Okiem na Horror

Okiem na Horror

,

,
NAJNOWSZE PATRONATY OKA

sobota, 4 lipca 2015

G. Masterton "Czerwone światło hańby"

Obok książek Grahama Mastertona nie można przejść obojętnie. Są mocne i wyraziste. I choć czasem wydają się sztampowe i przewidywalne, z jakiejś niewypowiedzianej przyczyny nie sposób się od nich oderwać. Właśnie taki efekt – gdy po przeczytaniu nie pozostaje nic, tylko uczucie głębokiego poruszenia - wywołuje jedna z najnowszych powieści „Mastiego”, która dzięki wydawnictwu Albatros niedawno trafiła na polski rynek. „Czerwone światło hańby” nie jest zwykłym, ociekającym krwią horrorem. To raczej wytrawny thriller, w którym autor raz jeszcze udowadnia, że otaczająca nas rzeczywistość może być bardziej posępna i zatrważająca niż jakakolwiek fantastyczna historia.
„Czerwone światło hańby” jest trzecią częścią opowieści o irlandzkiej policjantce Katie Maquire. Czytając poprzednią - „Upadłe anioły”, mogło się odnieść wrażenie, że ewentualna kontynuacja opisu bulwersujących spraw, które przyjdzie rozwiązać pięknej pani komisarz w Cork, nie powinna już tak szokować. Okazało się inaczej. Tym razem Masterton sięgnął po równie wstrząsający temat, co pedofilia, a mianowicie – handel ludźmi i wykorzystywanie młodych, afrykańskich kobiet.
Za całą historią zapoznajemy się w momencie odnalezienia zmasakrowanego ciała. Tego makabrycznego odkrycia dokonuje pewien agent nieruchomości i jego klient. Na szokujące sceny Masterton w znanym sobie stylu nie każe swoim czytelnikom zbyt długo czekać. Opis rozkładających się zwłok z czarnymi od zaschniętej krwi kikutami rąk, mięsistą dziurą zamiast twarzy i setkami pełzających po gnijącym korpusie larw – jest tak sugestywny, że fetor rozkładającego się trupa niemal unosi się nad książką.

Po chwili okazuje się, że w budynku, który wydaje się pusty, przebywa ktoś jeszcze. Czarnoskóra, wychudzona dziewczynka jest tak zastraszona, że przez kilka dni tkwi w tym samym domu wraz z rozkładającym się nieboszczykiem, bojąc się wyjść na zewnątrz…
Choć praktycznie od razu wyjaśnia się, kim był ów martwy mężczyzna, jak zginął i dlaczego, a także z jakiego powodu mała Afrykanka ukrywała się w miejscu zbrodni, to i tak książki nie sposób ot, tak odłożyć na półkę. Typowy dla „Mastiego” lekki styl, idealnie pasujące do tempa akcji dookreślenie sylwetek bohaterów, jak również umiejętne przechodzenie pomiędzy niezbyt licznymi wątkami powodują, że „Czerwone światło hańby” czyta się dosłownie jednym tchem. Myślę, że nie zepsuję ogólnego wrażenia, jeśli nadmienię, że całość oparta jest na podobnym schemacie fabularnym, co „Upadłe anioły”. Kara za wyrządzone krzywdy i sposób, w jaki się ją wymierza, wysuwają się tu na plan pierwszy. Tyle wystarczy, by wzbudzić w czytelniku szczerą odrazę wobec mieszkających w Cork oprawców kobiet. Poza tym naprawdę nie trzeba więcej, by książka okazała się mocna i zapadająca w pamięć, a opisy „sądu nad stręczycielami” – były wyjątkowo brutalne i drastyczne.
Jakoś niespecjalnie przepadam za sequelami, dlatego opisane w „Czerwonym świetle…” dalsze losy Katie Maquire nieszczególnie mnie poruszyły. Moim zdaniem, ten wątek nie musiał być aż tak rozbudowany. I bez tego łatwo dałoby się odgadnąć, jaka jest prywatnie i co ukształtowało charakter pięknej pani komisarz. Ale najważniejsze, historia Katie na szczęście w niczym nie przeszkadza. Tutaj Masterton po raz kolejny udowodnił swój niesamowity talent pisarski. „Masti” z wyjątkową lekkością opisuje sceny, w których tzw. grube ryby irlandzkiego seksbiznesu poddawane są makabrycznemu wymiarowi sprawiedliwości, by zaraz potem przenieść czytelnika do przytulnego i pachnącego pyszną kolacją domu policjantki.

            Czy polecam? Pasjonatów literatury Grahama Matertona chyba do niczego nie muszę namawiać. Całą resztę zachęcam. „Czerwone światło hańby” to przede wszystkim wielka gra na emocjach. Tak silnych, że łatwo stracić dystans do opisywanej fikcji, a obrazów widzianych oczami wyobraźni nie można wymazać z pamięci przez dłuższy czas po zakończeniu lektury.

Graham Masterton "Czerwone światło hańby"
Albatros 2015



Magdalena Sz.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz