Okiem na Horror

Okiem na Horror

czwartek, 20 sierpnia 2015

Hiszpańska apokalipsa zombie. Rozprawiamy się z Apokalipsą Z.

Hiszpańska apokalipsa zombie.

Kiedy w 1968 roku George A.Romero stworzył swoje, wiekopomne już dzieło "Night of the living dead" mało kto zdawał sobie sprawę, że jego wizja świata opanowanego przez zombie okaże się tak ważna dla gatunku i wyznaczy kierunek, w jakim pójdą późniejsi twórcy. Ludzi, którzy zostali zainspirowani przez ojca żywych trupów do dziś jest wielu, by Roberta Kirkmana, czyli twórcę komiksowego, a później i książkowego, świetnie przyjętego „The Walking Dead” jedynie wspomnieć. Manel Loureiro, autor trylogii "Apokalipsa Z" również postanowił pójść dobrze znanym, wyznaczonym wcześniej przez Romero szlakiem, w którym główną rolę odgrywa człowiek, a zombie to jedynie mroczne i brutalne tło. Pisana, najpierw w formie internetowego blogu książka, zachwyciła tysiące osób na całym świecie i kwestią czasu było wydanie jej w papierowym kształcie. Sprawiło to, że adwokat z Pontevedry stał się poczytnym pisarzem i dołożył swoją cegiełkę do całego tego ambarasu z żywymi trupami w roli głównej. O tym, czy kolejna historia o zombie to dobry pomysł można przekonać się jedynie sięgając po wszystkie trzy części „Apokalipsy Z”, a jako że jestem dobrym samarytaninem postanowiłam przenieść się na opustoszałe ulice Galicji i sprawdzić co też hiszpański, papierowy horror ma do zaoferowania. Jeśli też jesteście ciekawi chodźcie razem ze mną.

Część pierwsza.
Początek końca, czyli prawnik, jego kot i tajemniczy wirus.

W należącym do Federacji Rosyjskiej Dagestanie dochodzi do ataku ekstremistów islamskich na jedną z poradzieckich baz wojskowych. Napastnicy przypadkowo uwalniają przechowywane tam wirusy dziwnej choroby, która pustoszy coraz większe tereny, odcinając je od reszty świata. Temat ten zaczyna dominować w światowych serwisach informacyjnych, ale nikt nic nie wie na pewno. Mówi się o żywych trupach, które polują na ludzi. Poszczególne państwa wprowadzają spóźnione środki zaradcze: stan wyjątkowy, godzinę policyjną, blokadę informacji, zamknięte Bezpieczne Strefy dla zdrowych obywateli. O tym wszystkim dowiaduje się stopniowo bohater powieści, hiszpański prawnik mieszkający pod miastem Pontevedra. Od pierwszego dnia na prowadzonym przez siebie blogu, a później w zwykłym notatniku spisuje swoje spostrzeżenia o tej odległej katastrofie. Jeszcze nie wie, że to dopiero początek apokalipsy... W poszukiwaniu bezpiecznego schronienia odbędzie wędrówkę po terenach, które kiedyś znał jako Galiciię.
(źródło opisu: Wydawnictwo Muza, 2013)

To, co wybija się na pierwszy plan powieści, to
zachowanie formy blogu (później dziennika), dzięki czemu książka zyskuje na autentyczności, a przystępny język daje nam przekonanie, że każdy z nas mógłby być autorem i znaleźć się w podobnej sytuacji. Zachowanie mediów i Rządu wygląda niebezpiecznie realistycznie i jestem niemal w stu procentach przekonana, że w razie bliźniaczego zagrożenia ich postępowanie byłoby identyczne jak te opisane w książce. Sprawnie i autentycznie oddano stopniowa bezradność, dezorientacje i dramat głównego bohatera, który dzięki temu, że pozostaje niemal anonimowy (nie poznajemy jego personaliów i dowiadujemy się o nim bardzo niewiele) może być utożsamiany z każdym z nas. Jego wdzięczny towarzysz, kot Lukullus, nadaje całej historii ciepłego oblicza. Nie raz uśmiechniemy się z opisów jego zachowania, a humor głównego bohatera, choć czarny jak smoła wywoła u nas trudny do powstrzymania śmiech. Choć owych humorystycznych elementów nie ma w powieści zbyt wiele są one świetną odskocznią od, nieraz bardzo, przytłaczającej treści. Przejmujące i chwytające za serce są przede wszystkim opisy akcji w szpitalu. Prawdziwa groza kryje się właśnie w takich, z pozoru małych, ludzkich tragediach.  Zombie to też niegłupi pretekst do ukazania mrocznej natury człowieka, który nie bacząc na niebezpieczeństwo, jest w stanie zaryzykować życie innych by samemu przetrwać. Mówi się, że przeżyją najsilniejsi, ale wyzbycie się wszelkiej empatii czyni z żywego, myślącego przedstawiciela gatunku ludzkiego, coś na kształt żywego trupa właśnie- i to zawsze było dla mnie przerażające.

Chociaż historia apokalipsy z zombie w tle nie jest niczym nowym i Loureiro nieraz garściami czerpie z innych tego typu historii podczas lektury nie jesteśmy znużeni, czy też rozczarowani. Trudno w tych czasach stworzyć coś oryginalnego i świeżego, lecz na szczęście autor wiedział gdzie postawić granicę i stworzył wciągającą i ciekawą opowieść, która, choć początkowo może wydać się nudnawa, z czasem bardzo zyskuje, w rezultacie czego ciężko będzie nam się oderwać od lektury i będziemy bardzo ciekawi dalszych losów anonimowego, lecz nie obojętnego nam prawnika. Genialnie wypadają opisy zniszczonego przez żywe trupy miasta, jak i sam ich wygląd. Nieumarli są przerażający i nie sposób się ich nie bać. Poruszają się dość ślamazarnie, a odór jaki wydzielają zapewne niejednego z nas przyprawiłby o odruch wymiotny. Pewien drobny fakt różni je od zombie ze stajni Romero, lecz wolałabym abyście sami odkryli o jaki szczegół chodzi. Psucie zabawy nie leży w moich planach na dzisiejszy dzień.

Postacie, jakie na swojej drodze spotyka główny bohater czyli między innymi, zaprawiony w bojach Ukrainiec, niejaki Wiktor Pritczenko czy piękna, waleczna i odważna Lucía są realistyczne i z łatwością uwierzymy w ich postępowanie. Jesteśmy w stanie się z nimi zżyć i ich polubić. Kibicujemy im i chcemy, aby wyszli cało z tej jakże dramatycznej sytuacji. Młody prawnik i decyzje jakie podejmuje są na tyle logiczne, że jestem niemal pewna, iż większość z nas chciałaby podobnie myśleć w obliczu tak wielkiego zagrożenia. Jak już we wstępie wspomniałam dużą rolę w książce Loureiro, tak jak u Romero odrywa czynnik ludzki i zachowanie w obliczu tragedii. Stanowiło to dla mnie zawsze niebywały plus i jestem zadowolona, że wielu twórców nadal sięga po owy pomysł. Jedyną rzeczą, którą zapisałabym grubym pisakiem w dziale minusy jest, czasem wręcz nieprawdopodobny, fart głównego bohatera. Z jego szczęśliwą ręką grałabym na loterii, lub spróbowała swego szczęścia w innych grach losowych. Zdaje sobie sprawę, że aby akcja szła do przodu trzeba ją czasem trochę nagiąć, ale miejscami jest tego zbyt wiele. Patrząc jednak całościowo na owy minus można przymknąć oko i nie psuje on dużej frajdy jaką na pewno będziemy czerpali z czytania. A to przecież dopiero początek drogi.

Bilans zysków i strat.
Zyski:
- forma blogu, później dziennika
- realizm- w obliczu nadciągającej zagłady media mogłyby zachowywać się identycznie
- ciekawie nakreślone postacie
- czarny humor
- opisy zniszczonego miasta
- sceny w szpitalu
- atmosfera „coś złego wisi w powietrzu”
- niegłupie przemyślenia autora

Straty:
- niebywały, czasem wręcz nierealny fart głównego bohatera
- poza nowymi lokalizacjami nie wnosi nic oryginalnego w tematykę zombie

Część druga.
Mroczne dni na wyspie szczęścia.

Apokalipsa już się dokonała. Pozostał tylko jeden cel: PRZEŻYĆ! Ocaleni z apokalipsy Z docierają do jednego z ostatnich miejsc, którego nie opanowali zombi. Trafiają jednak do społeczności rządzonej przez wojskowych, pogrążonej w wojnie cywilnej, której ludność głoduje. W tych warunkach może się okazać, że ludzie są dla siebie największym zagrożeniem niż najgorsi z zombie.
(źródło opisu: Wydawnictwo Muza, 2013)

Akcja i dalsze losy prawnika i jego towarzyszy- niesfornego kota Lukullusa, twardego niczym skała Wiktora, walecznej Lucíi i dobrodusznej zakonnicy Cecilii w drugim tomie trylogii ze zdewastowanego szpitala przeniosła się na, z pozoru idealną i wyśnioną, wyspę. Loureiro jednak i tym razem nie oszczędza swych bohaterów i każe im zmierzyć się z kolejnymi przeciwnościami losu. Niestety tym razem nie wszystko poszło tak, jak powinno. Już sama rezygnacja z ciekawej koncepcji dziennika, pisanego przez głównego protagonistę sprawiła, że z niesmakiem się skrzywiłam. Pomyślałam, że powieść może przez to wiele stracić i z przykrością musiałam przyznać sobie samej rację. Tak, jak w przypadku poprzedniej części, prosty język można było wytłumaczyć konwencją pisanego na szybko dziennika przekazującego relacje z oblężonego miasta, tak tutaj nieskomplikowane dialogi po prostu rażą w oczy. Dało się przez to odczuć że autor niekoniecznie miał pomysł na to jak poprowadzić akcję. Książka jest najkrótszą z cyklu i zarazem najmniej dopracowaną, zdaje się być za szybko wyjętym z pieca ciastem- niby da się je zjeść, ale nie jest to przysmak na jaki liczyliśmy.

Na szczęście, przed kompletnym rozczarowaniem książkę ratuje atmosfera ciągłego zagrożenia i niebezpieczeństwa. Z pozoru uporządkowana i dająca upragniony azyl wyspa okazuje się być krwawym poligonem, gdzie szary obywatel nie ma prawa godnie żyć. Piękny ład i porządek są tak iluzoryczne jak blacha trabanta. Mroczna strona ludzkiej natury, również i tutaj, zostaje ukazana w swej pełnej, plugawej krasie. Liczy się przetrwanie- nie ważne jaką cenę będzie trzeba za nie zapłacić. Dla bohaterów gaśnie, i tak już wątła, nadzieja na odbudowę świata. Znajdujące się na wyspie, ukryte niezgorzej niż niejeden bandyta, laboratorium skrywa mroczne tajemnice, o których wie jedynie garstka ludzi. To zdecydowanie najmocniejszy punkt powieści, który wprowadza elementy prawdziwej grozy. Kultura, sztuka, czy inne wartości nic już nie znaczą i nikt nie przejmuje się opuszczonymi muzeami z obrazami wartymi miliony. Przewartościowanie co jest ważne, a co nie i nowy porządek świata wprawiają w stan niepokoju i uruchamiają lawinę myśli, czy w razie wybuchu epidemii coś prócz ocalenia własnego życia miałoby jakiekolwiek znaczenie? W obliczu zagłady można spodziewać się tylko niespodziewanego.

Kot Lukullus pozostał typowym „służ mi człowieku” kotem i sceny z nim w roli głównej nadal wprowadzają luźniejszą atmosferę. Relacje między bohaterami są dobrze nakreślone i nadal kibicuje się ich poczynaniom. Pan prawnik to w dalszym ciągu niebywały farciarz, który zdaje się być w czepku urodzonym. Jest to wciąż dość irytujący mankament, który chyba trzeba zrzucić na karb tego, że przecież nie można uśmiercać głównego bohatera. George R.R Martin by zapewne z tym stwierdzeniem ostro polemizował. Również, w moim odczuciu, nie do końca udanym posunięciem było spłycenie roli siostry Cecilii- jej postać powinna być solidniej nakreślona i nie być tylko pretekstem do innych wydarzeń. Historia zbyt szybko zostaje rozwiązana i sprawia, jak już wcześniej pisałam,  wrażenie niedopracowanej. W porównaniu z częścią pierwszą wypada nad wyraz blado i dość słabo. Przez to czytelnik zostaje zniechęcony do sięgnięcia po trzecią, ostatnią, część „Apokalipsy Z”. Ja sama musiałam zrobić sobie przerwę i dopiero całkiem niedawno postanowiłam wrócić do świata wykreowanego przez Manela Loureiro. Miałam pewne obawy, ale zaryzykowałam i ani trochę nie żałuję bowiem ostatnia część trylogii wynagradza wszystko z nawiązką.

Bilans zysków i strat.
Zyski:
- wygląd i wydarzenia w laboratorium
- ład na wyspie- iluzoryczny ład przykrywką dla nieludzkiego zachowania
- nowe reguły panujące na świecie- przetrwanie za wszelką cenę, kultura i sztuka to relikty przeszłości
- ludzie walczą o przetrwanie, nie zważając na moralność
- prawnik, kocur Lukullus jak i reszta postaci
- niegłupie przemyślenia autora

Straty:
- rezygnacja z oryginalnej konwencji dziennika
- proste niczym budowa cepa dialogi
- spłycenie postaci siostry Cecilii
- kolejny raz niebywałe szczęście i fart głównego bohatera (a niech cię ty szczęściarzu!)
- nic nowego w tematyce zombie

Część trzecia.
Gniew sprawiedliwych w oparach wierzeń fałszywego proroka, cladoxpanu i totalnej zagłady ludzkości.

Grupka ocalałych z zagłady wywołanej przez zombie ma mnóstwo szczęścia: w czasie huraganu zostaje uratowana pośrodku oceanu przez członków jednej z ostatnich zorganizowanych społeczności, jakie zachowały się na ziemi. Nie mając innego wyjścia, rozbitkowie towarzyszą swoim wybawcom i docierają nad Zatokę Meksykańską. Powstałe tam miasto-państwo zdaje się tętnić życiem i rozkwitać pod łaskawymi rządami tajemniczego kaznodziei. Przybysze szybko odkryją jednak, że choć życie w mieście toczy się tak, jakby do apokalipsy zombie nigdy nie doszło, to tak naprawdę ten mały raj na ziemi skrywa mroczną tajemnicę…
(źródło opisu: Wydawnictwo Muza)

Ostatnia część trylogii o apokalipsie zombie Manela Loureiro jest zarazem tą najlepszą. Wielowątkowość i nowe, świeże pomysły na przeprowadzenie fabuły sprawiają, że trudno książkę odłożyć na miejsce. Cały zły czar drugiej części pierzchnął już na pierwszych kartach powieści. Tym razem akcja przenosi się aż nad Zatokę Meksykańską do kolejnego raju na ziemi. Pan prawnik (personalia w dalszym ciągu zastrzeżone), Wiktor i Lucía zamieszkują w miejscu, gdzie nie widać śladów apokalipsy. Gulfport, w stanie Missisipi, bo tam właśnie trafili bohaterowie, skrywa jednak jeszcze gorszą tajemnicę niż początkowo można by przypuszczać. Również i tym razem ład i porządek to swoista fatamorgana, omam. Stworzona przez Manela postać fałszywego kaznodziei, niejakiego wielebnego Greenea, to okaz wręcz niezwykły. Od początku swego pojawienia się wzbudza mieszane uczucia, a im dalej w las jest tylko coraz gorzej. Religia i przesadna wiara nie raz doprowadziły do tragedii i również tutaj stanowią punkt zapalny do makabrycznych wydarzeń. Zapewniam, że nie ma w tym nic świętego. Również inna nowa postać, niejaki Grapes zdaje się być większym zagrożeniem niż słabnące zombie.

Skoro dotarłam do zombie warto zaznaczyć i pochwalić autora za całkiem zgrabne i interesujące wyjaśnienie skąd się zaraza wzięła i kto był twórcą śmiercionośnego wirusa. Również działanie TSJ, bo tak nazwano drobnoustrój, który wywołał zagładę, zostało logicznie wyjaśnione. Ciekawym pomysłem było wprowadzenie mętnej, niezbyt zachęcającej do spożycia substancji o tajemniczej nazwie Cladoxpan. Nie chcą wam zdradzać istotnych wątków napiszę tylko, iż owa ciecz mocno zamiesza i wprowadzi znaczące zmiany w życiu głównych bohaterów. Po raz pierwszy również niebywałe szczęście pana prawnika zostanie wystawione na ciężką próbę. Złapany na gorącym uczynku zostanie bardzo surowo ukarany i to właśnie owe sceny są najbardziej przerażające i stanowią najmocniejszy punkt całej trylogii. To swoiste zwieńczenie ogółu ludzkiego okrucieństwa i niemoralności. To, czym stali się niektórzy ludzie dalekie jest od terminu „człowiek” bowiem jakiekolwiek pozytywne uczucia zostały zastąpione rządzą władzy, zwycięstwa i bycia nowym władcą świata. Gwałty, podział na „ludzi i podludzi”, czy makabryczne, tak zwane „deportacje” zmuszają do myślenia i sprawiają, że zrobi nam się nieprzyjemnie. I tutaj, w wersji powiększonej o stokroć, liczy się przetrwanie. Biedni i słabsi prędzej czy później staną się, w najlepszym wypadku, pionkiem w nierównej grze, a w najgorszym strawą dla nieumarłych. Do tego jeszcze przybysz z daleka pragnie podbić Gulfport- na brak akcji w książce narzekać nie można!

Aby jednak atmosfera nie była aż tak gęsta i przygnębiająca nadal, choć w znaczniej mniejszej ilości, pojawia się humor. Prym wiedzie tutaj jak zawsze rudy kocur Lukullus, ale tym razem ma solidną konkurencję w postaci... muła! Gwarantuję, że uśmiech pod nosem macie jak w banku. Na duży plus zasługuje zarysowanie relacji między bohaterami- widać ich więź i przywiązanie. Jeden oddałby za drugiego życie długo się nad swą decyzją nie zastanawiając. Jedyne, co mogłabym odnotować jako minus to irytujące i naiwne zachowanie Lucíi. Stanowić ono może jedynie przestrogę do tego, aby nie robić niczego w złości i pod wpływem impulsu bo konsekwencje takich zachowań mogą być tragiczne w skutkach. Również całkiem ckliwe zakończenie może być dla niektórych z was minusem. Ja chyba na tyle dałam się wciągnąć w historię prawnika z Pontevedry, że mi ono nie przeszkadzało. Bądź co bądź, zakończenie serii okazało się świetną powieścią, która powinna zaciekawić każdego fana horroru, nie tylko tego z hordami żywych trupów w tle.

Bilans zysków i strat.
Zyski:
- pseudo kaznodzieja czyli wielebny Greene
- wyjaśnienie skąd wziął się wirus TSJ
- Cladoxpan
- wygląd współczesnego świata, który jest jedną, wielką ruiną
- wywóz więźniów, brutalność czynów niektórych bohaterów
- wielowątkowość
- wstawki humorystyczne
- relacje między bohaterami

Straty:
- zachwiany, lecz jednak nadal obecny fart głównego bohaterem
- naiwne zachowanie  Lucíi
- dla niektórych osób finał może być zbyt ckliwy

Koniec końców- warto?

Trylogia „Apokalipsa Z.”, choć nie pozbawiona wad jest serią, której warto poświęcić swój czas. Wyraźnie widać, że autor Manel Loureiro rozwinął swój warsztat i jestem bardzo ciekawa jak dalej potoczy się jego pisarska kariera. Pokazał, że jest w stanie napisać niepokojące, pełne grozy i dramaturgi książki, które czyta się z prawdziwą przyjemnością (przymykając oko na mankamenty części drugiej). Ja zostałam kupiona przez pana Manela i z rumieńcami na twarzy zabieram się do czytania „Ostatniego pasażera”,powieści,  która ponoć jest jedną z najlepszych książek o tematyce grozy minionego roku. Chyba lepszej rekomendacji nie potrzeba!

Paulina Kowalska

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz