Miroslaw
Zamboch to dość specyficzny czeski autor, który potrafi przykuć uwagę w całkiem
udanym cyklu o Koniaszu, jak i popisać się kompletnie infantylnym
science-fiction („Wylęgarnia”). Dlatego też do jego twórczości podchodzę zawsze
bez szczególnych oczekiwań, świadom, że są równe szanse, że oto trafił do mnie
utwór, który można porównać z dziełami klasyków, jak i taki, który będzie
jedynie literacką pulpą. W przypadku zbioru opowiadań „Ostatni bierze
wszystko”, talent Zambocha rozłożył się mniej więcej po środku. Niemal
dosłownie.
Mamy tu do czynienia z trzema opowiadaniami
osadzonymi właśnie w uniwersum Koniasza. Pierwsze z nich, „Długi sprint” to w
zasadzie minipowieść i zdecydowanie najjaśniejszy punkt tego zbioru. Opisuje
losy Tekuarda, drugiego syna najpotężniejszego króla - czarodzieja na
kontynencie. Według tutejszego prawa na trzydzieści dni przed koronacją
następcy ogłaszane zostają wielkie łowy. W ich trakcie każdy spośród jedenastu
najbardziej wpływowych rodów w krainie ma prawo zabić dziedzica i założyć
własną dynastię. Oczywiście pretendent przez lata jest przygotowywany do walki,
wykorzystuje też ową sytuację, by pokazać swą moc i potęgę. Problem tkwi w tym,
że Tekuard nigdy nie był nawet brany pod uwagę w przypadku tronu – jako drugi
syn, pozbawiony całkowicie magicznych zdolności, nie zaprzątał sobie głowy
polityką. Gdy jednak jego starszy brat ginie w wypadku na polowaniu kilka
tygodni przed rozpoczęciem tradycyjnych łowów, wszystko się zmienia,
uruchamiając lawinę spisków, zbrodni i bezwzględnej walki o przetrwanie.



















