czwartek, 3 listopada 2016

Małgorzata Łatka - Kamfora

„Nawet to, czego nie powiesz, może zostać użyte przeciwko tobie”, gdyż twoje gesty, mimika i mowa ciała mówią same za siebie. Małgorzata Łatka w swym thrillerze Kamfora mierzy się z zagadnieniem mowy ciała i tym samym do polskiego kryminału wprowadza świeży wątek. Ale czy ten temat i postać wykreowana przez autorkę, którą jest specjalistka od odczytywania emocji z mimiki, wystarczą, aby uznać ten thriller za dobry? Według mnie nie.

Kraków. To tutaj dochodzi do serii makabrycznych morderstw, których ofiarą padły młode kobiety. Brutalnie okaleczone i porzucone ciała to jedyny ślad, jaki pozostawia po sobie morderca, który przez opinie publiczną został okrzyknięty mianem Kamfory, gdyż „pojawia się i znika niezauważony przez nikogo”. Śledztwo prowadzone przez Jakuba Zagórskiego utknęło w martwym punkcie, a kolejne zaginięcia kobiet nie wskazują na to, aby morderstwa miały ustać. Zdesperowany policjant postanawia uciec się do innych metod. Zaprasza do współpracy specjalistkę od mowy ciała – Lenę Zamojską, której umiejętności mogłyby pomóc w schwytaniu sprawcy. Ta początkowo odmawia, gdyż w jej życiu zawodowym zdarzyło się coś, co przewartościowało jej podejście do swych zdolności i pracy zawodowej. Do współpracy z policją przekonuje ją ostatecznie zaginięcie kolejnej kobiety, której los spoczywa w rękach Kamfory.

wtorek, 1 listopada 2016

Alex Marwood - Zabójca z sąsiedztwa


Po bardzo udanym debiucie książką „Dziewczyny, które zabiły Chloe” Alex  Marwood powróciła w wielkim stylu. Pomimo skromnego dorobku literackiego pisarka już zdążyła wskoczyć na listę moich ulubionych autorek. Kolejny raz miałam przyjemność zanurzyć  się w cholernie dobry kryminał psychologiczny.


poniedziałek, 31 października 2016

Matthew Gregory Lewis - Mnich.

Pycha. Jeden z siedmiu grzechów głównych. Obraza Boga, obraza jego łaski. Pycha popycha do występku, kusi transgresją pragnień. Można chcieć więcej, można sięgać dalej, próżność nie zna granic, a wszelka niegodziwość jawi się bardziej podniecającą niż kiedykolwiek. To pycha rodzi tyranów, składając niemoralne obietnice, tworząc iluzję ostatecznego spełnienia. Niczym oręż w ręku szatańskich sił, szukających słabych dusz  na pokuszenie.
Jedną z tych dusz był Ambrosio, czyli tytułowy „Mnich” jednej z najznamienitszych XVIII-wiecznych gotyckich powieści grozy spod pióra Matthew Gregory Lewisa.
Szanowany mnich Ambrosio, o nieznanej przeszłości, szczyci się renomą, miłością swoich wiernych i skromnością własnych pragnień. Uwielbiany przez tłumy, z czasem zaczyna łaknąć i potrzebować tej miłości, stając się celem Szatana. Ten wysyła sukuba w kobiecym przebraniu, czarodziejską Matyldę, która zwodzi Ambrosia, zrzucając go z piedestału świętości. I tak zaczyna się upadek potępionej duszy, a mnich odrzuca wszelką moralność.
Od pychy wszystko się w „Mnichu” zaczyna i to właśnie ona, ta egoistyczna słabość, ta nadmierna wiara w samego siebie prowokuje do dalszych, mrocznych i nieludzkich poczynań, aż do kazirodztwa, do gwałtu, do mordu, podsycając narodziny kolejnych grzesznych potrzeb w sercu zdeprawowanego Ambrosia. Oczywiście za wszystko odpowiedzialna jest kobieta – symbol szatańskiej mocy, która podstępem wykorzystuje niemoc tytułowego mnicha, niczym wąż wodzi go na pokuszenie, by wciągnąć w szatańskie szpony. To jeden z najpopularniejszych motywów, nawiązujący bezpośrednio do biblijnego wygnania z Raju, tylko u Lewisa nie ma skruchy, strachu, czy rozpaczy. Ambrosio porzuca boską opatrzność na własne życzenie, wkraczając w mrok i ciemność tego, co można uznać za prawdziwe oblicze ludzkiej natury.
Jak przystało na powieść swojej epoki „Mnich” Matthew Gregory Lewisa korzysta z najważniejszych XVIII-wiecznych elementów, by wykreować wielowymiarową fabułę, nawiązującą do aspektów zarówno politycznych, społecznych, jak i ludycznych. Lewis operuje symbolami, które przewijają się w literaturze tamtego okresu, co sprawia, że „Mnicha”

środa, 26 października 2016

Dawid Kain - Fobia.

Gdy tylko zobaczyłem, że Dawid Kain napisał nową powieść postanowiłem ja przeczytać. Oczywiście , nastawiłem się na klimaty bizarro pełne mocnych opisów, ale i groteski, więc miałem nadzieję, że fabuła będzie posiadać wszystkie elementy tego specyficznego gatunku literackiego. Jednak po przeczytaniu kilkudziesięciu stron już wiedziałem, jak bardzo moje nastawienie było mylne. Z jednej strony musiałem poradzić sobie ze świadomością, że czytam powieść, która wg mnie miała wyglądać zupełnie inaczej, z drugiej, z każdą stroną byłem coraz bardziej zachwycony. Tak, myślę, że słowo "zachwycony" jest odpowiednim, ponieważ praktycznie od początku czułem, że w powietrzu unosi się nowy, niesamowity i tajemniczy klimat, któremu daleko do horroru (przecież autor min. " Kotku, jestem w ogniu" zawsze z horrorem był utożsamiany).

Kain stworzył coś niesamowitego, opowieść o dziewczynie, która rezygnuje ze studiów, aby opiekować się ojcem, który powoli traci kontakt z rzeczywistością. Oboje naznaczeni fobią, żyją w zamkniętym świecie, ograniczającym się do ścian własnego mieszkania. Pewnego razu ojciec znika, drzwi nadal są zamknięte, klucze od domu leżą na miejscu.Nic nie wskazuje na to, że dręczony chorobą człowiek miałby opuścić bezpieczne schronienie. Jednak go nie ma. Nie ma listu, nie ma żadnego śladu jego obecności, pozostają tylko fragmenty pisanej powieści, kolejnej po latach niemocy twórczej. Kiedyś uznany pisarz, dzisiaj zapomniany staruszek borykający się z własnym, małym światem i goniący za wizją stworzenia literackiego arcydzieła.

wtorek, 25 października 2016

Tana French - Ściana sekretów.

ŚCIANA SEKRETÓW

Nie miałam okazji przeczytać żadnej z wcześniejszych książek tej autorki, dlatego zaciekawiło mnie przedstawianie jej jako pierwszej damy irlandzkiego kryminału. Z wielką ochotą zagłębiłam się więc w lekturę „Ściany sekretów”. Nie ukrywam, że opis na okładce również podsycił moją ciekawość, a to właśnie opisy mają na celu zachęcić czytelnika, aby sięgnął po daną pozycję. I to się wydawcy udało.


Święta Kilda, renomowana żeńska szkoła pod Dublinem, zamknięty świat, który wydaje się ekskluzywny i bezpieczny. A jednak w pobliskim parku zostają znalezione zwłoki szesnastoletniego Chrisa Charpera, a rok później na tablicy w Świętej Kildzie ktoś umieszcza jego zdjęcie z podpisem: „WIEM, KTO GO ZABIŁ”. Detektyw Stephen Moran, który widzi szansę zaczepienia się w wydziale zabójstw, i Antoinette Conway, która wprawdzie już tam pracuje, ale musi walczyć o swoją pozycję z seksistowskimi kolegami, mają dzień na odkrycie, kto zawiesił zdjęcie, a co ważniejsze – na znalezienie mordercy.
Szybko odkrywają, że przynajmniej jedna z ośmiu dziewcząt należących do dwóch skonfliktowanych grup wie, co się wydarzyło. A jednak znalezienie sprawcy wcale nie jest proste. Detektywi wplątują się bowiem w sieć kłamstw i intryg zarzuconą przez dziewczyny, które okazują się mistrzyniami manipulacji.

niedziela, 16 października 2016

Uderzenie Horror Masakry! Symfonia zgorszenia - recenzja przedpremierowa.

Suskie wydawnictwo horroru ekstremalnego Horror Masakra ponownie uderza! Od kwietniowej premiery "Sakramentu okrucieństwa" autorstwa Łukasza Radeckiego i Tomasza MorumXa Siwca, minęło pół roku. Gdyby cofnąć się jeszcze bardziej w czasie, to w listopadzie 2015 roku, światło dzienne ujrzał najbardziej plugawy projekt HMa (nie mylić z H&M marką odzieżową :) ) - "Liturgia plugastwa" duetu; Karolina "Mangusta" Kaczkowska i Tomasz "MordumX Siwiec. Więc z co półroczną systematycznością, fani horroru w najmocniejszej odmianie mogą świętować i przewracać stronice "zwyrodniałych" tekstów. Oczywiście mam na myśli wydawnictwa papierowe, nie elektroniczne, nad mnogością których ciężko jest zapanować. 

A więc, po półrocznej przerwie otrzymujemy kolejny tomik dwóch opowiadań z chciałoby się powiedzieć "Sakralnego cyklu" (mam na myśli użycie w tytułach poprzednich dwóch tomów nazewnictwa religijnego). Tym razem Tomek Siwiec zaprosił do współpracy Carlę Mori, z której utworami fani mocnego uderzenia mogli zapoznać się w dodatku do jednego z zinów HMa. 

wtorek, 11 października 2016

Grzegorz Gajek – Malowidło



Punktem wyjścia powieści Malowidło Grzegorza Gajka, jest nawiedzony obraz. Odnaleziony w dość typowych dla powieści grozy okolicznościach, szybko staje się elementem, na kanwie którego autor buduje niesamowitą i fascynującą historię. Bohaterem tej opowieści jest Karol Niżyński, człowiek, który po tragicznym wydarzeniu, jakie miało miejsce w jego życiu, sprzedaje własną firmę i rozstaje się z żoną. Jednym słowem, porzuca dotychczasowe życie, aby rozpocząć całkiem nowy etap. Pierwszym krokiem w tę stronę jest zakup posiadłości na Dolnym Śląsku, w której, pośród wielu porzuconych szpargałów, znajduje wspomniany portret młodzieńca. Myśli czytelnika od razu kierują się na trop „Portretu Doriana Gray’a”. Ale trzeba od razu zaznaczyć, że nie tędy droga, choć w pewnym sensie obraz, podobnie jak w powieści Wilde’a, staje się przyczyną odkrywania swojego wnętrza przez naszego bohatera. Dzieje się to jednak zupełnie inaczej i niejednokrotnie związane z tym sytuacje będą budzić w czytelniku prawdziwy dreszcz grozy (najsilniej oddziałująca na mnie scena, ma miejsce w hotelu na przedmieściach Gisoli we Włoszech).

niedziela, 9 października 2016

POLCON 2016. Relacja

Minęło już sporo czasu, a u nas nie pojawiła się relacja z tegorocznego POLCONu. Nadrabiam więc jak najszybciej, ponieważ działo się i to dużo, pomimo jednodniowego pobytu ekipy Okiem na Horror.
Droga do Wrocławia, to była podróż przez mękę. Ponieważ miałem wygospodarowany jeden dzień na przyjazd do Wrocławia, to zakupiłem bilet na nocny pociąg, myśląc, że spokojnie sobie dojadę. Jak się okazało – słowo „spokojnie” było tylko czczym marzeniem. Pociąg na trasie Kołobrzeg – Kraków wypełniony był po brzegi i to była tylko zapowiedź, tego co miało się dziać w nocy. Do przedziału trafiłem z rozrywkową grupą, którą właściciel domków w Mielnie wyrzucił z powodu notorycznych imprez jakie organizowali. Oczywiście odpowiedni zestaw aluminiowych puszek posiadali ze sobą, wiec perspektywa przekimania w przedziale oddaliła się bardzo szybko. Niestety na korytarzu ulgi znaleźć nie można było także. Ludzie śpiący na podłogach, owinięci śpiworami i leżący na klimatach, latające dzieciaki i powracający z turnusów rehabilitacyjnych emeryci. Pięknie. Trochę przypomniał się mi wyjazd na Jarocin w 94 roku, było podobnie jeżeli chodzi o ścisk. Tzn. wtedy lekko przerzedziło się w Poznaniu, gdy ktoś krzyknął, że łysi są na dworcu. 
I kompletnie nie rozumiem, dlaczego ta kolej narzeka na brak obłożenia miejsc w pociągach.
Simon Zack

Dotarłem do Wrocławia o szóstej rano. Moje ulubione miasto przywitało mnie dobrą pogodą, zapowiadał się świetny dzień. Dotarłem do Macieja Lewandowskiego, który uraczył mnie i Simona Zacka śniadaniem, następnie po wypiciu dwóch kubków kawy ruszyliśmy na POLCON.

Ponieważ był to piątek, to przed wejściem frekwencja nie robiła szału (z tego co słyszałem, w weekendowe dni było znacznie lepiej). Odebraliśmy wejściówki prasowe i ruszyliśmy ku przygodzie.

Musze wspomnieć o organizacji Konwentu. Pod względem logistycznym to była porażka. Tak. Impreza rozrzucona w dwóch budynkach, powodowała, że podążając za prelekcjami, trzeba było przemieszczać się po dość sporym terenie. O ile to nie stanowiło problemu, to oznaczenie sal i miejsc, gdzie odbywają się spotkania pozostawiało wiele do życzenia. Widziałem ludzi, jak ja, którzy niczym zombie poszukiwali sal. A tak naprawdę wystarczyło postawić kilka strzałek na samym terenie i to rozwiązałoby problem. Od razu wspomnę, że nie jest to tylko moja opinia. Powiem też, że do pozostałych elementów organizacji, nie mam żadnych zastrzeżeń.

czwartek, 29 września 2016

Ian Tregillis - Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom 1

Na polskim rynku wydawniczym powieści w klimatach steampunka za dużo nie uświadczymy. Dosłownie kilkanaście tytułów wydanych w ostatnich latach musi wystarczyć fanom tego niesamowitego gatunku fantastyki. Ostatnie, jakie przychodzą mi do głowy to: antologia Wolsung i dwa tomy Światów Solarnych Jana Moszczyszyna. Mało tego, miłośnicy klimatów pary i wszelkich mechanizmów z radością przyjmują nawet pokrewne steampunkowi pozycje, do których należy powieść Iana Tregillisa „Mechaniczny. Wojny alchemiczne. Tom 1”. Z clockpunkiem spotykam się pierwszy raz i już stałem się jego fanem. Najprościej mówiąc zamiast dymiących machin napędzanych silnikami parowymi otrzymujemy świat, gdzie trybiki  i mechanizmy sprzężone z alchemią, tworzą wyjątkowa wizję, chciałoby się powiedzieć, tak nowatorską. Oczywiście, po przeczytaniu powieści można odnieść wrażenie, że Tregillis nie pisze o niczym nowym, najwyżej ubiera niemal klasyczny temat znany z powieści SF w nowe szaty. Myślę tutaj np. o wspaniałym Blade Runnerze Philipa K. Dicka. O podobieństwach wspomnę poniżej. Pomimo tego odczucia, autor Mechanicznego robi to wspaniale i porywa czytelnika do świata, który stworzył. Mechaniczny to oczywiście powieść pełna przygody, akcji, szpiegów, zdrady, czasami nawet mroczna, rozgrywająca się w alternatywnej Europie, gdzie Holandia za sprawą wynalazków, jakimi są klakierzy, panuje nad światem, a przynajmniej jest najpotężniejszym państwem, stojącym na skraju wojny z Francją, która jako jedyna opiera się Królestwu Niderlandów. Cała historia ma korzenie w XVII wieku, gdy naukowiec i zegarmistrz Christiaan Huygens tworzy pierwszego klakiera, mechanizm, robota(?) , który napędzany jest mocą przekładni i alchemii. Armia klakierów wyrusza na podbój Europy i ją podbija.  Trzy wieki później rozpoczyna się właściwa akcja naszej powieści.

środa, 28 września 2016

Wojciech Gunia - Nie ma wędrowca.


BEZSENNE ŚRODY Z WIELKIM BUKIEM

Dobra opowieść grozy to nie tylko strach wychylający się z każdej strony, czyhający w cieniach, ukryty w najmniej spodziewanych miejscach, szepczący po kątach, wyzwalający ból brzucha i tętniący puls w żyłach. To także siła naprawdę mocnego kontrastu, sztuka najmocniejszych przeciwieństw. Zło przeciw dobru. Natura przeciw cywilizacji. Siły piekielne przeciw aniołom nieba. Lodowata obojętność śmierci przeciw rozpalonym żywiołom życia, miotającym się wokół. Chaotyczny świat martwych cieni przeciw pozornemu porządkowi żywych. Przenikliwy chłód śnieżnej pustki przeciw rozpalonym industrialnym piecom tartaku. I w końcu dojmująca samotność, największy pierwotny lęk przed odosobnieniem przeciw ścisłej, pełnej tajemnic zbiorowości – ‘ja’ przeciw ‘my’, istnienie przeciw nieobecności.
„Nie ma wędrowca” Wojciecha Guni to właśnie groza tych przeciwieństw, opowieść straszna i tragiczna zarazem, dotykająca konfliktu jednostki skonfrontowanej z ciężarem koszmarów historii. Byt i niebyt spotykają się pośród buchającym ogni pełnych trocin, pośród pokrytych lodem drewnianych bali, w zapachu żywicy, potu i odwiecznej śmierci.
Cichy lęk przed nieobecnością przeradza się w paniczne przerażenie, w niezbywalne przekonanie, że każde miejsce, z którego spuścimy wzrok, momentalnie zostanie pochłonięte przez ciemność, której nie odgonią już nawet nasze pełne lęku i nienawiści spojrzenia.
Do odosobnionego w pustych, leśnych przestrzeniach tartaku przybywa wędrowiec. Spragniony samotności mężczyzna, szukający istoty życia po wielkiej stracie, uznaje, że miejsce zwane Bazą, pośród obcych ludzi i opustoszałych baraków będzie dla niego idealną przystanią na jakiś czas. Zostaje nocnym stróżem, jak się okazuje następnym z kolei, ale on nie zamierza poddać się tajemniczym opowieściom, czy miejscowym zabobonom. Coś jednak dostrzega pośród cieni, coś słyszy, coś pojawia się w kącikach oczu. Nadchodzi zima, a wędrowiec znikąd odkrywa kolejne

wtorek, 27 września 2016

Aleksandra Zielińska - Bura i szał.

BURA I SZAŁ

„Nie wszyscy mieliśmy idealne dzieciństwo.
Często najgorsze rzeczy spotykają nas ze strony najbliższych ludzi.”
                                 
Aleksandra Zielińska


Po raz pierwszy na naszym blogu prezentuję książkę, która nie jest horrorem, kryminałem czy fantastyką. Jednak po  jej przeczytaniu, nie mogłam się oprzeć i muszę napisać choć kilka zdań.

Przyznam, że jeszcze nie zdążyłam przeczytać debiutanckiej powieści Aleksandry Zielińskiej „Przypadek Alicji”. Książka stoi na półce i czeka, z pewnością sięgnę po nią w najbliższym czasie.
Za „Burę i szał” chwyciłam z ogromną ciekawością, skuszona świetnymi opiniami wśród osób, które już miały okazję ją przeczytać.

Małą wioską wstrząsa burza, jakiej nie było od lat. W strugach deszczu idzie Bura, dziewczyna, o której wszyscy zapomnieli: niebezpieczna, chora i nadwrażliwa. Bura niesie ze sobą tajemnicę, cały czas żyje w lęku i niespodziewanie wraca do domu rodzinnego, by rozliczyć się z przeszłością.

poniedziałek, 26 września 2016

Eva Pohler - Purgatorium. Wyspa tajemnic.

Hortense Gray jest psychologiem eksperymentalnym. Ratuje życie, ale ceną, jaką trzeba za to zapłacić, jest... śmiertelne przerażenie.
Siedemnastoletnia Daphne Janus nie może uwierzyć, że rodzice pozwalają jej jechać z najlepszym przyjacielem na wakacje. Tak naprawdę pobyt w pięknym kurorcie na niewielkiej wyspie u wybrzeży Kalifornii to ostatnia, desperacka próba ocalenia dziewczyny.
W miejscu tym są przeprowadzane eksperymentalne terapie dla osób ze skłonnościami samobójczymi. Początkowo niekonwencjonalne zajęcia są ekscytujące — duchy w pokoju, awaria windy, przygoda podczas wycieczki kajakiem — to wszystko robi wrażenie. Ale kolejny dzień przynosi nowe wyzwania... Gdy podczas jazdy terenowej dziewczyna odłącza się od grupy, rozpętuje się istne piekło. Daphne zaczyna zastanawiać się, czy rodzice wysłali ją na wyspę po to, by jej pomóc, czy też aby ją ukarać.

Fantastyka do kwadratu. „Światy Dantego” Anny Kańtoch.

Fantastyka do kwadratu. „Światy Dantego” Anny Kańtoch.

Lojalnie uprzedzam: nie umiem, nie lubię i nie powinienem pisać recenzji, szczególnie książek polskich autorów.  Jeśli pochwalę, wyjdę na obrzydliwego lizusa, jeśli zganię, to mój tekst może zostać odebrany jako próba dezawuowania pracy lepszych i mądrzejszych. W przypadku prozy Anny Kańtoch czuję się rozgrzeszony: inna liga, do której ja nigdy się nie dostanę. Więc chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie pomyśli, że recenzując „Światy Dantego” będą starał się załatwić jakeś swoje osobiste interesy.
 Mam też inny cel, który przyświeca mi gdy pisze niniejszą recenzję –być może spisując swoje wrażenia i oceny zrozumiem paradoks tej książki. Otóż podoba mi się ona niezwykle, jestem dosłownie zachwycony zebranymi w niej  opowiadaniami, lecz w niemal każdym tekście widzę pewne wady. Jednak wszelkie zgrzyty, błędy, jakieś drobne (lub nie) potknięcie nie przeszkodziły mi w czerpaniu przyjemności z lektury a nawet – w pewnym sensie – ją uatrakcyjniły. Może na zasadzie kontrastu, na tle wad zalety dobrej prozy wręcz olśniewają.

sobota, 24 września 2016

Przeklęci ci, którzy Boga w sercu nie mają. Tomasz MordumX Siwiec


Przeklęci ci, którzy Boga w sercu nie mają.

   Kościelny minął wielką, posępną bramę suskiego kościoła i niosąc niewielki pakunek, udał się w stronę plebani. Ostrożnie przekroczył wysoki próg, a następnie skierował się korytarzem w prawo. W ponurym pomieszczeniu przywitał go zniecierpliwiony ksiądz proboszcz.
   - Myślałem, że już się nie doczekam! - warknął, wyjmując zza sutanny ostry nóż.
   - To nie takie proste, ukraść niemowlaka. - odparł, zdyszany kościelny. - Najpierw muszę znaleźć adres nieochrzczonego dziecka, który mi ksiądz wskazał, a potem na spokojnie przyczaić się do ataku.
   - Sucha Beskidzka to aż tak wielkie miasto, że rodowity mieszkaniec musi szukać ulic? - zapytał proboszcz z ironią w głosie.
   - No nie, ale te odnogi typu; Zasepnica, Sumerówka, Smolikówka czy...
   - Milcz błaźnie. – skarcił go, wyrywając mu z rąk niewielki, czarny worek.

   Ksiądz rozsupłał węzeł i wyciągnął ze środka kilkumiesięczne niemowlę. Jego usta były zaklejone czarną taśmą klejącą. Położył dziecko na stole, a następnie zdjął z niego kolorowe ubranko.
   - Sami bezbożnicy z tych suszan – zaczął, przystawiając ostrze noża dokładnie w serce malca – Musimy dbać o mieszkańców Suchej, aby nie zeszli na złą drogę. Najlepiej od razu sprawdzić co im w duszy gra. Ten nie był ochrzczony, zatem diabeł się już nim pewnie interesuje. - mruknął, zagłębiając ostrze w delikatnej skórze. Gęsta, czerwona krew trysnęła mu na twarz. Ksiądz oblizał się smakowicie, rozkroił klatkę piersiową, a następnie odsłonił bijące jeszcze serce dziecka.
   - Widzisz coś? - szepnął do kościelnego.
   Kościelny przyświecił sobie latarką, ale po chwili pokręcił przecząco głową:
   - Nie. Ten nie ma Boga w sercu.
   - No ja też go nie widzę, zatem kolejnego grzesznika mniej.
   Ksiądz schował pod sutannę zakrwawiony nóż, a następnie wziął martwego malca na ręce i otworzywszy okno, wyrzucił go na podwórko. Po chwili z zewnątrz dobiegł ich warkot psa, a potem odgłos rozrywanej skóry oraz głośne przeżuwanie ludzkich chrząstek i mięsa.
   To był porządny pies. Nazwał go Połykacz Grzechów i przynajmniej raz na jakiś czas dostarczał mu solidną porcję ludzkiego zepsucia. Jako gospodarz parafii czuł się w obowiązku dbać o dusze swoich poddanych. Znał przecież adresy, gdzie nie przyjmowano go po kolędzie, zatem miał ułatwioną sprawę, jeżeli chodzi o weryfikację dobrych parafian.
   Bo to było dobre miasto. Tutaj nie mógł zagnieździć się Szatan. Już on 
o to zadba – pomyślał, udając się na zasłużony wypoczynek.

wtorek, 20 września 2016

Jack Ketchum - Zabawa w chowanego/frg.

1

Jeden


Nie ufam znakom, ale myślę, że od razu można poznać, kiedy nadciągają kłopoty.
I choć brzmi to jak kompletna bzdura, musicie uwierzyć mi na słowo.
Harowałem przy układaniu kantówek dwa na cztery cale; trzeba było zdjąć ze sterty jakieś osiem stóp na pęk. Już niemal kończyliśmy obwiązywać kolejny, ale wtedy zauważyłem jeszcze kilka drewnianych listewek wyglądających na niezbyt podniszczone i wlazłem, by je pozdejmować. Gdy, stojąc na stosiku, chwyciłem najbliższą, pękł stalowy kabel, którym go opasaliśmy. Rozległ się dźwięk, jakby ktoś z bicza strzelił. Niemal, cholera, urwało mi łeb. I, rzecz jasna, straciłem równowagę. Zleciałem z wysokości dziesięciu stóp na żwir, obsypany deszczem ciężkiego drewna.
Ani draśnięcia.
Miałem szczęście.

niedziela, 18 września 2016

COPERNICON 2016 - Relacja.

COPERNICON 2016



Dotarłem do Torunia w pierwszy dzień konwentu, dość późno, zegar na wyświetlaczu auta wskazywał godzinę dwudziesta. Oczywiście nie obeszło się bez problemów. Nawigacja w samym mieście dostała kota i pod hotel Kopernik dotarłem praktycznie na czuja. Po rozłożeniu gratów wraz z Krzyśkiem „Korsarzem” Bilińskim („Okolica Strachu” i „Misterium Grozy”) i Maćkiem Lewandowskim ruszyliśmy w stronę starówki, tam spotkaliśmy się z Simonem Zackiem i po zapoznaniu się z toruńskimi pubami, znalazłem się w hotelu około trzeciej w nocy. Zaczęło się obiecująco, choć nie dla rozrywek przecież przyjechałem do miasta utożsamianego z Mikołajem Kopernikiem.


W sobotę rano meldujemy się na konwencie, praktycznie z marszu wskakuję na panel dotyczący researchu  i zasiadam obok znamienitych gości imprezy: Marka Oramusa, Magdaleny Kozak, Marcina Przybyłka, Roberta Wegnera i Aleksandry Janusz. Dwie godziny opowiadania o…. no właśnie, nie koniecznie o tematach związanych z przygotowaniem się autora do pisania powieści. Powiem szczerze, że czułem się jak idiota, gdy Marek Oramus dyskutował z Marcinem Przybyłkiem o materii, kosmosie i wszystkich tych „naukowych kosmicznych rzeczach”, ponieważ kompletnie nie miałem o tym pojęcia. Więc nie dość, że to był mój debiut w tego typu spotkaniu, to trema dodatkowo została pogłębiona brakiem możliwości nawiązania sensownej dyskusji z takimi specjalistami. Można było wyczuć, że Marek Oramus, ze względu zapewne na swoją wiedzę i dokonania dla polskiego SF, był niekwestionowanym autorytetem, który pozwalał sobie „wcinać się” w wypowiedzi innych gości, mówiąc ”Nie zgadzam się”, co wywoływało burzę śmiechu na sali. Oczywiście, te swoje „Nie zgadzam się”, później  bardzo rzeczowo argumentował i tutaj zaczynał się moment, gdy nie wiedziałem o czym panowie rozmawiają. Pomimo, że czułem się dziwnie, to w myślach mówiłem sobie ”Przecież ja jestem od horroru” i w pewnym sensie to pomagało. Byłem także jednym, który nie zajmował się pisaniem książek, o czym raczyłem wspomnieć i Marek Oramus skwitował to „I całe szczęście”. Jakby nie patrzeć, to było fantastyczne przeżycie i bardzo się cieszę, że mogłem usiąść obok tak znanych i docenianych w polskiej literaturze fantastycznej pisarzy.

wtorek, 13 września 2016

Robert Cichowlas - Wylęgarnia.

To moje drugie zetknięcie się z serią CITY  szczecińskiego Wydawnictwa FORMA  i jakże udane. Robert Cichowlas i jego opowiadania zamknięte w zbiorze pt „Wylęgarnia” to gratka dla miłośników, chciałoby powiedzieć się tradycyjnego horroru. Horroru spod znaku Mastertona, Herberta, a nawet Guya N. Smitha.

To zbiór trzynastu opowieści pełnych duchów i szaleńców, wątków nadnaturalnych ale i pokazujących mroczną duszę człowieka. Tradycyjnie ,Cichowlas nie stroni od seksu i „barwne przygody” bohaterów dość dosadnie opisuje, co akurat w stylu i klimacie zamieszczonych opowiadań sprawdza się świetnie. To opowieści, gdzie bohaterowie nie są idealni, a zakończenia niektórych historii ukazują ich w zupełnie innym świetle. Tak naprawdę zebranym tekstom nic nie brakuje, mało tego, dawno nie czytałem tak równego pod względem jakości zbioru, choć sama książka została wydana w 2013 roku. Nie będę opisywał każdego opowiadania, bo mija się to z celem. Wspomnę o dwóch moich ulubionych.

Erika Swayer - Księga wieszczb.

„Coś łapie mnie za włosy i ciągnie,jakby chcąc wyrwać je z korzeniami.
Podmuch powietrza mnie oślepia….
Woda mnie spowalnia,a uścisk jest mocny.

Wielkimi krokami zbliża się jesień, a to dla większości miłośników książek oznacza więcej czasu na czytanie. Sami przyznacie, że ta pora roku jakoś najbardziej pasuje do tego, aby zanurzyć się w długo oczekiwane lektury, które mam nadzieję, podczas lata zwiększyły zawartość Waszych kolekcji.
Dlatego też zapraszam Was do zapoznania się z debiutancką powieścią Eriki Swyler.


Simon Watson, młody bibliotekarz, mieszka samotnie w domu, który powoli osuwa się do zatoki Long Island. Jego matka utonęła w jej wodach, a młodsza siostra Simona, Enola, uciekła do cyrku.
Pewnego czerwcowego dnia, Simon dostaje tajemniczą starą księgę – uszkodzony przez wodę i nadwątlony przez czas dziennik właściciela wędrownego cyrku z końca osiemnastego wieku. Odnotowano w nim dziwne, magiczne zdarzenia – w tym utonięcie cyrkowej syreny. Od tego czasu w każdym pokoleniu w rodzinie Simona tonie „syrena”. Zawsze dwudziestego czwartego lipca. Ten dzień zbliża się wielkimi  krokami…
Czy nad rodziną Simona ciąży klątwa i co to ma wspólnego z księgą? Czy Simonowi uda się rozwiązać zagadkę na czas i uratować Enolę?

niedziela, 4 września 2016

Miroslav Zamboch - Sierżant.

Fabryka Słów rozpoczyna Rok z Zambochem. Cóż to takiego? Fabryka wznawia kilka powieści czeskiego autora i wydaje premierowo „Wojnę absolutną” w nowej, spójnej szacie graficznej. Ktoś mógłby psioczyć - znowu wznowienia. Jednak wg mnie to świetny ruch, ponieważ dotychczasowe książki nie trzymały spójnej szaty i nawet te dwutomowe zbiory opowiadań, tak bardzo się od siebie różniły, że powiedzmy szczerze – wyglądało to słabo. Teraz Zamboch prezentuje się naprawdę świetnie i zebrana cała kolekcja bardzo fajnie będzie wyglądać na półkach każdej biblioteczki.

Na pierwszy ogień poszedł „Sierżant”. Opowieść niezwykła w dorobku autora, ponieważ łączy ze sobą klimat powieści wojennej rodem z okopów Wielkiej Wojny, steampunka pełnego parowych machin i typową historię fantasy z popularnymi magicznymi artefaktami.
Bohaterem książki jest Lancelot, sierżant batalionu zwiadu Jej Wysokości. Kompania Zwiadowcza 17 Batalionu Sił Szybkiego Reagowania Królestwa, to jednostka, do której nie trafia się w nagrodę, a za karę. To karny batalion, który rzucany jest w najgorszą żołnierską robotę. Przeniesieni w okolice miejscowości Joudzou, gdzie podczas zwiadu znajdują stare okopy, których ziemia usłana jest szczątkami dawnych obrońców. Z pozoru rutynowy zwiad przeradza się w potyczkę z wrogiem. 

sobota, 3 września 2016

Tomasz Czarny - WYWIAD.

Cześć Tomek. Spotkaliśmy się na Polconie, ale jakoś tak wyszło, że nie mieliśmy czasu dłużej porozmawiać. Strasznie zabiegany tam byłeś. Brałeś udział w kilku panelach. Który Twoim zdaniem był najciekawszy?

Tomasz Czarny: Witaj Sebastian. Wszystkie one były bardzo ciekawe, ale niestety nie udało mi się być na wszystkich. Dla mnie osobiście chyba najciekawszy był ten czwartkowy, na którym zasiadłem obok Edwarda Lee i Jacka Ketchuma, panel pt. „Polski horror na tle grozy światowej”. Omawialiśmy tam teraźniejszą kondycję rodzimego horroru i to, czemu tak trudno przebić się naszym pisarzom na zachodzie, w ogóle za granicą, jakie mogą być tego przyczyny. 

O właśnie? Jakie?

Polski horror ma słabe szanse przebicia, głównie z tego względu, że rynek amerykański jest już bardzo nasycony. Tam tradycja horroru sięga już dobre kilkadziesiąt lat jeśli nie więcej, jest tam sporo wydawnictw wydających tylko i wyłącznie horror i jeszcze więcej pisarzy trudniących się pisaniem tego odłamu literatury. Za tym wszystkim stoi niezła promocja i marketing, choć obecnie horror nie sprzedaje się już w takim stopniu jak kilkanaście czy chociaż kilka lat temu. Jest tam tylu twórców, działaczy, portali itd. że dziwne byłoby to, że tamte środowisko i czytelnicy musiałoby posiłkować się prozą z zewnątrz. Poza tym nasz horror jest bardzo specyficzny, właśnie dlatego, że jest nasz, swojski.  Jedynym wyjątkiem jest może Ania Ahlborn, która urodziła się w Ciechanowie i jej proza jest po prostu wyborna. Nie wiem czy ma jeszcze jakieś związki z Polską, wiem natomiast, że jej pierwsza powieść pt. „Seed” była wydana jako self-publishing. Okazała się tak wielkim sukcesem, że pisarka podpisała bardzo korzystny kontrakt i w ciągu kilku lat stała się prawdziwą gwiazdą, a jej powieści były recenzowane m.in. przez Publishers Weekly, New York Daily News czy New York Times. Dowodzi to, że można i wszystko jest możliwe.