daje im radość i zmienia życie. To prawdziwe
magiczne dzieci, które będą żyć jeszcze długo
po mojej śmierci.

OLS: Dziękujemy bardzo za rozmowę i powodzenia.
Trzymamy kciuki za Lashtal Press.

Z Krzysztofem Azarewiczem rozmawiali:
Sebastian Sokołowski
Krzysztof „Korsarz” Biliński.
OkoLica Strachu nr1/2016

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz