czwartek, 14 listopada 2019

Gałęziste - Urbanowicza w tle kilku zdań





W 2016 roku na rynku polskiego horroru pojawia się Artur Urbanowicz ze swoją powieścią „Gałęziste”. Książka ukazuje się w modelu vanity, co u wielu czytelników dyskwalifikuje ją od razu. Model wydawania książek przy współudziale finansowym autora, gdzie często redakcja i korekta kuleje, lub niemal wcale jej nie ma, utkwił w świadomości czytelnika, jak papierowy kicz. Oczywiście, od każdej reguły są wyjątki ,zarówno na rynku polskim jak i zagranicznym. Wielu uznanych dzisiaj autorów zaczynało publikować w ten sposób. Zresztą temat wraca jak bumerang przynajmniej kilka razy do roku i zawsze robi się dym na grupach w mediach społecznościowych.

Ale ja nie o tym,chociaż można dyskutować godzinami.

Wracamy do roku 2016. Miałem przyjemność przeczytać „Gałęziste” i nawet w blogowym podsumowaniu mijającego roku wrzuciłem ten tytuł do topki najlepszych powieści i debiutów. Klimat village horror, który tak uwielbiają fani Stefana Dardy przypadł i mi do gustu. Oczywiście , książka spotkała się z różnymi, czasami skrajnymi ocenami. Jedni chwalili, drudzy wieszali psy,a  wiec standard... Oczywiście „Gałęziste” z Novae Res nie było pozbawione błędów. Błędów młodzieńczego zapału, słabego jeszcze warsztatu i drobnych wpadek. Jednak jak wspomniałem, sam pomysł wtedy i dzisiaj uważam za fenomenalny i taka mieszanka klimatów od wspomnianego Dardy po Mastertona bardzo mi odpowiada.



Pomimo systemu vanity, książka sprzedaje się dobrze, a ostatnie 150 egz autor wykupuje sam (wg jego postu na FB), gdy okazuje się, że tytuł wznowi Vesper. 
W międzyczasie Urbanowicz ma przygodę z wydawnictwem GMORK, dla  których pisze gangsta thriller „Grzesznik”. Jednak to już zupełnie inna historia i pomimo widocznej różnicy w warsztacie na plus, książka w moim odczuciu jest tylko dobra. Czyta się to szybko, jednak jakby zabrakło w niej tego czaru "Gałęzistego".

I ważne!
To wszystko z perspektywy czasu. Nie wracam pamięcią do recenzowanych na blogu Oka tytułów. Możliwe, a raczej pewne, że wtedy, gdy premierę miały obydwa tytuły mogłem mieć inne odczucia.

No i mamy rok 2019 na rynku pojawia się król polskiego horroru. I nie piszę tego jakoś złośliwe, chociaż takie hasła zawsze mnie irytują i z doświadczenia wiem, że jeszcze żadnemu autorowi porównania do Kinga na dobre nie wyszły. Pewnie będzie tak i tym razem, skoro z dzisiaj choćby na.Temat.pl tytułuje artykuł „Król Artur…” no sorry, lub chociażby mój kolega Robert Ziębiński w blurbie na okładce: "To nie jest kolejny polski Stephen King.." no wiadomo.... 
Po co robić człowiekowi krzywdę i jak nie dosłownie, to pokątnie kręcić łychą w garze i mieszać te dwa nazwiska? Dla tych co może nie rozumieją mojej awersji do wszelkich porównań, to napiszę, że wszelkie dotychczasowe porównywania polskich autorów do Kinga, były cholernie nie trafione.

Wracamy szybko do „Inkuba”.
Największy hit tego roku, największa sprzedaż, dodruki, spotkania autorskie, reklamy itd. itd. Poszła kasa na promocję Artura Urbanowicza i świetnie. Zawsze w środowisku płakano, że tych działań było mało, że marketing w przypadku polskiego horroru niemal nie istnieje, że zasięgi są do dupy, sprzedaż to padaczka, a najlepsze tytuły to nakłady po 2-3 tysiące egzemplarzy. 
Tutaj zarówno autor (tradycyjnie) jak i wydawca odwalili kawał dobrej roboty. „Inkub” jest hitem i czy to się komuś podoba czy nie. I „Inkub” ma szansę wyprowadzić polski horror na szersze wody sieciowych półek. Super. Cieszę się, naprawdę.
Możliwe, że to moment, gdy polscy autorzy powoli zaczną pojawiać się u innych wydawców, a nie tylko pukać do drzwi undergroundowych kolesi, co wydają po dwieście egzemplarzy książki. Oby!

Chociaż ja sam, uważam, że "Inkub" jest przegadany, że rozdziały szarpią klimat, że język którym rozmawiają bohaterowie w odsłonie z lat osiemdziesiątych, jest za ładny, za czysty, nie pasujący do zadupia (sorry) w którym dzieje się akcja. Innymi słowy, gdyby „Inkub” miał 250 stron mniej, to broniłbym powieści tej wszędzie. Wiem, że pewnie jestem jednym z nielicznych, którzy w inkubowych stronach nie rozpoznali arcydzieła. No co zrobić?

I po tym wstępie czas na listopad br. i „Gałęziste” w wersji Vesper. Ha! Gdy pierwszy raz zobaczyłem okładkę, to pomyślałem, kolejny Jurassic Park, Godzilla 16 i może jakiś animal horror. Nie jestem fanem akurat tej vesperowej okładki i uważam, że można było lepiej dobrać grafikę do treści. Więc nie umywa się do okładki Krystiana Żelazo z Novae Res. Nie ma klimatu. 
O dziwo, zyskuje więcej przy bliższym poznaniu, a dokładnie, gdy trzymasz drogi czytelniku książkę w ręku. Hahahahaha. Naprawdę, wygląda bardzo fajnie! No ewenement.

Najwięcej zarzutów do tej pierwszej wersji dotyczyło warsztatu, opisów czy dialogów i sztuczności głównych bohaterów. Od razu napiszę, że nie moich zarzutów. Tutaj za redakcję wziął się killer polskiego, horrorowego światka: Krzysiek Grudnik. Efekt jest piorunujący. Powieść zmieniła się diametralnie i w sumie jest to nowa książka. Zmiany możecie porównać sami, jeżeli dysponujecie obydwoma egzemplarzami. Mega robota, świetna praca. Gratki Krzysiek. 
Naprawdę jest to idealny przykład, jak z jednej powieści bazując niemal na wszystkim, można napisać nową.
A więc?
Nowe wydanie, twarda oprawa, grafika okładki – niech będzie ok, nowa redakcja, korekta i co tam jeszcze, plus to co najlepsze od samego autora - klimat.
Jestem zaskoczony jak cholera. I to jest najlepsza książka Urbanowicza i basta!

"Na stos z nim" zakrzyczał tłum.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza