środa, 8 października 2014

M.John Harrison - Droga serca /frg.


M. John Harrison 
Droga serca 
(fragment) 
Jeden

Niedocenianie snów

Pam Stuyvesant zażywała lekarstwa, żeby radzić sobie z padaczką. Często była po nich przygnębiona i trudna w obyciu, a Lucas, który sam był nerwowy, nigdy nie wiedział, co robić. Po ich rozwodzie coraz częściej polegał na mnie jako na pośredniku.
– Nie lubię brzmienia jej głosu – tłumaczył. – Ty spróbuj.
Pod wpływem leków śmiała się bez końca w krzykliwy, fałszywy sposób. Chociaż Lucas przez lata starał się ją traktować ze współczuciem, ten śmiech zawsze go żenował i irytował. Myślę, że się go bał.
– Spróbuj wydobyć z niej coś sensownego.
Sądzę, że to poczucie winy podpowiadało mu, że mam na nią łagodzący wpływ, jednakże nie chodziło o jego własne wyrzuty sumienia, tylko o poczucie winy, które w jego opinii łączyło całą naszą trójkę.
– Sprawdź, co powie.

wtorek, 7 października 2014

Republika Piratów - Colin Woodard


"Niby same historyczne fakty                                   
ale opowiedziane jak w książce
przygodowej. Wyobraźnia podsuwa obrazy
- przed oczami stoją szkatuły złota, abordaże,
korsarze, z beczki leje się rum, a na pokładzie
szczęka żelazo"




Na taką książkę czekałem bardzo długo. Jak tylko pojawiła się zapowiedź SQNa, powiedziałem sobie „Muszę ja mieć”.
Jako mały chłopiec bawiłem się w piratów, uwielbiałem te historie, bitwy morskie, potyczki, skarby, straszliwe burze i życie na statku, fascynowało mój młody umysł. Jak tylko się udało czytałem każdą książkę o piratach, czy korsarzach. Do dziś na półce stoi trylogia Meissnera czy „Wyspa skarbów”-Stevensona. Jak mam tylko okazję, kupuję kolejne książki o pirackich przygodach Komudy czy Mortki, jakiś czas temu dorwałem „Pod piracką flagą” Crichtona. Niestety za dużo tego nie było, posiłkowałem się zachodnimi filmami z lat 70ych czy 80tych. O dziwo, co dla niektórych, uwielbiam nawet „Piratów z Karaibów” – "Skrzynia jest pusta, nie ma tam serca!". Z takim okrzykiem obudziłem się w nocy siedząc na łóżku. Moja żona stwierdziła, że nie powinienem oglądać takich filmów.
Tyle tytułem wstępu.

niedziela, 5 października 2014

Katarzyna Bonda - zapis z pobytu w Szczecinku - okiem organizatora.





PRZED.

Pozwólcie, nie będę zdradzał w jaki sposób udało się mi zaprosić Kasię Bondę do Szczecinka, aby spotkała się z fanami kryminałów. Fakt jest taki, że gdy wysyłałem zaproszenie, to pomiędzy linkami i zdjęciami miasta puściłem jej steampunkową lokomotywę.
Ups. Zaraz napisałem, że nie jestem w stanie akurat tego obiektu zagwarantować, ponieważ znalazł się tam przypadkiem. Wtedy jeszcze -Pani Katarzyna - odpisała coś w stylu, proszę zadzwonić.
Zadzwoniłem. Ustaliliśmy szczegóły.
Tak w wielkim skrócie to się odbyło. Dwa miesiące potem podczas prelekcji gdy przypomniałem Kasi, a opowiedziałem zebranym motyw z lokomotywą (co wywołało oczywiście burzę śmiechu) Kaśka powiedziała coś w stylu: Pomyślałam, że dziwny to koleś.
I tak to się zaczęło.
Nie będę skromny. A co tam. Przez dwa miesiące załatwiałem patronów, sponsorów, sale, nocleg, nagłośnienie, plakaty a nawet wodę na stolik podczas spotkania październikowego w Zamku. Oczywiście Paweł Kwiecień, z którym robiłem Gryfcon, jak zwykle okazał się niezastąpiony.
Jednak grom tematów wziąłem sobie na głowę. Dzień przed spotkaniem, rano kleiłem jeszcze plakaty na słupach. W dzień spotkania okazało się, że część nie wisi, a główny słup jaki sobie upatrzyłem został oczyszczony, praktycznie ze wszystkiego. Także dostaję info od Pawła, że zmieniono nam salę. Myślę – zajebiście, tam już miałem wszystko w głowie ustawione.
Co ma być to będzie.
No to co. Siódma rano, rower, plecak, taśma i pozostałe plakaty trafiły na swoje miejsce.
Razem z Pawłem lataliśmy z zaproszeniami dla ludzi, którzy z racji wykonywania swojej publicznej funkcji powinni przyjść na spotkanie i chociaż w ten sposób nas wspomóc.

środa, 24 września 2014

Co w Oku widać?

Umiłowani Bracia i Siostry w Horrorze
Zazwyczaj na blogu mogliście przeczytać wywiady, opinie o książkach i opowiadania. Czasami pojawiała się jakaś - powiedzmy rozprawka z czymś :)
Dzisiaj jeżeli macie ochotę, to przeczytajcie co do końca roku kalendarzowego, będzie się działo w firmie Okiem na Horror. A działo się będzie.



Zacznijmy od tematu może, nie horrorowego, lecz kryminalnego i to tego z najwyższej półki. Ponieważ moim założeniem jest popularyzacja ogólnie czytelnictwa i namawiania Was i innych do czytania książek, łapię się wszelkich projektów, które mają temu służyć. Nie chodzi tutaj o jakieś.... nie wiem, odpuszczenie sobie tematów horroru, czy popadanie dla zysku (różnie rozumianego) w literaturę, która świetnie się sprzedaje a więc można na tym coś uczknąć.
Nie.
Kompletnie nie chodzi o to. Choć często, przy różnych projektach trzeba godzić się na tematy, które są OKU nie miłe. Lecz gdyby nie ten "przymuszony kompromis" to wielu tematów byśmy nie mogli zorganizować. Takie czasy. A cel pozostaje ten sam. Popularyzować literaturę, pomagać polskim twórcom grozy, namawiać od czytania książek.
I cała filozofia.
 No dobra ja tu gadu gadu, a o pewnej kobiecie należy kilka słów napisać.

wtorek, 23 września 2014

Graham Masterton "Sekta" - opinia.

Chyba nie muszę wam mówić kim jest Graham Masterton. Musielibyście się urodzić wczoraj i nigdy nie słyszeć słowa horror. Ten jakże utalentowany autor książek grozy, thrillerów, poradników seksuologicznych i sam diabeł wie jeszcze czego to osoba, którą darzę niemałą sympatią i szacunkiem. Masti, bo tak pieszczotliwie zwykłam o nim mówić jest nie do zdarcia i od lat, nieprzerwanie wypuszcza na rynek swe nowe dzieła.
Wznowiona dzięki wydawnictwu Replika książka „Sekta” (która wcześniej pojawiła się pod nazwą „Święty terror”) to kolejny po „Krzywej Sweetmana”, „Geniuszu” czy też „Głodzie” thriller tego autora. Jak tym razem udał się romans Grahama z tym gatunkiem?
Sprawdźmy.



Conor O’Neill jest ochroniarzem, który wiedzie spokojne życie z piękną dziewczyną u boku. Jego sielanka zostaje jednak zaburzona, kiedy przypadkiem zmuszony jest wziąć udział w dwóch napadach, w których skradzione zostają depozyty warte dziesiątki milionów dolarów. Nieszczęśliwy zbieg wydarzeń sprawia, że O’Neill staje się głównym podejrzanym. Nagonka nowojorskiej policji zmusza bohatera do szaleńczej ucieczki i walki o własne życie. Prowadząc prywatne śledztwo Conor natrafia na szeroko zakrojony spisek. Trop prowadzi do terrorysty,  przywódcy sekty o nazwie Światowy Ruch Posłannictwa, który uważa się za nowego Mesjasza ze świętą misją mającą na celu ujednolicenie religii na całym świecie.
(opis wydawcy)

niedziela, 7 września 2014

Sanato - Marcin Szczygielski. Opowiada Paulina.

Nie jestem typem podróżnika, który co roku jeździ w egzotyczne miejsca i chwali się wszem i wobec jaki to jest z niego obieżyświat. Klasa średnia, rzec można- niby nie przymierasz głodem i możesz sobie pozwolić na kupno nowego Mastertona, ale już na wakacje w Zakopcu możesz sobie pojechać raz na, powiedzmy 5 lat. Nie traktujcie tego jako spowiedzi zgorzkniałej dziewuchy która marudzi nawet, jak wygra w konkursie, w myśl zasady, że Polak musi narzekać!. Nie, ten pokręcony wstęp, który chyba powoli wchodzi mi w krew ma na celu podkreślenie faktu, w którym momencie mego życia (wakacje, Zakopane, boczna księgarnia) spotkałam się z powieścią „Sanato” i jak, niczym nawiny dzieciak przez kilka dnia żyłam w przekonaniu, że to historia oparta na faktach. „Twarzodłoń”*, jak to się niegdyś mawiało.

Jesień 1931 roku. Do luksusowego sanatorium w Zakopanem przyjeżdża młody niemiecki lekarz Matys Dresler ze swoją narzeczoną, a zarazem pacjentką Irą, która ma być dowodem na skuteczność jego rewolucyjnej metody leczenia gruźlicy zastrzykami z płynnego złota. Ośmioro pensjonariuszy wyraża zgodę na udział w eksperymentalnej kuracji - wśród nich jest także młoda mężatka Nina. Ryzykowna chryzoterapia przynosi dobre wyniki... Przynajmniej do chwili, gdy w umysłach pacjentów nie zaczynają się ujawniać przerażające efekty uboczne, które wywołuje.







Kupno, jedynego jak narazie horroru w dorobku pisarza Marcina Strzygielskiego nastąpiło bardzo

piątek, 5 września 2014

Efekt uboczny - Norbert Góra. Opowiadanie.

Heniek siedział jeszcze w domu pogrzebowym o enigmatycznej nazwie Aurum in aeternum* . Dochodziła godzina dwudziesta trzecia i powoli zbliżał się czas, kiedy powinien pójść na obchód. Przez moment zastanowił się, na jaki dodatkowy pomysł wpadnie jego szef i jakim to jeszcze stanowiskiem go obarczy, w obliczu katastrofalnie wysokiego bezrobocia i marnych – co gorsze, nie zmieniających się od lat – perspektyw na lepszą przyszłość.
Heniek pracował w administracji tego domu, był grabarzem, i jakby tego było mało, dorabiał sobie po nocach jako stróż na cmentarzu. Teraz właśnie pełnił obowiązki stróża w miejscu, gdzie nikomu się nie spieszyło, z oczywistych względów.
Na małym sosnowym stoliczku leżało białe, niewielkie opakowanie leku Kydroxelin. Sięgnął po niego i otworzył, wyrzucając powlekane, chemiczne świństwo w dwóch rzędach po pięć tabletek. Ze środka opakowania wypadła też starannie złożona ulotka.
Heniek rozłożył ją i przeczytał.
Przed użyciem zapoznaj się z ulotką, która zawiera wskazania, przeciwwskazania, dane dotyczące działań niepożądanych i dawkowanie oraz informacje dotyczące stosowania produktu leczniczego, bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż każdy lek niewłaściwie stosowany zagraża twojemu życiu lub zdrowiu – mówił na głos, zachowując się prawie jak lektor z telewizyjnych reklam o kaszlących rodzinach, w okamgnieniu uzdrowionych przez różnokolorowe kapsułki.
Jego szczególną uwagę zwróciła rubryka z działaniami niepożądanymi.
Kydroxelin może wywoływać senność, zawroty głowy, nieprawidłowości w myśleniu, omamy i halucynacje, niepokój, depresję.
Farmaceutyczne pierdolenie, mruknął pod nosem i uśmiechnął się do siebie. Wyciągnął dwie tabletki i zamaszystym ruchem wsadził do ust.
Połknął je niczym nienasycony mięsem lew, mający ochotę na jeszcze więcej.
Drewniany zegarek z kukułką wiszący na ścianie naprzeciw niego wybił godzinę dwudziestą trzecią. Westchnąwszy, wstał z krzesła i poklepał się po garniturowych czarnych spodniach. Do pasa miał przypiętą niewielką, srebrną latarkę i pojemnik z gazem pieprzowym. To podstawa samoobrony w tym zasranym i niebezpiecznym fachu.


wtorek, 2 września 2014

Cykl "Bóg Horror Ojczyzna"- Łukasz Radecki

Porzucając wszystkie anglojęzyczne horrory, dalej zagłębiam się, nadrabiam zaległości i cieszę się z nowości pisarskich naszych rodzimych twórców.
Tym razem do obrotu poszedł cykl „Bóg Horror Ojczyzna” Łukasza Radeckiego.
Powiadają o autorze, że człowiek orkiestra, muzyk, poeta, pisarz, nauczyciel a ostatnio zapalony bloger i recenzent.
Ponieważ z założenia nie czytam tworów ebookowych itp. (wyłączając drabble), to z niecierpliwością czekałem na wydanie papierowe drugiego tomu BHO -„Wszystko spłonie”.

Jak tylko dotarła książka z Oficyny Wydawniczej Literat, zabrałem się do czytania obu tomów. Czyli pierwszego „Złego początki”, jeszcze raz, tak dla złapania klimatu oraz wspomnianego tomu drugiego „Wszystko spłonie”.



Radecki zaserwował nam coś, czego bardzo mało jest na rynku. Wszelkie możliwe połączenie gatunków: grozy, horroru, kryminału czy science fiction. Powiem na początek, że wyszło to świetnie.
Ale po kolei.

poniedziałek, 1 września 2014

Spacer po szpitalu. Opowiada Piotr Borowiec

Jak oni boją się bólu. Uciekają przed nim, chowają się, szukają ratunku. W pierwszej kolejności chemicznego. Powymyślali różne rodzaje tabletek, w zależności od cierpienia jakie ich spotkało. Na ból zęba paracetamol, na ból duszy relanium, na ból onkologiczny mają tramadol, na istnienia prozak. Czasem to nie wystarcza, czasem męka zmusza ich do działania. Do ruszenia się, aby zająć ławkę w kościele, lub miejsce w poczekalni u lekarza. Ostatnim przystankiem na trasie tej beznadziejnej ucieczki jest szpital. Właśnie teraz tu jestem. Byłem. Będę jeszcze długo.
Ona też tu jest, młoda i ładna. Była już i w kościele, i u psychiatry. Nie wiem, czy tamci zignorowali jej cierpienie, czy nie potrafili jej pomóc. Żyletka, ciepła woda w wannie i wyłączenie wszystkich telefonów też okazały się nie skuteczne. Teraz leży nieprzytomna, podłączona do maszyn i dokładnie poszywana. Lekarze są dumni z odratowania życia, nawet kogoś, kto tego życia tak cholernie nienawidzi. Jutro do niej przyjdą jej bliscy, ci wszyscy których wcześniej zaniepokoił  brak sygnału komórki. Przyjdą, z ich wyrzutami i strachem. Ból rodzi ból, który rodzi ból. Oni będą zadawać pytania i martwić się. Aniu jak mogłaś to zrobić? Aniu jak możemy ci pomóc? Aniu, gdy to robiłaś to nie myślałaś o nas? Pytam się, myślałaś?
Pewnie że myślała. Żebyście wszyscy już się od niej odpierdolili.
Nawet ją rozumiem. Jest zawieszona pomiędzy światami, pomiędzy Tą a Tamtą Stroną.  Jak ja. Tyle że ja na długo, a ona.... Naprawdę chciała się zabić, cięła wzdłuż żył, nie w poprzek. Ledwo ją odratowano. Ledwo, ale odratowano. Straciła dużo krwi, poharatała sobie ścięgna, po uszkadzała nerwy. Będzie boleć, bardzo boleć. Jutro Ta Strona wezwie ją na stałe. Jeszcze nie czas, Aniu, jeszcze musisz mnie pokarmić, jeszcze ma poboleć. Tylko co bardziej, zmasakrowane ręce, czy poczucie winy, kiedy sobie uświadomisz, jak bardzo nienawidzisz swojej rodziny? To będzie jutro. Idę niżej.


niedziela, 31 sierpnia 2014

Wspomnienie lata. Maciek Lewandowski na GRYFCONIE. Wywiad

O strachach na poważnie i z przymrużeniem oka. Maciek Lewandowski na Gryfconie

O czym opowiesz podczas spotkania z czytelnikami?
- Postanowiłem wyciągnąć na tapetę tendencje w pisaniu horrorów i nagrywaniu filmów, ale w taki sposób, żeby to trochę obśmiać. Chcę pokazać, gdzie są pewne klisze, niedopowiedzenia i naiwności. Wspomnę też o śmiesznym horrorze, takim jak np. „Martwe zło”, „Dom II”, „Martwica mózgu”. Ten ostatni, mimo że jest brutalny lub w pewnym momencie nawet obrzydliwy, jest również śmieszny. Ciężko się nie śmiać, kiedy np. widzi się domek jednorodzinny, który jest statkiem kosmicznym. (Śmiech.)





Gdzie Twoim zdaniem, zaczyna się śmieszność, a gdzie kończy groza?
- Tam, gdzie jest dystans do tego, co się robi. Człowiek, który tworzy dowolny element sztuki, jakiejkolwiek: wizualnej, pisarskiej - musi mieć dystans do siebie, do świata, do tego, co próbuje przedstawić. Mamy dwa rodzaje śmieszności. Albo jest to śmieszność zamierzona, przewrotka słowna, jakiś slapstick wmontowany w opowieść. Albo jest to ta najgorsza możliwa śmieszność – niezamierzona. Mamy

sobota, 30 sierpnia 2014

C.R. Kiernan "Tonąca dziewczyna" recenzuje Tomek Droszkowski

Bardzo podoba mi się, zresztą już od dawien dawna, inicjatywa wydawania książek w ramach takiej serii jak MAGowa Uczta Wyobraźni. Głównie dlatego, że po prostu ta nazwa nie jest na wyrost i naprawdę pojawiają się tam książki z ciekawą perspektywą, zdarzeniami, nieodmiennie interesujące fabularnie, a czasami i zwyczajnie schizowe i wywołujące chore i postrzelone obrazy w głowie. Kiedy czytam książkę z Uczty Wyobraźni, to wiem, że moja wyobraźnia jak najbardziej ma wtedy moment uczty, złożonej z najlepszych wizji i pomysłów pisarzy z całego świata. Recenzowana poniżej pozycja nie należy w tym wypadku do wyjątków.



Pani Caitlin R. Kiernan nie jest zbyt znaną autorką u nas w kraju. O ile się nie mylę, Tonąca Dziewczyna była pierwszą pozycją tej autorki wydaną w Polsce, ale jednocześnie nie jest jej całkowitym debiutem literackim. Osobiście najlepiej Kiernan kojarzyłem wcześniej – i nie jest to skojarzenie pozytywne – z napisania książki Beowulf na podstawie filmu pod tym samym tytułem, który z kolei był adaptacją staroangielskiego poematu. Słowem – kojarzyłem Kiernan jako osobę żyjącą na cudzym pomyśle. Dlatego nieźle się zdziwiłem, kiedy zapowiedziano tę autorkę w ramach Uczty. Niemniej po zachwytach na blurbie z tyłu książki należy sądzić, że Stany Zjednoczone już od dawna mają o niej zgoła odmienne zdanie, i u nich jest to dość znacząca postać na przestrzeni ostatnich lat w weird ficton. Cóż, dobre i to, ale i tak do Tonącej Dziewczyny podchodziłem z lekkim sceptyzmem.

wtorek, 26 sierpnia 2014

YMAR Magdaleny Kałużyńskiej - mocny horror

Przychodzi taki czas, że warto zerknąć co słychać na rodzimym podwórku. O ile często mało co się dzieje, to warto nadrobić zaległości książkowe . Tak tez zrobiłem ostatnio. Odrzuciłem wszystkich Mastertonów, Kingów i resztę anglojęzycznej „bandy”.

Na pierwszy ogień poszedł „YMAR” Magdy Kałużyńskiej.
Przeczytałem kilka recenzji (pomimo, że zazwyczaj recek nie czytam), których autorzy ogólnie mówiąc, nie zżerali kartek z podniecenia czy euforii. Czytając owe recenzje, miałem wrażenie, że historia inspektora Wojciechowskiego spłynęła po nich jak błoto po kaloszach. Oczywiście były ochy nad tym, czy tamtym, ale ogólnie przeciętnie.
Jednak dzięki Tomaszowi Siwcowi, który w wywiadzie dla OnH, powiedział, że YMAR to porządny horror, postanowiłem i ja zabrać za „Ymara”.

Dodatkową zachętą była jakość wydania i grafika. Ja przyznaję się do tego – okładka musi mnie uwieść, zachęcić do kupienia książki (ten egz. dostałem akurat od Magdy, że tak powiem w prezencie i do tego z autografem).
Wydawnictwo FOX, które wydało Kałużyńską, graficznie odwaliło kawał dobrej roboty. Biorąc do ręki te ponad 240 stron, widać, czego możemy się spodziewać. Zakrwawiony tytuł dodatkowo nie pozwala mieć złudzeń co do gatunku.  Mówiąc jednym zdaniem. Książka wydana świetnie, jak na warunki polskie i nie tylko.




Akcja zaczyna się praktycznie od pierwszych stron. Inspektor Wojciechowski dostaje wezwanie.

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

IceBucketChallenge - Tomasz MordumX Siwiec

IceBucketChallenge

„Do akcji IceBucketChallenge dołączył ostatnio były prezydent Stanów Zjednoczonych George W. Bush. Nominowani są Barack Obama i Władimir Putin.”
 Papież Franciszek przeczytał nagłówek najnowszego „Watykańskiego Dziennika” i odłożył gazetę na półkę. Chwilę się zamyślił. Współczesny świat, to nie tylko pokutny kierat postępu - pomyślał, ale także zabawne akcje, wobec których nawet najwięksi sztywniacy zamieniali się w totalnych luzaków. Był zdumiony, kiedy przeczytał na Facebooku, że został „nominowany” przez prezydenta Polski - Bronisława Komorowskiego. Na początku nie rozumiał sensu spektaklu polewania się lodowatą wodą, ale szybko zaznajomił się z zasadami, które zostały dokładnie opisane w sieci.
 Jeżeli tego nie zrobię, ludzie odbiorą to jakbym nie miał poczucia humoru – pomyślał. Może nie całe wiadro, ale polanie się szklanką wody zapewne postawi go w dobrym świetle, przed wścibską opinia publiczną. Jak postanowił, tak też uczynił.
Nazajutrz wszystkie portale i każda gazeta na świecie pokazała zdjęcia papieża polewającego się wodą. Tytuły aż pękały w szwach od:
 „Papież Franciszek nominował samego Pana Boga!”

 Pan Bóg siedział na tronie i z rezygnacją kręcił głową. Znowu to samo. Kiedy już wszystko zaczyna się dobrze układać, oni wciąż wpadają na pomysł tej głupiej zabawy. To już trzeci raz w przeciągu, zaledwie miliona lat. Cóż było robić. Wyzwanie zostało rzucone. Pan Bóg wziął do ręki pełne wiadro ówcześnie przygotowanej wody i uniósł go nad głowę. Przez chwilę zrobiło mu się trochę smutno. Wiedział, że po wszystkim poukłada życie na nowo, a ludzie i tak będą go hejtować wypisując w księgach głupoty, że sprowadził potop, przez to, że byli mu nieposłuszni. Karty zostały rzucone. On tylko przyjął wyzwanie...

 Przez następne kilkadziesiąt dni na ziemi, ciężkie deszczowe chmury przysłaniały słońce. Nieustannie padał deszcz. Jeziora, rzeki i oceany wystąpiły z brzegów zalewając  wszystkie zamieszkałe tereny.  Zdezorientowane zwierzęta tonęły w kipieli wzburzonej wody, a przerażeni ludzie umierali tuląc w ramionach swoje zapłakane dzieci. Niebawem i roślinność przestała oddychać gnijąc w odmętach cuchnącej brei. Po świecie pływała jeszcze ogromna drewniana barka, którą ktoś przezorny wybudował w ostatniej chwili. Nad barką fruwał biały gołąb. Wkrótce i barkę pochłonęły wściekłe fale, a zmęczony gołąb utonął w wodnistej czeluści.
 Bóg klasnął w dłonie nie mogąc się doczekać końca ludzkiego istnienia i natychmiast zabrał się za robienie popotopowych porządków na ziemi. Pomyślał tylko, że jak jeszcze raz ktoś wpadnie na idiotyczny pomysł IceBucketChallenge, to chyba sam sobie w łeb palnie, za to, że nie potrafi stworzyć mądrych i przezornych ludzi.

Specjalnie dla: OKIEM NA HORROR
Tomasz MordumX Siwiec

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Robert W. Chambers -Upadły Tytan weird fiction i jego "Król w Żółci'

Zapomniany autor to złośliwa bestia. Wyszydzany i pogardzany przez większość, nieraz okazuje się jednak godnym pisarzem, z naprawdę niezłym dorobkiem, niejednokrotnie ośmieszając sobie współczesnych „sławnych” kolegów po piórze. Autor prezentowanego poniżej zbiorku był bardzo popularny na początku XX wieku, a obecnie… Cóż, powiem tylko, że żadna jego twórczość oprócz tego jednego zbiorku na przestrzeni kilkudziesięciu lat nie doczekała się ani jednego wznowienia.
Słowem – jest absolutnie zapomniany. Wprawdzie nieco na własne życzenie, bo później zrezygnował z horroru i zaczął pisać przynoszące większe dochody romanse, ale kiedy już sięgniecie po  tę jego cząstkę twórczości, która nie została zapomniana, to naprawdę się nie zawiedziecie i myślę, że został wymazany z kart historii nieco przedwcześnie.
O kim mowa? Proszę państwa, przed wami Robert W. Chambers i jego "Król w Żółci'.




Ten nazywany, z wiadomych względów, przez Lovecrafta „upadłym Tytanem” pisarz, mający ogromny wpływ na scenę weird fiction w 2013 doczekał się w Polsce pierwszego wydania swojego flagowego           (i jedynego pamiętanego) dzieła.

sobota, 16 sierpnia 2014

Łukasz Radecki- GRYFCON -Wywiad "Nic tak nie przeraża, jak człowiek"


(lipiec 2014 -GRYFCON)

„Polska literatura grozy” - tak został zatytułowany wykład, który podczas szczecineckiego GRYFCON-u wygłosi Łukasz Radecki.
- Opowiem o różnych obliczach polskiej grozy, a także o tym, jak przez lata tego typu literatura się rozwijała. Będzie o początkach grozy w literaturze polskiej, czyli o tzw. czarnym romantyzmie, od którego wszystko się zaczęło, i który w pewnym momencie musiał ustąpić mesjanizmowi. Wspomnę o czasach wyzwoleńczych oraz o czasie wojny i latach powojennych, które zdecydowanie źle wpływały na horror. Będzie też o latach 90-tych, kiedy to zostaliśmy wręcz zalani horrorem tandetnym, który nas wypaczył. Przez ten nieszczęsny boom, gdy dzisiaj mówi się, że się pisze, albo czyta horrory, to można się natknąć co najwyżej na powątpiewanie. Przez naszą historię i kulturę w pewnym sensie zatraciliśmy to, co Zachód miał szansę rozwinąć.



Horror to rozrywka, czy jednak coś więcej?

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Żywa legenda literackiego zniszczenia - EDWARD LEE - Wywiad dla OnH

Mam dziś wielką przyjemność porozmawiać z najstraszniejszym pisarzem Ameryki – tak przynajmniej mówi o nim Stephen King. Pisarzem, którego powieści wydane w Polsce można policzyć na palcach jednej ręki. Jednak ze względu na styl, warsztat i gatunek jaki uprawia, w kraju nad Wisłą ma także wielu fanów, do których i ja się zaliczam.

Panie i Panowie. Żywa legenda literackiego zniszczenia - EDWARD LEE -Zapraszam

                                                                                                                                     Edward Lee

Witam.
Edward, o ile się nie mylę byłeś w Polsce trzy razy. Pierwszy raz w 2012 roku na Polconie podczas polskiej premiery twojej powieści "Golem", rok temu podczas Dni Fantastyki i teraz w lipcu. Słyszałem, że te ostatnie wizyty mają pewien szczególny cel. Piszesz podobno horror z Wrocławiem w tle. Dlaczego zdecydowałeś się osadzić  fabułę właśnie w tym mieście?

Tak właściwie byłem we Wrocławiu już cztery razy; w zeszłym roku odwiedziłem go dwukrotnie. Wrocław jest moim ulubionym miastem na Ziemi, żadne inne miejsce jakie widziałem nie da się z nim porównać. Posiada starodawną atmosferę wtopioną w widowiskową, nowoczesną metropolię i dla mnie jest to fascynujące. I tak, zamierzam napisać powieść grozy osadzoną we Wrocławiu. Jest już dobrze rozplanowana, ale muszę najpierw dokończyć dwa inne projekty. Mam nadzieję, że oficjalnie zacznę ją pisać na początku 2015 roku.

sobota, 9 sierpnia 2014

Słuchajcie, coś wam opowiem - Piotr Borowiec


Słuchajcie, coś wam opowiem

                                                                                                
To był stały numer kierownika zespołu redakcyjnego. Na sam koniec, po recenzji, po korekcie, po z pozoru beznadziejnej walce z biurokracją uczelni, po zdobyciu środków na publikacje, po ustawieniu terminów w drukarni, po tej całej gehennie profesor Modrzej na ostatnim zebraniu potrafił wyciągnąć jakąś pierdołę.  Wałkował ją, narzekał na nią, sarkał i dzielił się swoimi wątpliwościami. A może zrobić tak, a może zmienić tamto. Jakiś mało istotny szczegół, który  dotychczas, przez dosłownie cały cykl wydawniczy nie przeszkadzał mu, urastał tuż przed finalizacją całego przedsięwzięcia do rangi ważkiego problemu. Tym razem chodziło o materiał źródłowy, dołączony w formie aneksu do najnowszego numeru Rzeszowskiego Przeglądu Kulturoznawczego – Seria Rozprawy i Monografie.
- Dobrze kochani, wszystko dobrze – profesor splótł dłonie i położył je na swoim imponującym brzuchu – widzę że recenzja profesora Adamca jest pozytywna, wręcz, entuzjastyczna..... Specjalista od legend miejskich z Gdańska, tak?
   Doktor Marek Jasz pokiwała tylko głową. Spojrzał na siedzącą tuż obok niego Monikę. Ta z kolei patrzyła na szefa z wyrazem spokojnego oczekiwania w oczach. Anioł cierpliwości, zawsze potrafiła zachować równowagą, nawet gdy innych już trafiał szlag.

środa, 6 sierpnia 2014

Graham Masterton -wywiad dla OnH


                                                                                                                                             Graham Masterton

Graham często bywasz w Polsce i udzielasz wielu wywiadów. Ostatnio byłeś w lipcu, we Wrocławiu i Warszawie. Tych wywiadów jest tyle, że nie wiem o co zapytać. Chciałbym aby nasza rozmowa była inna, niż standardowe pytania, na które wiele razy odpowiadałeś. Czy to się uda? Zobaczymy.


Na początku dziękuję Ci bardzo, że zgodziłeś się na rozmowę.

Pamiętam jak z Twoją twórczością zetknąłem się w 1990 roku, gdy Wydawnictwo Amber wydało „Manitou”. Ta książka wkręciła mi śrubę tak mocno, że zarzuciłem Mcleanów, Folletów czy Ludlumów na rzecz horroru.

* Czujesz się prekursorem tej literatury, tutaj w Polsce?

Nie zrobiłem tego celowo. Otrzymałem pełen trzasków telefon od Tadeusza Zyska w 1989. Powiedział, że chce wydać MANITOU w Polsce i że nie może mi zapłacić bezpośrednio, bo w tamtych czasach złoty nie był wymienialny na brytyjskie funty czy amerykańskie dolary. Obiecał natomiast, że zapłaci za podróż moją i Wiescki do Polski i że da nam ikony, kiełbasę i inne polskie rzeczy w ramach wynagrodzenia. Nie byłem zbyt entuzjastycznie nastawiony do tego pomysłu, ale Wiescka, chociaż była Polką, nigdy nie była w Polsce. Przyszła na świat w obozie dla wysiedlonych w Koln w Niemczech, a kiedy miała 3 latka przeniosła się z rodzicami do Wielkiej Brytanii. Powiedziała, że powinienem pozwolić Amberowi wydać MANITOU, chociażby tylko po to, by doświadczyć wizyty w Polsce. Nie miałem zielonego pojęcia, że to będzie pierwszy zachodni horror opublikowany tam od czasu II Wojny Światowej, ani jak ogromny wpływ będzie to miało na rynek.

 * Możesz opowiedzieć jak to się zaczęło w latach 90tych, gdy zwróciło się do Ciebie Wyd. Amber, a potem przez kilka dobrych lat dzięki niemu, mogliśmy czytać horrory Grahama Mastertona? Jakie były początki tej współpracy, patrząc z Twojej strony?

Moje relacje z Amberem były na początku bardzo dobre, głównie ze względu na moją przyjaźń z młodym Dariuszem Chojnackim, który był entuzjastą moich książek. Jednakże, kiedy Dariusz zginął w wypadku samochodowym, moje stosunki z wydawnictwem zaczęły się pogarszać. Wydawali moje powieści w dwóch częściach, prawdopodobnie po to, by jeszcze więcej zarobić, ale na opłaty licencyjne z ich strony można było czekać wieczność. Zerwałem więc współpracę i nawiązałem nową – z Andrzejem Kuryłowiczem z Wydawnictwa Prima i Tomaszem Szponderem z Domu Wydawniczego Rebis. Miałem z nimi doskonałe relacje i zostaliśmy bardzo dobrymi przyjaciółmi. Ogarnął mnie smutek, kiedy Andrzej zmarł na początku tego roku, w wieku zaledwie 59 lat. To była tragedia.


                                                                                                                                        moja kolekcja

Horror na Roztoczu. Koszmar spoza granicy snu.


Wydanie książki to w dzisiejszych czasach nie taka trudna rzecz. Nie krzyczcie, wiadomo, wszystko kręci się wokół pieniędzy, ale w dobie internetu i setek wydawnictw jest to po prostu o wiele łatwiejsze. Trzeba mieć jednak pomysł, najlepiej znane nazwisko i można ruszyć na podbój. Łukasz Kiełbasa, pomysłodawca „Horroru na Roztoczu” miał, nie sposób tego pominąć oryginalną ideę, z którą postanowił walczyć. Znanego nazwiska nie miał ani jednego, jednak dzięki nam, czytelnikom i ludziom chcącym promować ciekawe inicjatywy jego marzenie się spełniło. Wyszła z tego książka, która nie była ukierunkowana na zysk, a na chęć dania kropli swojskiej grozy każdemu wielbicielowi makabry. Nie zawsze jednak dobre chęci prowadzą do szczęśliwego rozwiązania. Jaki jest zatem rachunek końcowy? Czy wszystko wyszło strawnie? Przekonajmy się.




Horror na Roztoczu – Koszmar spoza granicy snów.
17 mrożących krew w żyłach opowiadań, liczne ilustracje stworzone przez 13 ilustratorów oraz porządna dawka grozy spisana przez 11 autorów. Dawka rodem z Roztocza.
Wszystkie koncepcje pochodzą z jednego umysły, ale każde opowiadanie jest inne. Doprawione niepowtarzalnością autorów i rewelacyjnymi ilustracjami.

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

GRYFCON - dwa dni z życia organizatora

Jesteśmy po szczecineckim GRYFCONIE.
 Imprezie organizowanej po raz drugi w grodzie nad jeziorem Trzesieckim. Dawny Neustettin, czy dzisiejszy Szczecinek położony wokół lasów i jezior, to urokliwe miejsce. Idealnie nadające się na wszelkie fantastyczne imprezy.


Miasto ponadto z długą historią. Prawa miejskie otrzymało w 1310 roku, czyli równo sto lat przed Bitwą pod Grunwaldem. Jak to w przewrotności historycznej bywa, rycerstwo Neustettina stanęło po wiadomej stronie. Po tej samej co konturie Szczecińskie, Człuchowskie i inne. Miasto nie uniknęło w swojej historii także płonących stosów i szubienic, spalono ok. 30 osób.. Moda na polowanie na czarownice dotarła także tutaj.