piątek, 20 listopada 2015

Kilka słów o polskim horrorze i nowej fali polskiej grozy.

Nowe pokolenie polskiej grozy.

Z coraz większym zainteresowaniem patrzę na to, co dzieje się w polskiej grozie. Po latach posuchy, dominacji kilku dosłownie nazwisk, przyszedł czas na zupełnie nowe twarze. Mam wrażenie, że coraz bardziej doceniana jest literatura ambitna, dobra, nie dająca się zamknąć w określonych schematach czy gatunkach. Nie boję się powiedzieć: ponadprzeciętna, a co za ty idzie doceniana. Doceniana jednak przede wszystkim przez czytelników, niekoniecznie przez środowisko tzw. polskiego horroru.
Gdy tak myślę jak wygląda rodzime podwórko twórców − umówmy się − horroru, w którym zawiera się i ta najcięższa odmiana, reprezentowana przez Tomka Siwca, Radeckiego, Cichowlasa czy Kyrcza, aż po grozę nostalgiczną Wojtka Guni, to proporcje są oczywiste. Dużym sukcesem sprzedażowym czy marketingowym pochwalić się może niewielu, a dokładnie kilku pisarzy. Mam tutaj na myśli sukces przez duże ”S”, czyli: znane wydawnictwo, dostępność w głównych sieciach Empik czy Matras i pokaźna ilość sprzedanych egzemplarzy, aż w końcu kasa za swoją ciężką pracę. Gdzie zaś jest reszta? Przecież twórców wszelkiego horroru jest wielu, wręcz bardzo wielu, choć niektórzy gdy twierdzą: „Jestem pisarzem”, to patrzę na nich z niedowierzaniem, jak na wariatów. To nie wydanie jednego e-booka świadczy o tym, czy ktoś jest pisarzem.

czwartek, 19 listopada 2015

Opowiadanie. Zaułek Zaginionych, Agnieszka Kwiatkowska.

ZAUŁEK  ZAGINIONYCH
Agnieszka Kwiatkowska

Tylu zaginionych bez śladu. „Wyszedł z domu i więcej nie wrócił”. „Poszła na spacer i od tej pory nie ma od niej wieści”. Ludzie, którzy jakby zapadli się pod ziemię, choć nie mieli powodów do ucieczki. Niektórzy się odnajdują. Inni za to jakby rozpłynęli się w powietrzu.
Wieczorami siadam do pracy nad mapą. Nikt jej nie zobaczy, bo nikt nie uwierzyłby w to, co zrozumiałem po wielu latach analiz, porównań i robienia notatek. Może ktoś, kiedyś, po mojej śmierci znajdzie tę mapę, zastanowi się… Ale póki co nie chcę myśleć o śmierci.
Ani o takich miejscach na mapie jak to, w którym mieszkam.
Są miejsca, które tchną pozornym spokojem. Zwykle są to uliczki – małe, podmiejskie. Gdy trafiasz tu po raz pierwszy, jesteś oczarowany – często do tego stopnia, że zaczynasz myśleć o przeprowadzce. Porzucasz mieszkanie w apartamentowcu na strzeżonym osiedlu i z radością zostajesz mieszkańcem jednego z małych, białych domków z ogródkiem. Albo wynajmujesz pokój w wiktoriańskiej kamienicy ze ścianami pokrytymi bluszczem. Taki jest właśnie urok Zaułka Zaginionych. Gdy tu trafiasz, zawsze czeka na ciebie wymarzony dom.
Nie wiesz jednak, że tak naprawdę stajesz się pożywieniem dla miejsca, które potrzebuje karmy, by istnieć.
Zaułek, w którym mieszkam, jest zadbaną, cichą uliczką z równymi, choć wąskimi chodnikami. Mam pokój na poddaszu, w pensjonacie ze skrzypiącymi korytarzami. Może się to wam wydać mało komfortowe, ale ja zawsze chciałem tak mieszkać. Jest coś w tych wiktoriańskich, brytyjskich domach, co mnie intryguje – może to ta tchnąca z kamiennych murów surowość? A może fascynacja dziewiętnastowiecznym Londynem, Dickensem i wiekiem pary?

środa, 18 listopada 2015

Dean Koontz, Niewinność. Recenzja.

     Jestem zwierciadłem twoich grzechów,
     nie patrz w me oczy, nieznajomy.

Po lekturze „Domu śmierci” i „Apokalipsy Odda”, Dean Koontz pozostawił we mnie jakiś nieokreślony niedosyt. W wymienionych powyżej powieściach brakowało mi czegoś, co sprawiłoby, że po zamknięciu książki powiedziałbym „wow!”. Tym razem jeden z najbardziej poczytnych, amerykańskich pisarzy nie zawiódł. Panie i Panowie, oto „Niewinność”!
Bohaterem powieści, którego poznajemy najpierw, jest Addison Goodheart – dwudziestosześcioletni mężczyzna ukrywający się przed ludzkim okiem w malutkim mieszkanku, w podziemiach. Dlaczego? Czyżby był aż tak szkaradny, aż tak brzydki? Wiele osób potwierdziłoby to od razu, bez wahania, ale czy na pewno prawda jest tylko jedna? Nie do końca, albowiem, posługując się przenośnią, „dla jednego piękno w kwaśnym jabłku ukryte, dla drugiego w soczystości pomarańczy”.
Addison nie zaznał w życiu szczęścia. Okrutnie doświadczony przez los, zmuszony był radzić sobie sam. Najpierw matka wyrzuciła go z domu, potem jego opiekun – tajemniczy i Ojciec – został zamordowany przez policjantów. Wydawałoby się, że Addison został powołany na ten świat, aby nieustannie, kolokwialnie ujmując, zbierać baty. Wszystko jednak zmienia się, gdy pewnej nocy, w bibliotece, poznaje cierpiącą na fobię społeczną Gwyneth. Od tamtej pory życie obdarowuje ich niekończącym się deszczem przygód – z jednej strony są one przerażające, z drugiej jednak pozwalają spojrzeć na siebie i swoją dotychczasową egzystencję z zupełnie innej perspektywy(co dla Addisona będzie miało szczególną, wzruszającą wartość).

niedziela, 8 listopada 2015

Dziewczyna z pociągu. Czyli, czego boi się Stephen King?

Rachel każdego ranka dojeżdża do pracy tym samym pociągiem. Wie, że pociąg zawsze zatrzymuje się przed tym samym semaforem, dokładnie naprzeciwko szeregu domów.
Zaczyna się jej nawet wydawać, że zna ludzi, którzy mieszkają w jednym z nich. Uważa, że prowadzą doskonałe życie. Gdyby tylko mogła być tak szczęśliwa jak oni.
I nagle widzi coś wstrząsającego. Widzi tylko przez chwilę, bo pociąg rusza, ale to wystarcza.

Wszystko się zmienia. Rachel ma teraz okazję stać się częścią życia ludzi, których widywała jedynie z daleka. Teraz się przekonają, że jest kimś więcej niż tylko dziewczyną z pociągu
źródło: Świat Książki.

Jakiś czas temu znalazłem na jednym z portali, dziesięć najstraszniejszych książek wg Stephena Kinga. O ile dobrze pamiętam, król horroru wystraszył się min: właśnie "Dziewczyny z pociągu" Pauli Hawkins. W pierwszej chwili podszedłem do tego sceptycznie. Dlaczego? Nazwisko Kinga pojawia się na okładkach wielu książek, które nie czarujmy się, nie zawsze są, aż tak wysokich lotów, jakby miały świadczyć o tym słowa Kinga. Choć nie można powiedzieć, że w wielu przypadkach autor się myli i zgadam się z nim, choćby w stwierdzeniu, że Edward Lee jest najstraszniejszym facetem (pisarzem) Ameryki. Jednak świadomy czytelnik, musi wiedzieć, że blurb na okładkach książek, to nie zawsze szczera ocena czy recenzja. Wiadomo, zazwyczaj za znanym nazwiskiem, zachwyconego kolegi po pisarskim fachu idzie kasa.

piątek, 6 listopada 2015

Piotr Borowiec Człowiek, który się przyśnił. O „Golemie” Gustawa Meyrinka.

Piotr Borowiec
Człowiek, który się przyśnił. O „Golemie” Gustawa Meyrinka.

Gdy lat temu naście przeczytałem po raz pierwszy „Golema” uznałem, że ludzkość powinna dzielić się na tych, którzy otaczają Meyrinka czymś w rodzaju kultu, oraz na tych, którzy JESZCZE tej prozy nie znają. Teraz moje przekonania o odbiorze modernistycznych arcydzieł przez czytelników są nieco bardziej realistyczne, co nie zmianie faktu, iż o prozie Szatana z Pragi  nie potrafię pisać, mówić czy myśleć inaczej, niż z ogromnym entuzjazmem.
Czym więc jest „Golem”? To powieść, opowieść, i przypowieść. To wykład teorii kabalistycznych i porywająca literatura z ciekawą akcją. Nie pozwalała mi się nudzić ani przez minutę, poruszyła każdą postacią i każdym wątkiem. Zaspokoiła głód niesamowitości i metafizyki, a także zwykłą potrzebę wysłuchania ciekawej historii. I chyba nie ma sensu, abym zamieszał jej streszczenie.
Coś wspomnieć o fabule jednak wypada, taka przecież rola recenzenta. W przypadku „Golema” niewdzięczna – nie wiem jak zarysować intrygę książki bez jej spłycania, lub popadnięcia w niezrozumiały dla czytelnika bełkot. Cóż, Meyrinkiem nie jestem, i choćbym sprzedał  dusze diabłu, nie będę. Jakim trzeba być geniuszem literackim, aby napisać historię o mieszkańcu praskiego getta, Anatazem Pernacie, której narratorem JEST i NIE JEST Anatazy Pernat? I to napisać w taki sposób, że cała powieść jest sensownie poskładana, kolokwialnie mówiąc „trzyma się kupy”?
Nie ulega wątpliwości, że główną postacią książki jest właśnie Anatazy (czy też, jak chce najnowsze tłumaczenie Athanasius), wycinacz kamei. Człowiek ten mieszka w żydowskiej dzielnicy Starej Pragi, gdzie przybył jakiś czas wcześniej. Jest pozbawiany wspomnień o swojej przeszłości. Amnezja jest ceną leczenia z załamania nerwowego, jakie przeszedł mężczyzna. Pewnego dnia w mieszkaniu Pernata mają miejsce niezwykłe odwiedziny. Podwójne: mistrza odwiedza bowiem dziwny skośnooki mężczyzna z księgą „Ibbur”, oraz piękna kobieta. 

czwartek, 5 listopada 2015

Paweł Kornew – Lodowa Cytadela. Recenzja


„Lodowa Cytadela” to już piąta z kolei duża powieść z uniwersum „Przygranicze”. Jednak bez obaw można sięgnąć po nią jak po zamkniętą całość. Fabryka Słów kontynuuje bowiem wydawanie powieści Pawła Kornewa tylko już pod szyldem nowej serii kojarzonej z tematem postapokaliptycznym, Fabryczna Zona. Dla fanów serii trochę może być to nie w smak, bowiem szata graficzna odbiega od tej, z jaką mieli do czynienia do tej pory. Mimo to, graficznie wszystko jest jak najbardziej na miejscu – chłodne kolory tym bardziej skłaniają do założenia rękawiczek na czas trzymania powieści w dłoniach, jak sugeruje wydawca.
Seria „Przygranicze” to z założenia opowieści, których akcja toczy się w świecie, będącym połączeniem klimatów postapokaliptycznych i fantasy, choć nie ma co ukrywać, że dominantą jest w tym wypadku fantasy właśnie. Świat Pogranicza to miejsce składające się z kilku rosyjskich miast i wsi, wydartych z naszej rzeczywistości i przeniesionych do świata zdominowanego przez permanentną zimę. W takim to świecie musieli nauczyć się żyć jego mieszkańcy, którzy w nowej rzeczywistości stworzyli własne społeczne zasady i poukładali go, jak tylko mogli, czyli świecie pełnym niebezpieczeństw, w którym nie można zbytnio ufać obcym ludziom, świecie

niedziela, 1 listopada 2015

Magia nieszczęśliwych zakończeń /Straszne bajki dla niegrzecznych dzieci – Marcelina Kosińska/

Magia nieszczęśliwych zakończeń /Straszne bajki dla niegrzecznych dzieci – Marcelina Kosińska/
W przeszłości, pojawiające się w opowieściach Baby Jagi, skrzaty, potwory, smoki w dużej mierze miały charakter dydaktyczny, wynikający z chęci popularyzacji określonych zachowań. Z czasem owe stwory się skomercjalizowały. Współcześnie „demony” mają przede wszystkim bawić, w mniejszym stopniu uczyć i straszyć. Obecne potwory, raczej psocą niż stanowią realne zagrożenie, często pomagają człowiekowi lub same pomocy potrzebują - nie sposób traktować ich więc poważnie. Marcelina Kosińska, autorka Strasznych bajek dla niegrzecznych dzieci, postanowiła sięgnąć do korzeni, odkurzyć pierwotne znaczenie i funkcje strachów. Trzeba przyznać, że sam pomysł był bardzo ciekawy (podobny do tego z książki Bajki dla niegrzecznych dzieci i ich troskliwych rodziców słowackich autorów Dušana Taragela i Jozefa Gertiliego Danglára), niestety jego wykonanie pozostawiło wiele do życzenia. W osiągnięciu celu przeszkodził brak konsekwencji: obok treści makabrycznych i przesyconych mrokiem i brutalnością, autorka umieściła także opowieści smutne, lekkie i komiczne.

Janusz Koryl. Układ. Recenzja.

Takiej książki nie chcielibyście mieć na swojej półce. Choć wciąga, trzyma w napięciu, a w bibliotece jest wręcz rozchwytywana, ma w sobie coś – demonicznego. Po jej przeczytaniu odmienia się całe życie. To swego rodzaju umowa pomiędzy osobą, która po nią sięgnie a… No, właśnie. Ten, kto poznał odpowiedź, pewnie tego pożałował.
Janusz Koryl, rzeszowski poeta, prozaik, wcześniej dziennikarz, a obecnie urzędnik, w swojej najnowszej powieści proponuje czytelnikom dość prostą, aczkolwiek ciekawą, literacką historię z pogranicza thrillera i horroru. „Układ” to całkiem przyzwoicie napisana książka, z interesującym pomysłem na fabułę, zawierająca kilka niebanalnych, psychologicznych smaczków. Co ważne, mimo że nastrój całej opowieści jest raczej posępny, Janusz Koryl nie szczędzi swoim czytelnikom humoru. Takie niezbyt sztywne trzymanie się sztywnych ram gatunkowych sprawia, że „Układ”, choć trup ściele się tu gęsto, czyta się naprawdę lekko.
Trzon wydarzeń powieści rozgrywa się w Rzeszowie. Opowieść otwiera scena, w której na jednym z blokowisk odnalezione zostaje przypadkowo ciało młodego chłopaka. Szybko okazuje się, że ów młody mężczyzna wyskoczył z szóstego piętra. Rodzina ofiary jest całkowicie zaskoczona. Nic bowiem nie wskazywało

sobota, 31 października 2015

H.P.Lovecraft Ogar i inne opowiadania. Komiks.

"Bezsenna noc. Nieznana obecność za drzwiami. Niezrozumiałe szepty. Lęki, które każdy z nas pamięta z dzieciństwa. Głęboko zakorzeniona w ludzkiej naturze fascynacja śmiercią. Lovecraft jako pisarz stał się niemal kapłanem niepokoju, wykuwającym z ciemności poprzedzającej świt historie na kształt dawnych mitów."
Tanabe Gou


O moich doświadczeniach z komiksem pisałem już wcześniej, przy okazji najnowszego komiksu, na podstawie cyklu Stephena Kinga "Mroczna wieża". Także nie będę się powtarzał. Wspomnę tylko, że komiks przeszedł długą i bogatą drogę ewoulując z kioskowego czasopisma obrazkowego, do współczesnego, pięknie wydanego tomu w twardej oprawie.
Wspominałem też, że w tym całym świecie Batmanów, Spaidermenów i wszelkich innych marvelowskich bohaterów, komiks-horror jest praktycznie niewidoczny. 
W chwilę potem premierę miał komiks wydawnictwa Studio JG."H.P.Lovecraft. Ogar i inne opowiadania" autorstwa Tanabe Gou. Już samo to, że Lovecraft w komiksie to rzadkość, do tego jeszcze z klimatem, z dalekiej Azji, było wystarczającym powodem, aby zapałać rządzą posiadania tego

środa, 28 października 2015

Duchy w prześcieradłach kontra krew i flaki. Dwa spojrzenia na horror ekstremalny.

'Uderz w stół, a nożyce się odezwą", mówi staropolskie przysłowie. Niedawno na stronie www.polskagroza.pl ukazał się art Piotra Borowca o horrorze ekstremalnym. Tekst ten podlinkowaliśmy na Oku. Ponieważ Piotr wywołał z nazwiska Tomasza Siwca z Horror Masakry, ten nie pozostał dłuży i poinformował, że będzie odpowiedź. Dzisiaj odpowiedź jest i możecie przeczytać nie tylko ją, ale i art Piotra, na blogu Oka (za udostępnienie dziękujemy naczelnemu polskiejgrozy.pl). Ustaliliśmy z Tomkiem, że odpowiedź znajdzie się na blogu Oka, aby jak najwięcej ludzi, mogło zapoznać się z tymi dwoma, jakże odmiennymi punktami widzenia. 

DUCHY W PRZEŚCIERADŁACH KONTRA KREW I FLAKI.

poniedziałek, 26 października 2015

Andrzej Wardziak. "Boję się wielu rzeczy". Wywiad dla OnH.

Cześć.

Andrzej już dosłownie na dniach ma ukazać się Twoja najnowsza książka „Siódma dusza” nakładem wydawnictwa Videograf. Jednak nie jest to Twój debiut. W 2013 roku wydałeś „Infekcję”, rzecz o inwazji zombie. Możesz coś opowiedzieć o tym tytule?

Hej. Tak, debiutowałem dwa lata temu. Napisałem wielowątkową powieść, gdzie głównym tematem jest apokalipsa zombie rozgrywająca się w Warszawie. Wielowątkową dlatego, że powieść pokazuje apokalipsę z pięciu różnych perspektyw, z punktu widzenia osób rozrzuconych po różnych częściach miasta. Aktualnie pracuję nad ukończeniem drugiej (ostatniej) części "Infekcji". Pomimo wydania poprzez współfinansowania, pomimo korekty, która pozostawiała wiele do życzenia – książka spotkała się z bardzo dobrym odbiorem, pojawiła się masa naprawdę przychylnych recenzji. Co było dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.

Książka ta jest nie do dostania, poluję na nią jakiś czas  i  nigdzie nie można jej dostać. Dlaczego jest z tym taki problem?

Niestety, ale muszę się z Tobą zgodzić – aktualnie,  poza wersją elektroniczną, książka nie jest dostępna. Jest to związane stricte z zakończeniem działalności wydawnictwa, które wypuściło "Infekcję" na rynek. Od pierwszego stycznia 2016 roku "Infekcja" będzie bezpańska, ale może do tej pory zainteresuje się nią jakiś inny wydawca – pożyjemy, zobaczymy. Muszę pozostawać dobrej myśli.

To może, zanim przejdziemy do „Siódmej duszy”, powiedz kim jest Andrzej Wardziak, co lubi i czego się boi?

 Lubię wiele rzeczy – dużo czytać, dużo oglądać, grać na kompie w stare gry (nie jakieś Atari, ale gierki z lat 95-05 powiedzmy). Lubię ostre walnięcie w głośnikach, lubię tatuaże. Lubię się porządnie zmęczyć, na co mi pozwala wspinaczka sportowa. Lubię kobietę, z która od paru lat dzielę swoje troski. Nie lubię swojego sąsiada, który jest starym bucem, i nie lubiłem jeszcze jednego, który nam zaśmiecał ogródeczek, ale ten się już wyprowadził, więc już go lubię. Czego się boję... w sumie to ciężko mi odpowiedzieć. Boję się wielu rzeczy. Na przykład boje się, że któregoś pięknego dnia nie wytrzymam i pozabijam ludzi, którzy chcąc wejść do autobusu stają przed drzwiami i nie pozwalają innym z niego wyjść. Boję się też małych dziewczynek w białych sukienkach, z włosami opadającymi na twarz. Boje się, że za taką dziewczynką będzie stał Clown, a oboje wyjdą z pola kukurydzy, w które nagle zamieni się moja kuchnia. Tak, tych trzech rzeczy chyba bardziej się boję. I boję się jeszcze luster w nocy. Lustra w nocy są złe, są nasycone jakąś starą, mroczną magią i ktokolwiek twierdzi, że jest inaczej – najzwyczajniej w świecie się myli.

niedziela, 25 października 2015

"Zakażenie" Scott Sigler. Recenzja.




Aż pięć lat przyszło fanom „Infekcji” czekać na kontynuację bestsellerowej serii Scotta Siglera. W międzyczasie doszło do zmiany wydawcy, a prawo do wydania drugiego tomu przejęło Wydawnictwo Gmork.
„Zakażenie” to bezpośrednia kontynuacja wątków rozpoczętych w „Infekcji”, dlatego też wszystkich, którzy nie znają jeszcze pierwszego tomu, przestrzegam przed zamieszczonymi w recenzji spoilerami. Po wstrząsających wydarzeniach sprzed kilku tygodni Perry Dawsey zmienił się nie do poznania. Stał się maszyną do zabijania, bezlitośnie tropiącą innych zakażonych, którzy przeżyli lub przeżywają piekło, jakie stało się jego udziałem w „Infekcji”. Były futbolista jako jedyny potrafi „wyczuć” kolektywną świadomość tych, którzy posiadają na swoim ciele mordercze trójkąty. Agent Dew Phillips będzie miał jednak ręce pełne roboty, kiedy okaże się, że utrzymanie Dawseya w ryzach wcale nie jest prostym zadaniem.
Jednocześnie zespół, na którego czele stoi Margaret Montoya, stopniowo zbliża się do znalezienia lekarstwa na tajemniczą chorobę. Z błogosławieństwem nowego prezydenta, bohaterowie „Zakażenia” toczą nierówny wyścig z czasem. Tymczasem zagrożenie wcale nie mija, co więcej, staje się jeszcze większe i bardziej niebezpieczne. Inteligencja stojąca za inwazją ma bowiem diaboliczny plan i zamierza wcielić go w życie, wykorzystując ciało… siedmioletniej dziewczynki, która chcąc nie chcąc staje się przywódcą armii zakażonych.

sobota, 24 października 2015

"Lustra zbrodni". Recenzja

Na Oku zazwyczaj nie recenzujemy e-booków. Raczej? No nie. Nie robimy tego wcale. Tej zasady trzymaliśmy się z uporem szaleńca z psychiatryka, chcącego za wszelką cenę dorwać się do zestawu długopisów na biurku recepcjonisty, którymi mógłby wydłubać kilka par oczu, niczego niespodziewającym się pielęgniarkom. No i trach. Złamaliśmy się.
"Lustra zbrodni" to e-bookowa, mała antologia do pobrania na www.wydaję.pl
Mała, ponieważ zawiera się na niecałych pięćdziesięciu stronach, na których pięciu autorów, zaprasza nas do świata grozy i strachu, a tematem przewodnim są lustra. Chciałoby się powiedzieć, że temat oklepany, znany z kilku filmowych horrorów, czy powieści, w których przejawia się niejednokrotnie motyw lustra, zwiastujący zazwyczaj śmierć.

Na pierwszy ogień dostajemy króciuteńkie opowiadanie Sandry Gatt Osińskiej "Walter". Rzecz o małym chłopcu, który leżąc sam, w nocy w pokoju zaczyna słyszeć głosy, które stają się coraz głośniejsze, strach wzrasta z każdą linijką. I nagle opowiadanie się

środa, 21 października 2015

KFASON 2015. Mnie nie kręcą setki ludzi i kolejki do kibla.


Piotr Kulpa
Wyjazd na tegoroczny KFASON stał do ostatnich godzin pod znakiem zapytania. Praktycznie dzień wcześniej, wieczorem, mogłem potwierdzić, że przybywam.
Wieczorem zapakowałem się do Polskiego Busa i ruszyłem w noc. Pod pachą cztery piwa i bilet. Wybrałem miejsce na końcu autobusu, pośród załogantów, jak ja. Jak się okazało, był to błąd. Wyobrażacie sobie jak facet potrafi skomleć, że chce się mu "szczać"? Jak biegnie do kierowcy, a on mu odpowiada, że niedługo staniemy, w Pile, chłopak szczęśliwy, lecz nieświadomy, że do Piły jeszcze 40km, jęczy dalej i wyzywa drugiego, który namówił go na piwo. To nie było dobre miejsce. Zero spania.

Kraków przywitał mnie o piątej rano deszczem. Byłem pewien, że napisałem smsa do Korsarza, że już jestem i czekam na dworcu. Po godzinie, przestałem myśleć o nim, jako świetnym kumplu. Chociaż łajza by zadzwoniła. Telefon milczy. Dzwonię a on, jak gdyby nigdy nic, informuje mnie, że już wstał i podaje namiary na dojazd do siebie. Dopiero w miejskim zauważyłem, że nie do niego napisałem "Dojechałem". Cóż, fajny dworzec ma Kraków.

wtorek, 20 października 2015

Graham Masterton. "Jestem pisarzem, a tego się nie wybiera. Po prostu się nim jest". Wywiad dla OnH.



1:  Za tydzień “Szkarłatna wdowa” będzie miała swoją premierę w Polsce. Gdy tylko zobaczyłem okładkę, uznałem, ze to musi być wspaniały horror. Ale po zapoznaniu się z opisem okładkowym odkryłem, że będzie to mieszanka powieści historycznej i kryminalnej. Skąd pomysł, by połączyć te gatunki? 

Okładka: Wydawnictwo Albatros
Zawsze interesowała mnie rola, jaką kobiety odgrywały w czasach kolonizacji Ameryki. Bez ich determinacji, żywotności i czystej brawury, kolonie nigdy by nie rozkwitły. Wbrew powszechnej opinii, kobiety nie były słabe i wycieńczone, tylko twarde i pomysłowe. Musiały opiekować się zwierzętami, hodować warzywa, rąbać drewno, szyć ubrania, prać, a także rodzić i wychowywać dzieci. Jednocześnie, ciągle groziło im niebezpieczeństwo, mogły zostać porwane przez Indian i wykorzystane, na przykład jako niewolnice. Przygotowanie się do napisanie tej książki było trudne, ale i fascynujące. Musiałem poznać ich codzienne zwyczaje, a także sprawdzić jak mężczyźni, kobiety i dzieci się wtedy ubierały (kobiety nie nosiły majtek, ale kilka warstw spódnic!). Musiałem odkryć jak zorganizowane były społeczności, jak ludzie podróżowali i jak opiekowali się końmi czy powozami. Kiedy zrozumiecie, jak trudne było wtedy życie, powinniście być wdzięczni, że żyjecie w XXI, a nie w XVIII wieku! Atmosfera tamtych czasów bywała upiora… ciągnące się w nieskończoność lasy, czające się w nich dzikie zwierzęta i codzienna walka o przetrwanie. Kiedy zachodziło słońce, była tylko ciemność – żadnych latarni, osadnicy nie palili nawet świeczek, ponieważ były za drogie. To o wiele bardziej przerażające, niż przeciętne nawiedzone domy, o jakich czytacie! W pewnym sensie „Szkarłatna wdowa” jest horrorem, ponieważ ludzie byli wtedy bardzo przesądni i wierzyli w czarną magię i istnienie Szatana. Okropne przeznaczenie, z jakim się spotykają w książce, wydaje się być nadnaturalne. Wielbiciele moich powieści grozy nie powinni być zawiedzeni!


2:  W „Szkarłatnej wdowie” pojawia się tematyka związana z wiedźmami. Poruszałeś już ją na łamach innych powieści. Uważasz je za bardziej interesujące, niż wampiry, wilkołaki czy zombie?  

wtorek, 13 października 2015

Scott Sigler "Infekcja". Recenzja.


Scott Sigler to autor, który musiał „wychodzić” swoją popularność. Pomógł mu Internet oraz nagrywane podcasty z publikowanymi za darmo fragmentami powieści. W 2010 roku do sprzedaży trafiła w Polsce pierwsza część jego najbardziej znanej trylogii. Trzeba przyznać, że „Infekcja” jest tak absurdalna i niesmaczna, że aż intryguje.
Stany Zjednoczone stają w obliczu nowego, śmiertelnego zagrożenia. Zwykli obywatele pod wpływem nieznanego czynnika dostają szajby i stają się niezwykle agresywni względem otoczenia i samych siebie. Dochodzi do serii bardzo brutalnych morderstw, a przyczyna wciąż pozostaje nieznana. Powołany zostaje specjalny zespół do radzenia sobie z problemem, w skład którego wchodzi weteran z Wietnamu, a obecnie rozgoryczony policjant Dew Phillips, a także utalentowana biolog Margaret Montoya.
Równolegle poznajemy Perry’ego Dawseya, byłą gwiazdę futbolu amerykańskiego, którego kariera legła w gruzach po pechowej kontuzji kolana. Wychowywany twardą ręką, agresywny chłopak obecnie stara się ustatkować, pracując w korporacji jako specjalista od IT. Pewnego dnia odkrywa on na swoim ciele tajemnicze narośla, które wydają się żyć własnym życiem. Perry zaczyna słyszeć głosy i z przerażeniem stwierdza, że trójkątne wypryski są w stanie się z nim porozumiewać, a nawet wpływać na jego zachowanie. Podejmuje więc nierówną walkę o życie, chociaż każda kolejna godzina infekcji wpędza go w obłęd i paranoję.
Ile to już razy czytaliśmy o nieznanym zagrożeniu, zmieniających ludzi w agresywne bestie? Sigler jednak do końca trzyma czytelników w niepewności co do jego genezy. Bakteria? Wirus? Nieudany eksperyment? Atak terrorystyczny? A może inwazja kosmitów? Kiedy z ciał ofiar zaczynają wykluwać się mordercze, poruszające się trójkąty, trudno zachować powagę. Jednak opisy potwornych samookaleczeń dokonywanych przez jednego z bohaterów nie pozostawiają wątpliwości, że autor nie żartuje.

niedziela, 11 października 2015

Krok przed "Utopcami". Katarzyna Puzyńska - wywiad.

To zdecydowanie jedna z ciekawszych propozycji czytelniczych tej jesieni. Już 3 listopada swoją premierę będzie mieć piąta część sagi o policjantach z Lipowa autorstwa Katarzyny Puzyńskiej – „Utopce”. Tym razem główni bohaterowie: Daniel Podgórski i Klementyna Kopp będą musieli rozwikłać zagadkę, w której pojawi się... wampir.

Taki oto opis powieści „Utopce” można odnaleźć na stronie wydawnictwa „Prószyński i S-ka”: „Upalne lato 1984 roku na zawsze pozostanie w pamięci mieszkańców odciętej od świata wsi Utopce. To wtedy ofiarą krwiożerczego wampira padły dwie osoby. Wśród przepastnej puszczy pełnej leśnych duchów łatwo jest uwierzyć w działanie sił nadprzyrodzonych. Czy gwałtowna śmierć obu ofiar naprawdę jest dziełem upiora? A może to któryś z mieszkańców wsi miał swoje powody, żeby zabić? Trzydzieści lat później sprawę rozwikłać muszą Daniel Podgórski i kontrowersyjna Klementyna Kopp. Perturbacje w życiu prywatnym śledczych utrudniają dotarcie do prawdy. Czy uda im się odkryć tożsamość mordercy? A może tylko obudzą przyczajonego przez lata wampira i nic nie będzie już w stanie powstrzymać nadchodzącego zła?”

O swojej najnowszej książce w specjalnym wywiadzie dla Okiem na Horror opowiada Katarzyna Puzyńska.



Od publikacji "Z jednym wyjątkiem" minęło zaledwie kilka miesięcy. Jak długo powstawała część piąta sagi o policjantach z Lipowa?
- Część piąta powstała prawie rok. Tempo publikacji kolejnych książek rzeczywiście może wydawać się zawrotne. Spowodowane jest jednak tym, że Lipowo od początku planowane było jako seria. Zanim wydany został „Motylek” gotowe były już trzy książki, a ja zaczynałam pracę nad czwartą.

Wieś Utopce istnieje naprawdę, ma swój "pierwowzór"?
- Wieś Utopce nie istnieje w rzeczywistości. Podobnie jednak, jak z Lipowem, wykorzystałam istniejącą lokalizację. Po przeczytaniu książki, uważny Czytelnik na pewno odnajdzie na mapie punkt, gdzie położona jest ta miejscowość. Od razu jednak podkreślę, że wszystkie wątki i osoby opisane w książce, a także szczegółowy wygląd tego miejsca, są całkowicie fikcyjne.

Powieść w pewien sposób będzie się wpisywać w serię opowieści o wampirach. Patrząc na to, co już
można znaleźć na temat "wampirzych bohaterów" (nie tylko w literaturze), Dracula, Nosferatu, Edward - który z wampirów mógłby stanąć, Twoim zdaniem, na czele "wampirzego rankingu"?

wtorek, 6 października 2015

"HYPERION" Dana Simmonsa. Seria Artefakty - Wydawnictwo Mag.

"HYPERION" Dana Simmonsa. Seria Artefakty - wydawnictwo MAG.


Okręty kosmiczne, wszelkich rozmiarów i konstrukcji? Są.
Bitwy, kampanie i inwazje? Są.
Ludzkość rozprzestrzeniona na setki planet? Jest.
Ślady Obcych? Są.
Planeta pełna tajemnic? Jest.
Są jeszcze sztuczne inteligencje, konflikty, religie dawne i nowe, i sporo innych zjawisk.


W obliczu zbliżającej się nieuchronnie międzygalaktycznej wojny na planetę Hyperion przybywa siedmioro pielgrzymów: Kapłan, Żołnierz, Uczony, Poeta, Kapitan, Detektyw i Konsul. Mają za zadanie dotrzeć do mitycznych grobowców, by znaleźć w nich budzącą grozę istotę. Zna ona być może metodę, która pozwoli zapobiec zagładzie całej ludzkości. Każdy z pielgrzymów może przedstawić jej swoją prośbę, lecz wysłuchany zostanie tylko jeden. Pozostali będą musieli zginąć.*

Wniosek nasuwa się sam – Hyperion to rasowa space opera. I wniosek to słuszny, choć jednocześnie jest Hyperion czymś więcej. Ale od początku.

poniedziałek, 5 października 2015

List do Stefana Dardy. Urodzinowy konkurs Okiem na Horror.

Panie Stefanie, 


Zdaje sobie sprawę, że na pewno nie kojarzy Pan mojego miasta rodzinnego- Ostrowca Świętokrzyskiego. Ale to właściwie nie problem, można użyć Google Maps. Może się Panu nasuwać pytanie, po co ja tak właściwie piszę ? Otóż.. Mój dom otoczony jest praktycznie ze wszystkich stron lasem. Gdzie nie spojrzeć : drzewa. Nie powiem , jest to dość klimatyczne, na pierwszy rzut oka okolica jest piękna, naprawdę może się podobać . Tylko ,że .. No własnie idąc lasem nocą wyobraźnia płata nam figle, podsuwa obrazy, dźwięki. To pewnie przez te horrory oglądane i czytane prawie bez przerwy. Świadomość tego , że wokół grasują dziki , lisy, latają sarny , jelenie czy nawet bezdomne psy nie pomaga. No ale, przejść trzeba by dotrzeć do domu. Pewnego dnia szłam sama, chyba wracałam z imprezy. No to jak zwykle, słuchawki w uszy , by zagłuszyć wszelkie dźwięki. No i latarka w telefonie włączona, to oczywiste. Idąc wydawało mi się, że słyszę coś dziwnego, czułam na sobie czyjś wzrok. Co chwilę się odwracałam, lecz nikogo nie widziałam. Chciałam zadzwonić do mamy ,żeby po mnie wyszła, no ale jak to w lesie , telefon pokazywał jedynie ''Brak zasięgu'' Droga wydawała się nie mieć końca mimo, że pokonanie jej normalnie zajmuje mi około 15 min spokojnym tempem. Patrzyłam przed siebie, wypatrywałam znajomej ścieżki, znajomych drzew, ale widziałam tylko.. Ciemność ? Ciemność tak przejmującą, że nie widziało się nic, nawet swojej ręki bez spojrzenia na nią światłem telefonu. Zaczęłam się bać, no bo która normalna 17 latka nie wpadłaby w panikę ?  W końcu trafiłam na jakąś zarośniętą ścieżkę, a na końcu jej dom. Nie kojarzyłam go, wydawało mi się ze pierwszy raz go widziałam, mimo, że okolicę znałam praktycznie na pamięć. Ale trudno, stwierdziłam,że zapukam, poproszę o telefon, albo zapytam o drogę. Cokolwiek, byle by nie siedzieć w tym lesie samej. Widziałam światło w oknie, przytłumione. Może świecę, może telewizor ? Nie pamiętam  już co w tamtej chwili   mi to przypominało. Zapukałam , raz , drugi, trzeci. ''Czemu nikt nie otwiera''? pytałam się w myślach. Słyszałam wyraźnie czyjś głos, śmiech, stukanie butami. Tak jakby ktoś chodził po domu. Czułam zapach pieczonego chleba, może bułek?  Kto wie.. Kojarzyło mi się to z domem. Spojrzałam w okno, chciałam chyba zapukać. Coś mi mignęło przed oczami. Tak jakby człowiek, ale rozmyty. Nie przywiązałam do tego zbytnio uwagi, myśląc,że to wzrok już mi płata figle. Odwróciłam się od okna i omal na zawał nie umarłam. W odległości kilku kroków ode mnie stało coś czarnego, sporego. Zielone oczy, które świdrowały mnie na wylot. Czułam się znowu nieswojo, tak jak w lesie, identycznie. Patrzyłam na kota , ogromnego kota a ten patrzył na mnie. Nie wiem ile tak minęło , zanim zawołałam ciche ''Kici Kici ?'' Kot zamiauczał pokazując idealnie białe lśniące ząbki. Przeciągnął się  a ja wtedy dostrzegłam coś przed nim. Kartkę ? Tak, białą kartkę papieru. ''Skąd, jak , dlaczego?''Myśli kłębiły mi się w głowie. Zrobiłam jeden niepewny krok, potem drugi i nachyliłam

niedziela, 4 października 2015

Jay Bonansinga „The Walking Dead – Zejście”. Recenzja

Żywe trupy, od chwili premiery filmu George’a Romero „Night of the living dead” w roku 1968, powoli wkradały się coraz mocniej w sferę popkultury, aż doszło do tego, że obecnie stały się jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon horroru obok nawiedzonych domów i wampirów. Te ostatnie zresztą mocno utraciły na swojej grozie i stały się z czasem nie tylko bardziej ludzkie, ale również, co najgorsze, przestały straszyć. Nie da się tego jednak uczynić w żaden sposób z czymś, co jest ohydne, gnijące, pozbawione jakiejkolwiek inteligencji i odrażające w każdym calu. Wspomniane żywe trupy, nie tylko stały się barwnym tematem filmowym i książkowym, ale również pomysłem na happeningi w stylu „zombie walk”, ale co najdziwniejsze, są ludzie, którzy wierzą, że apokalipsa zombie stanie się pewnego dnia faktem i przygotowują się na jej nastanie. Zombie stały się również elementem psychoterapii w eksperymentalnym programie „Darren Brown Apocalypse” nakręconym dla Discovery Channel.

Obecnie najbardziej rozpoznawalną marką dla świata opanowanego przez żywe trupy jest seria „The Walking Dead”. Mówiąc seria, nie mam na myśli już tylko komiksów, ale także filmy czy książki. Dziś zajmę się tymi ostatnimi. Po wydaniu czterotomowej serii o Philipie Blake’u, gubernatorze Woodbury, duet Roberta Kirkmana i Joy’a Bonansingi przygotowuje kolejne cztery odsłony opisujące uniwersum żywych trupów. W Polsce wydawcą tych książek jest krakowskie Sine Qua Non.